środa, 31 stycznia 2018

Spaliny z diesli zabijają – stwierdzili nazistowscy naukowcy.



To są pewne wnioski, które uzyskano po testowaniu na 100 małpach, z których żadna nie przeżyła testów. Badania te przeprowadzali specjalnie do tego przeszkoleni naukowcy z grupy specjalnej (z angielska: special team  folk car enthusiasts ), tzw. volkswageniści, będący unikalną odmianą nazistów, występującą głównie na terenach  USA w ramach wymiany bezwizowej. W konstruowaniu tychże silników, a potem w ocenie ich wpływu na ludzkie życie,  korzystano także z doświadczeń prowadzonych przed laty w Sobiborze przez specjalne jednostki badawcze, nazywane Sonderkomandami. Skuteczność ich badań była także 100% - towa. Wykazali mianowicie, że żaden Żyd poddawany długotrwałemu działaniu spalin dieslowskich nie ma szansy na przeżycie. Sobibór jak i inne tego typu placówki badawcze zlokalizowane były na terenie Generalgouvernement für die besetzten polnischen Gebiete, co w języku tubylców znaczyło „na terenie Generalnego Gubernatorstwa”, co z kolei dowodzi, że były to tubylcze, czyli polskie placówki badawcze. Naziści byli w nich wyłącznie gościnnie, w ramach wymiany naukowej  pomiędzy placówkami badawczymi.
Na podstawie przytoczonych przykładów można mieć pewność, że nazista-naukowiec osiągnie zakładane rezultaty niezależnie od okoliczności, kosztów i miejsca badań.

 Utajniony wniosek z badań, tylko na użytek Generalnego Dyrektora: „Diesle co prawda emitują mniej CO2 od silników benzynowych, ale za to 4 razy więcej tlenków azotu i 20 razy więcej sadzy. Brytyjski Departament Energii i Zmian Klimatu szacuje, że leczenie zatruć spalinami diesla jest 10-krotnie wyższe od kosztów leczenia pacjentów zatrutymi gazami z silników benzynowych”. Warunkiem wyleczenia jest jednak podjęcie leczenia, o czym w placówkach nauko0wych GG nie pomyślano


wtorek, 30 stycznia 2018

Mieleckie Towarzystwo Wzajemnej Adoracji Przedwyborczej

Sprawa się rypła. I coś trzeba zrobić z faktem, że nastąpi w Mielcu zmiana władzy. „Sprawy idą w dobrym kierunku”- jak mówił niedawno o zdrowiu Prezydenta Kozdęby jego zastępca, sprawujący tę funkcję w zastępstwie. Jak widać, doszły. Tylko czy ten kierunek miał na myśli?

Żaden lekarz orzecznik ZUS nie odważył się być przeciwko prawdzie i udawać, jak mieleckie elity, że ze zdrowiem Prezydenta jest tak dobrze, a przynajmniej nie tak źle, żeby nie był prezydentem Mielca aż do wyborów jesienią 2018.

Szanujący się człowiek, który sprawuje funkcję publiczną, albo publicznie występuje, uważa bardzo, by nie kłamać. Jeśli jest na tyle inteligentny, potrafi z każdej trudnej sytuacji wybrnąć nie kłamiąc. Nie zawsze można powiedzieć prawdę i wszyscy o tym doskonale wiemy. Ale publiczne kłamanie – prócz katastrofalnej oceny moralnej – jest po prostu głupotą.
A tak się zachowywali niektórzy publiczni ludzie Mielca.

To gorzej niż zbrodnia, to głupota - lubił mawiać Talleyrand. I widać nie wszyscy wiedzą, kto to zacz.

Zastanawiam się dzisiaj na głos, tak jak to sugerowałem parokrotnie we wcześniejszych felietonach, dlaczego okłamywano mielczan. Bo okłamywano. Nie tylko takimi wypowiedziami, jak wyżej cytowana, ale także choćby rzekomymi wpisami Prezydenta na facebooku, czy szeptaną propagandą. Zastanawiam się też, kto głównie okłamywał? Czy jedynie aktualni urzędnicy, bojący się utraty pracy w Urzędzie (a przyrosło tych miejsc pracy w tej krótkiej prezydenturze prawie 40%), czy może także różne siły polityczne nie zainteresowane destabilizacją tej byle jakiej sytuacji na kilka miesięcy przed wyborami.

Detektyw który wyjaśnia sprawę kryminalną pyta zawsze: a kto miał w tym interes? My też możemy zapytać: a kto miał interes, by sytuacji w Mielcu nie zmieniać? Ten miał interes kłamać.

Ano prawie wszyscy mieli taki interes. Urzędnicy magistratu z wiceprezydentami na czele mieli go, bo chcieli zachować pracę. Radni z ugrupowania Prezydenta (dawniej SLD), co oczywiste, także nie pragnęli zmiany układu władzy. No bo i miejsca w radach nadzorczych można stracić i jeszcze coś. Główna siła polityczna Mielca, PiS, miała interes, bo nikomu nie potrzeba podkładać się przed wyborami w sytuacji wielkiego zadłużenia Mielca, zawalenia wielu spraw inwestycyjnych i mając w pamięci przegraną pani Bielec, co może sugerować, że prawie 50% poparcie dla PiS niekoniecznie może się przełożyć u nas na dobry wynik w wyborach. A komisarza mianuje PiS. I on weźmie odpowiedzialność za jego działania.

A inne siły polityczne? PO będące aktualnie w „dziwnej” koalicji z PiS (poprzez Nasz Mielec) choć nie gotowe do przedstawienia sensownej, całościowej oferty dla wyborców, mogłoby być zainteresowane „rozróbą” i umoczeniem PiS-u w rządzenie Mielcem. Chyba że czegoś nie wiem. PSL akurat w Mielcu się nie liczy, więc może sobie pozwolić na zupełną obojętność.

No i tak kłamano mielczanom, albo – jak ci mądrzejsi, czyli PiS – nie mówiono prawdy, nawet jak ją znano, aż wreszcie wszystko się rypło.

Co dalej? Scenariusze reguluje prawo, więc są znane. Ale co z przypadkami, których żaden scenariusz nie zapisze? Będzie ciekawie. Bez wątpienia. Idą dla Mielca dni pełne niespodzianek. Media mieleckie okazały się w tej sprawie jak polscy drogowcy, których kolejny raz zaskoczyła zima, więc przyszłe niespodzianki będą zapewne jeszcze bardziej niespodziewane.

Jest takie chińskie przysłowie: obyś żył w ciekawych czasach.
Nie życzę tego nikomu w Mielcu.

Czy będzie w Mielcu komisarz


Ten felietonik napisałem ponad 2 miesiące temu. Żal, że byłem jedyny, który sprawą się zajmował, a wszystkie media mieleckie z tzw. głównego nurtu sprawę olewały i za wiceprezydentem Mielca wprowadzały mielczan w błąd twierdzeniami, że w sprawie prezydenta Kozdęby "wszystko idzie w dobrą stronę" Jak widać - doszło. A teraz też nie piszą prawdy. Bo jak na razie powinny być przeprowadzone wybory nowego prezydenta. A Premier może przysłać kogoś do pełnienia funkcji dopiero wtedy, gdy Rada Miasta podejmie uchwałę o nieprzeprowadzaniu wyborów. Ciekawy jestem, czy się odważy?

Ogólnie sytuacja Mielca, jeśli chodzi o sprawowanie w nim władzy samorządowej, jest nieciekawa. Długotrwała choroba prezydenta – według plotek i wbrew wypowiedziom zastępcy prezydenta – wcale nie mająca się ku końcowi, sprawia, że w wielu sprawach zapanował odczuwalny, jeśli nawet nie paraliż, to na pewno pat. A przynajmniej stan odrętwiającego czekania.
Nie dziwi, że krążą w mieście najróżniejsze plotki o możliwych rozwiązaniach tego pata. Jedna z nich dotyczy możliwości powołania przez panią Premier komisarza w Mielcu, który miałby sprawować urząd w zastępstwie. Ta plotka implikuje kolejne, o takich a nie innych działaniach, czy świadomym ich braku, wiodącej siły politycznej naszego miasta. Kto w czym ma interes i dlaczego?
O plotkach można by wiele, ale sensu wiele to nie ma. Zastanówmy się w to miejsce, co na ten temat mówi prawo i jak na jego gruncie może rozwinąć się sytuacja w Mielcu. Tym bardziej, że podobno byli tacy – plotki, plotki – którzy słyszeli/czytali, że pani Wojewoda Podkarpacka zaprzeczyła możliwości powołania komisarza w Mielcu.
W przypadku wygaśnięcia mandatu prezydenta przed upływem kadencji jego funkcję, do czasu objęcia obowiązków przez nowo wybranego prezydenta, pełni osoba wyznaczona przez prezesa Rady Ministrów, czyli tzw. komisarz.
Samo wygaśnięcie mandatu prezydenta następuje m.in. w przypadkach pisemnego zrzeczenia się mandatu, naruszenia ustawowych zakazów łączenia funkcji prezydenta z wykonywaniem funkcji lub prowadzenia działalności gospodarczej, orzeczenia trwałej niezdolności do pracy czy też odwołania w drodze referendum.
Osoba wyznaczona przez premiera (czyli komisarz) przejmuje kompetencje organu, jakim jest prezydent miasta. Sytuacja ta jednak rodzi konieczność przeprowadzenia ponownych wyborów prezydenta miasta. Wybory zarządza w drodze rozporządzenia prezes Rady Ministrów w ciągu 90 dni od wystąpienia przyczyny ich zarządzenia. Samymi wyborami jednak tu się zajmować nie będziemy. Interesujące dla nas jest, kiedy wyborów się nie przeprowadza.
Nie robi się tego, jeżeli data wyborów przedterminowych miałaby przypaść w okresie sześciu miesięcy przed zakończeniem kadencji prezydenta miasta.
Wyborów przedterminowych nie przeprowadza się także wtedy, jeżeli data wyborów miałaby przypaść w okresie dłuższym niż sześć, a krótszym niż 12 miesięcy przed zakończeniem kadencji prezydenta miasta i rada miasta w terminie 30 dni od dnia podjęcia uchwały stwierdzającej wygaśnięcie mandatu prezydenta podejmie uchwałę o nieprzeprowadzaniu wyborów. O takim rozwiązaniu mogą decydować zarówno przesłanki ekonomiczne (prezydentura na rok nie ma sensu) jak i polityczne.
Pamiętać należy, że zgodnie z art. 28e ustawy o samorządzie gminnym wygaśnięcie mandatu prezydenta przed upływem kadencji jest równoznaczne z odwołaniem jego zastępców.
Jak do tej pory żadne z wyżej wymienionych powodów do wygaśnięcia mandatu prezydenta miasta Mielca nie nastąpiły. Choroba prezydenta trwając powyżej 30 dni jest tzw. przeszkodą przemijającą w wykonywaniu zadań i kompetencji prezydenta. W takiej sytuacji zgodnie z art. 28h ustawy o samorządzie gminnym, zadania prezydenta miasta przejmuje jego pierwszy zastępca.
Pierwszy zastępca wykonuje zadania i kompetencje prezydenta w okresie wskazanym w zaświadczeniu lekarskim – jednak nie dłużej niż do dnia wygaśnięcia mandatu prezydenta.
Jakie z powyższego wnioski? Jak może potoczyć się sytuacja w Mielcu? Jak powinna się potoczyć? Jak powinni zachować się ludzie, którzy mogą tu podjąć określone decyzje, by zabezpieczyć w jak największym stopniu interes Mielca i mielczan?
Niech każdy odpowie sobie sam. Ja też już sobie odpowiedziałem.
Niezależnie od możliwych kombinacji podejmowanych działań wierzę, że partyjne, ale i osobiste interesy, nie wezmą góry nad interesem i dobrem Mielca. Wiem też, że najgorszym, choć teoretycznie możliwym rozwiązaniem byłyby teraz przedterminowe wybory. Choć niektórzy mogliby mieć w nich interes.

niedziela, 28 stycznia 2018

Szedłem wilczym tropem


W sobotę, 27 lutego, wybrałem się na długi spacer do lasu. Co prawda nie zamierzałem iść śladami Wojciecha Lisa, jak znany działacz stowarzyszenia Prawda i pamięć (który ponoć nawet spał w nocy w namiocie, pewnie po to, by poznać dogłębnie partyzancki los), ale wziąć  udział w Rajdzie do Buczyny. Niemniej jednak informacja o uroczystościach ku czci żołnierzy wyklętych, jaka miała mieć miejsce w niedzielę 28 stycznia nie dawała mi spokoju. Wojciech Lis nie jest moim bohaterem, ale w jakiś sposób jest wciąż obecny w mojej świadomości. W  pewnej chwili pomyślałem niespodzianie, że pójdę w niedzielę na mszę w jego intencji, by się z innymi pomodlić za jego duszę. Było jak było, za zmarłych modlić się trzeba.
Spacer miał mieć długości 20 km, więc wyposażyłem się w słuchawki i wcześniej wgrawszy do telefonu „Dixit Dominus”, wyruszyłem w drogę. To był impuls, na chwilę przed wyjściem. I stało się, że szedłem, słuchając tego wielkiego dzieła Haendla, i po głowie mi chodził Wojciech Lis, i wybory między życiem i śmiercią, poświęcenia absolutnie dla mnie niepotrzebne, choć może dla innych zasadnicze, mimo że ich owoc jest co najmniej wątpliwy. Trochę niespodziewane – nawet dla mnie – skojarzenie, ale tak było.

Ten wielki utwór, oparty o Psalm 110, zaczyna się takimi słowy (za Wikipedią):
„Rzekł Pan do pana mego swym głosem łaskawym: Siądź mi po boku prawym,
Aż twe nieprzyjacioły złupione ze zbroje, jako inszy podnóżek dam pod nogi twoje”.

Szedłem przez to coś, co kiedyś było Puszczą Sandomierską, mogącą ukryć oddział partyzancki, a co dzisiaj jest Podkarpackim Lasem Przemysłowym, poprzecinanym szerokimi „drogami pożarowymi”, w którym nawet działalność pojedynczego „partyzanta” nie mówiąc o większym oddziale, byłaby natychmiast zlokalizowana,  i myślałem, dlaczego ludzie, zamiast żyć i budować, szli zabijać innych i ginąć. Co ich do tego popychało? Czy fałszywi doradcy, obiecujący trzecią wojnę i Andersa na białym koniu, czy powołanie do czynu, do obrony prawdy, Ojczyzny, powołanie, które może nawet jest od Boga. Choć zawsze wątpiłem, że Bóg powołuje do zabijania i umierania. Zawsze byłem przeciwko szafarzom krwi młodych Polaków, czy to z Powstania Styczniowego, czy Warszawskiego, czy też bratobójczej wojny po wojnie.

Nie mam wiedzy, by tłumaczyć innym Psalmy. Ale mogę je czytać i tłumaczyć sam sobie. Przyszło mi do głowy, że Psalm 110, dość niejednoznaczny i od lat budzący rozbieżne interpretacje,  nie może być wołaniem do zabijania innych i siebie, nawet jak się ma władzę króla, władcy, nawet jak się ma w ręku śmiercionośną broń i nawet jak w jego strofach Psalmista pisze:
5 Pan po Twojej prawicy zetrze królów w dniu swego gniewu.
6 Będzie sądził narody, wzniesie stosy trupów, zetrze głowy jak ziemia szeroka.
7 Po drodze będzie pił ze strumienia, dlatego głowę podniesie (http://www.nonpossumus.pl).

Nienawidzę zabijania. Nigdy w życiu nie zabiłem nawet kury. Nie lubię wojska i nie cierpię myśliwych. Wyobrażenie, że moje dzieci mogłyby zabijać lub być zabijane nie mieści się w mojej głowie. Nienawidzę polityków, którzy powodują, że ludzie się zabijają. Nienawidzę ich, gdy czynią bohaterami tych, którzy zabijali i którzy ginęli. Gdy dają innym, szczególnie dzieciom,  za przykład i zachęcają do naśladowania. Do zabijania i bycia zabijanym. Zamiast budowania i kochania. Idź i giń. Będziesz bohaterem. Będą cię czcili.
Nieżywi nie mają racji. Żadnej. Rację maja ci, którzy przeżyli. Do nich należy przyszłość, do nich należy budowanie. Do nich należy miłość. Rodzenie dzieci. Wreszcie umieranie w poczuciu, że nie żyło się bez sensu.
Nich mi ktoś wytłumaczy, dlaczego więcej sensu miała by mieć bezsensowna śmieć Hubala w 1939 roku, partyzanta, który nie złożył broni, nie ujawnił się w 1947, od sensownego budowanie w zniewolonej Polsce Ludowej postaw naszego bytowania? Z którego teraz wszyscy korzystamy.

Żeby nie było wątpliwości: są takie chwile, jak obrona Ojczyzny w 1920 roku, jak wojna wrześniowa 1939, gdy trzeba poświęcić wszystko, łącznie z życiem. Ale to ma wielki sens.

Wierzę w Boga Miłosiernego, który wybacza. Wybacza nawet tym, którzy pobłądzili i mordowali, jak kapitan Rajs „Bury”, winien zbrodni ludobójstwa, którego niektórzy usiłują nam dać za bohatera, wzór do naśladowania. Wierzę w Boga świętej Faustyny, papieża Franciszka. Boga ojca Lohna, który był spowiednikiem Rudolfa Hoessa.

Dlatego w niedzielę wyjątkowo wybrałem się na mszę święta o godzinie 9.00. Jest to msza dla ludzi starych, można powiedzieć, bardzo starych. Jak mówił ksiądz w Homilii,  „kto was zastąpi, gdy odejdziecie?” By nie wpadać w depresję starości wolę chodzić na msze święte dla dzieci. Są radosne i dla mnie starego dające duży ładunek wiary w ciągłe odnawianie się Kościoła. Jednak 28 stycznia poszedłem właśnie wcześniej, by wraz ze stowarzyszeniem Prawda i Pamięć, oraz oczywiście kapłanami, pomodlić się za duszę m.in. kapitana Rajsa, „Burego”. Nie piszę o zmarłym: „świętej pamięci”, bo z tą pamięcią w jego przypadku jest bardzo różnie. Ale za zmarłych modlić się należy. Można nawet powiedzieć, że mniej za świętych, a bardziej za grzeszników. I z tą intencją na te modlitwy poszedłem. I – jak ksiądz Proboszcz powiedział na początku – modliłem się za dusze świętej pamięci Lisa i Kędziora, oraz o miłosierdzie Boże dla Rajsa „Burego”. Bo jeśli mamy pamiętać o wszystkich ofiarach tej okrutnej wojny domowej, to pamiętajmy także o tych, których Rajs kazał zamordować, 72 białorusińskich mieszkańców Podlasia.

Wróćmy jednak do lasu. Gdy skończyłem słuchać Dixit Dominus włączyłem muzykę rozrywkową. Właśnie mijałem od zachodu Łuże , kiedy usiłowały mnie zaatakować trzy psy, zwykłe nieduże kundle. Odgoniłem je kijkami i szedłem dalej. Wszedłem na leśną ścieżkę, gdzie nie było śladów kół ani ludzkich stóp. Pojawił się za to ślad łap dużego psa. Coś mnie tknęło. Sfotografowałem go na wszelki wypadek. Za chwile pojawiły się kolejne ślady podobnie dużych psich łap. Sądzę, że były to cztery zwierzęta idące szeregiem, jeden za drugim. Piąty trop był do nich równoległy, z drugiej strony drogi. Także ślady dużych łap psich. Zrobiło mi się ciepło. Wyciągnąłem z plecaka duży nóż, tak na wszelki wypadek, wyłączyłem muzykę.
Za chwile pojawiły się ślady kolejnych zwierząt, w sumie pięciu. Ale już nie myślałem o fotografowaniu. Myślałem o jak najszybszym oddaleniu się.



Niedawno żartowałem z leśniczego z Tuszymy, który 10 lat temu twierdził, że na terenie Mielca żyje wataha wilków. A ja szedłem – tak mi się wydaje - jej tropem. Może innej watahy, ale to były wilki.

 Szedłem wilczym tropem.

 Jak najszybciej starałem się dojść do Buczyny. Tam mieli być inni uczestnicy rajdu. Rozglądałem się cały czas za siebie. Ale też patrzyłem do przodu. W tak zwaną przyszłość.

Zawsze podkreślałem, że kocham wilki.  Mądre, niezależne zwierzęta. Problem w tym, że one o moich uczuciach nie wiedzą.
 



 ps. warto poczytać coś więcej o Lisie. Podaję link  http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Rocznik_Kolbuszowski/Rocznik_Kolbuszowski-r2012-t12/Rocznik_Kolbuszowski-r2012-t12-s227-248/Rocznik_Kolbuszowski-r2012-t12-s227-248.pdf

Bo panowie z Prawdy i Pamięci raczej - moim zdaniem - nie umieją dobrze propagować swojego bohatera pośród mielczan.



czwartek, 25 stycznia 2018

O Hitlerze, który zrobił (niektórym) Polakom dobrze


Czasy nadchodzą i odchodzą. Jak ludzie. Są lepsze i gorsze, jak ludzie są dobrzy i źli. Czy w czasach dobrych górą są dobrzy ludzie? W czasach złych – źli? Wiemy, że i w jednych czasach i w drugich, są ludzie źli i dobrzy. Tyle tylko, że może w czasach dobrych ludzie źli są jakby w cieniu, ukryci, nie afiszują się ze swoim złem? Nie wiem.

Czasy dobre nie są definiowane przez wszystkich li tylko poprzez wskazania na górowanie dobra nad złem. Bo o dobru można by zapytać tak samo, jak Piłat pytał Chrystusa o prawdę: a cóż to jest dobro?

No właśnie: cóż to jest dobro? I które czasy z naszych ostatnich można by określić jako czasy dobre? Ostatnie 25 lat kiedy gospodarka dobrze się rozwija? Te lata, kiedy większości żyje się dobrze, czyli dostatnio? Te lata kiedy panuje wolność słowa i ja, w swoich felietonach, mogę pisać co mi się podoba, o jednych dobrze, o drugich źle? Te lata dobrego samopoczucia z okazji stania się Europejczykami? A może te lata, kiedy można porzucić Boga i Kościół, i jest dobrze, bo nic się nie dzieje?

Chciałbym, by w czasach dobrych górowało dobro w starym, ewangelicznym pojmowaniu dobra. Chciałbym, by zło ze wstydu chowało się po katakumbach i jaskiniach, po melinach i spelunach nocnych, nie wychodząc na światło dnia. Ale wiem, że tak nie jest.

Mam świadomość, że dobro rozsiewane wśród ludzi kiedyś wyda plon. Mówił o tym Chrystus, wiemy to z własnego doświadczenia. A jak jest ze złem? Czy zło rozsiewane w skrytości, jak ewangeliczny kąkol, także wydaje plon? Oczywiście tak. Czy winniśmy temu zapobiegać? Każdy będzie zgodny. Ale nie dla każdego zło to zło. Dla wielu zło to dobro.

Obserwuję jak wszystkie siły polityczne w Polsce posługują się bez jakiegokolwiek skrępowania porównywaniem przeciwników bądź do Hitlera czy Goebbelsa, bądź do ss-manów czy innych znanych z najgorszych dni Polski czarnych sił. Czy dziwić więc może, że grupy politycznych idiotów budują Hitlerowi ołtarzyki i czczą go jak narodowego bohatera? Czy jesteśmy zdziwieni, że tacy ludzie idą w Marszu niepodległości? Że w wielu środowiskach politycznych panuje przyzwolenie i cicha akceptacja sił gloryfikujących przemoc? Czy nie zamyka się oczu i sumień, kiedy ludzie antydemokratycznie wygoleni na osiłków idą z pielgrzymką na Jasną Górę, kiedy pewnie rzadko chodzą do kościoła w niedzielę, nie mówiąc już o komunii świętej, a potem zamiast miłości mają do drugich nienawiść? Właściwie trudno zdziwić się czemukolwiek.
To zostało kiedyś zasiane i te ziarna zła, społecznego kąkolu, upadły na podglebie, które pozwoliło im skiełkować, a w ostatnim czasie wybujać w górę.

Pamiętam z dawnych czasów - i jestem przekonany, że nie znajdzie się człowieka z mojego pokolenia, który by choć raz w życiu takich słów nie usłyszał – jak niektórzy mówili: „Hitler jedno zrobił dobrze dla Polski i Polaków, że uwolnił Polskę od Żydów”. Słowo „uwolnił” to taki eufemizm, używany zamiast słowa „wymordował Żydów”. Niektórzy nawet tego nie używali, waląc prosto z mostu i ciesząc się z tego faktu. Miałem wrażenie, że to minęło. Ale nawet jeśli, nawet gdy już nikt tak nie mówi, to nadal pozostaje gleba, na której zło rodzi się nie wiadomo gdzie i kiedy. Może teraz nie wypada atakować Żydów. Rząd ma dobre stosunki z Izraelem. Ale atakować muzułmanów to już można. Rząd wręcz do tego zachęcał swoją polityką i retoryką.
No i co z tego, że muzułmanie. Zło raz wypuszczona rozleje się nie wiadomo gdzie. Zło nie wykarczowane po skiełkowaniu wyrośnie i wzmocni się.
Bo dzisiaj, mimo pielgrzymek na Jasną Górę, jakoś mniej się boi rzucenia w ogień po oddzieleniu go od dobra.

Nie chcę rzucać łatwych oskarżeń przyłączać się do pyskówek polityków, kto bardziej winny.
Winni jesteśmy wszyscy, że na to przyzwalamy. Winny jestem ja sam, że człowiekowi-Polakowi cieszącemu się z wymordowania Żydów nie umiałem rzucić w twarz: ty bandyto, ale kładłem uszy po sobie i odchodziłem zawstydzony, jakbym to ja mówił.

Winni jesteśmy tu w Mielcu, za swoją kunktatorską politykę w stosunku do historii, do pamięci o połowie populacji mielczan żydowskiego pochodzenia, wymordowanych przez Niemców. Nawet nie potrafimy zabezpieczyć ostatniego śladu żydowskiego obozu pracy na terenie Mielca, po którym zostały trzy betonowe słupy bramy wjazdowej i powiesić na nich tablicy pamiątkowej. Na terenie tego obozu, gdzie zginęło kilkaset osób, stoi budynek dawnego Technikum mechanicznego, (obecnie Inkubator technologiczny), w którym uczyłem się przez 5 lat, a o fakcie że to miejsce śmierci dowiedziałem się 40 lat później.

Zło się rodzi wśród nas. Czasy idą złe. Czy zło w tych czasach zatriumfuje? Czy może jednak dobro – jak by niemodnie słowo to brzmiało – jednak zwycięży?

środa, 24 stycznia 2018

Komitet Obrony Dobrego Powietrza – „Mielec 2,5 NO”




Jak niedawno pisałem, po wywrotce różnego rodzaju działań antypisowskich typu: KOD Mielec, PO, Nowoczesna czy SLD, a także Razem (chociaż osobno), Czarne marsze i białe protesty, niektórzy mielczanie podświadomie szukają innych form działalności opozycyjnej wobec rzeczywistości, która ich otacza,  a na której fragmenty (te czy inne) nie wyrażają zgody. Ba, buntują się przeciwko nim.

A czynią to tym chętniej, że nie widzą ze strony władzy żadnych rzeczywistych działań wychodzących naprzeciwko ich głównym oczekiwaniom.

Niektóre z oczekiwań mielczan zostały spełnione, jak zaspokojenie potrzeb najuboższych datkami 500+, co skutecznie wyłączyło z niezadowolenia sporą grupę ludzi, aczkolwiek niekoniecznie w całości.  Także obietnica pogonienia w skarpetkach lub boso aferzystów i „ciapatych” zaspokoiła część niezadowolonych, czyniąc ich zwolennikami władzy lub przynajmniej biernymi zjadaczami chleba.
Tym niemniej, przy braku nadziei na realizację postulatu, że PiS sam się odsunie od władzy, a nawet że zaprzestanie zmieniania ustroju instytucji państwowych (bo jeszcze nie państwa), na co czekała część elit mieleckich, właśnie w nich tkwi zarzewie buntu, choć ich protest sprowadza się dzisiaj do spraw natury ekologicznej. Czyli buntu przeciwko Kronospanowi.

Oczywiście, jak pisałem wyżej,  nie buntuje się 100% mielczan, pewnie nawet nie 50%, ale nawet jak pominąć tych, którzy walczą o swoje miejsca pracy w Krono, wdychając niebezpieczne substancje znacznie częściej  i więcej od reszty mielczan, to będzie to naprawdę znacząca grupa ludzi. W tym i beneficjentów 500+. Bo im więcej mają dzieci (z dofinansowaniem), to bardziej im na tych dzieciach zależy, a ich zdrowiu w szczególności. A jakoś tak się utarło publicznie, że dzieci w Mielcu chorują w duże mierze dzięki zatrutemu powietrzu, czyli Kronospanowi, niezależnie od tego ile w tym jest prawdy. A jak doliczyć jeszcze ludzi popierających akcję ze swojego domu to już jest ilość, której naprawdę lekceważyć nie można. Szczególnie przez nadchodzącymi wyborami.

I teraz zrobi się ciekawie. Kto i jak z polityków lokalnych uzewnętrzni swój polityczny gniew? Gniew, który z prawdziwym zapewne wiele wspólnego miał nie będzie, ale jednak.
Ciekawiej jest tym bardziej, że – jak to już parę razy pisałem – Mielcem i powiatem rządzi przebarwna mieszanka PiS-u, PO/Naszego Mielca, SLD (lub z niego wywiedziona). Jedynie PSL trwa w prawdziwej mieleckiej opozycji, co zapewne zaskutkuje mu pozytywnie w wyborach.

No i teraz jestem ciekawy, kto przeciwko komu wytoczy polityczne armaty ekologiczne? A najważniejsze, kto zechce wkupić się w łaski protestujących, których siła – tak mi się wydaje – będzie rosła, tak jak oddziaływanie ich protestu.

W równie trudnej sytuacji jest i PiS, i PO/Nasz Mielec, jedni bo rządzą, drudzy, bo rządzili 20 lat, czyli tyle ile działa w Mielcu Kronospan. Równie trudną sytuację ma SLD, choć głównie dlatego, ze go praktycznie nie ma.
Jakby nie było, tak będzie. Zapewne śmiesznie.
Dziwię się jedynie, że PSL, który także dość długo rządził, ale nie miastem, nie wykorzystuje swojej „zieloności” i nie odbiera inicjatywy mieleckim „zielonym” . Widać nie czuje sprawy.

A problem jest i zapewne tylko w małym stopniu wyciszy go ewentualne oddanie do eksploatacji słynnego już elektrofiltru. A nie wyciszy, bo poziom nieufności, zarówno do Kronospanu jaki do organów władzy i organów kontrolnych środowiska jest tak niski, że muszą lata upłynąć, wsparte wiarygodnymi pomiarami, by coś się w odbiorze społecznym zmieniło.

Tym bardziej że władze podkarpacia i Mielca nie zrobią niczego w innej ważnej sprawie, czyli ograniczenia emisji niskiej. Wymagałoby to wymiany i pieców węglowych na nowe lub gazowe, i zakazu sprzedaży lichego węgla, czyli wzrostu wydatków dla ubogich obywateli, na co żadna władza sobie nie pozwoli.

O dieslach bez filtrów nawet nie mówię, bo to by wymagało utylizacji złomu, zmiany przepisów o kontroli pojazdów, zamknięcia zachodniej granicy i ceł na samochody, a ja jestem przeciwny wychodzeniu z UE.

Ale czytam na znajomym portalu, że „mielczanie się jednoczą w sprawie powietrza. Chcą zmian w Kronospanie.” Bardziej chcą zamknięcia Kronospanu niż zmian, nawet jak prawie nikt w to zamknięcie nie wierzy. Ale się jednoczą, to prawda. Ponad podziałami.

Tworzą KOD ponad podziałami. A właściwie to KOD-PM2,5 NO, czyli
Komitet Obrony Dobrego Powietrza – „Mielec 2,5 NO”. Mielec bez pyłu PM2,5. Najbardziej rakotwórczego, inwazyjnego czynnika, który wnika w nasze ciała i je niszczy.

I dobrze. Jak nie ma jedności politycznej i moralnej, jak mamy naród podzielony przez pół, to tu raz mielczanie będą mogli pokazać jedność ponad podziałami. I dać wzór do naśladowania dla całej Polski.

Przesadzam? Może.



Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?

  Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?   Skończyły się Dni Mielca. Ponoć były fantastyczne. A już występ pani Chylińskiej –...