wtorek, 13 listopada 2018

Olać Unię. Racja jest nasza. PRAWDA jest nasza.


Marsz Niepodległości wyszedł i przeszedł. Przeszedł ulicami Warszawy, ale też przeszedł do historii. Także jako najbardziej liczny ze wszystkich dotychczasowych marszów. Po raz pierwszy i organizatorzy, i policja byli zgodni w liczeniu. 250 tysięcy. Do tej pory i policja i organizatorzy podawali zawsze zupełnie inne dane i na ich podstawie można było wyliczyć średnią. Tu średniej liczyć nie trzeba. Ale nawet jak uczestników było 150 czy 200 tysięcy, to i tak ogrom.

To taki ogrom, który potwierdza nasze racje. To znaczy racje organizatorów. I tych prawdziwych, i tych, którzy się pod organizację podpięli. Czyli rząd i prezydenta.

Bo jak 250 tysięcy maszeruje z białoczerownymi i nie rozrabia, to nieliczne fakty ciut inne niż wzorcowe, nie zmieniają naszego poczucia, że mamy rację. To znaczy, dobrego samopoczucia organizatorów. I władzy.

Tym większe zarówno zdziwienia jak i złość budzą nieprzychylne komentarze o Marszu, o Polsce i polskim rządzie na tzw. Zachodzie. W zachodnich, nieprzychylnych nam mediach.
W setkach, może tysiącach komentarzy pod zdjęciami pokazującymi, jak rodzinnie i świątecznie manifestowali Polacy,  popierający władzę i Marsz polscy internauci podkreślają, że ta cała zachodnia propaganda to kłamstwo, obłuda, walka z Polską, zaprzaństwo polskich dziennikarzy, podłość syjonistów i Niemców, ….

Umyka uwadze fakt, który nie umknął uwadze zachodnich mediów, że oto rząd rozmawiał i dogadał się ze skrajną prawicę, niezależnie od tego, jak bardzo jest patriotyczna (pojęcia patriotyzmu na użytek marszu nie zdefiniowano), jak bardzo wpływowa i co Polsce może od niej grozić, albo co Polska może jej zawdzięczać.
Zapewne niepokój na Zachodzi budzi fakt, z którego dumni są i organizatorzy i podpinający się pod nich rząd, czyli gwałtowny liczebnie wzrost ilości uczestników marszu. Ja nie wiem, jaka była przyczyna, ale dość łatwo go zinterpretować, jako gwałtowny wzrost wpływów skrajnej prawicy w Polsce.
A to nie może przejść w Europie i na świecie bez echa.
Czy nam się to podoba, czy nie. Czy zgadzamy się z taką interpretacją, czy się nie zgadzamy.

Słyszę głosy, często mądrych, rozsądnych ludzi: a niby dlaczego mamy się przejmować tym, jak nas postrzega zagranica? Skoro robimy dobrze. Skoro to co piszą, jest i tak wyssane z palca. Patrzcie, jak było spokojnie, rodzinnie, kolorowo, patriotycznie.
No patrzcie!!! A oni nie patrzą.

To może ich „olać”?

Poniżej wytłumaczę – i tym bardziej inteligentnym zwolennikom nieprzejmowania się zagranicznymi opiniami, i tym mniej inteligentnym – dlaczego powinniśmy jednak brać pod uwagę to, co o nas myślą na Zachodzie. Dlaczego powinniśmy się tym bardzo przejmować, jak myślą źle. Nawet jak uważamy, że nie mają racji, albo że robią to złośliwie.

Wyobraźmy sobie na chwilę, że nasi dobrzy znajomi zaczęli o nas źle mówić. Oczywiście wiemy, jesteśmy przekonani, że nie mają racji, bo my jesteśmy w porządku. Tak bardzo to wiemy, że nie przyjdzie nam do głowy zapytać, dlaczego źle mówią o nas, czy przypadkiem nie mają trochę racji w tej o nas opinii.
Pomyślimy sobie - pal ich sześć, nie ci znajomi, to będą inni.
Jednak przychodzi taki moment, kiedy prawie wszyscy zaczynają o nas źle mówić. Ale my i tak się tym nie przejmujemy. Wszak racja i PRAWDA jest po naszej stronie. Ba, jesteśmy nosicielami PRAWDY, a oni to kwestionują. Pal ich sześć
W końcu na końcu zostają nam jacyś ostatni znajomi, myślący jak my, albo takie myślenie udający. Fakt, mieszkają gdzieś na East Endzie (czy to miasta, czy to Europy), w gównianej dzielnicy, trochę szemrane towarzystwo. Ale przecież myślą tak samo jak my.

Więc mamy znajomych nadal. Co najwyżej nie będziemy ich odwiedzać.
Nie pomyślimy, że może oni zechcą nas odwiedzić, razem ze swoimi kolegami z dzielnicy, żeby zobaczyć i pokazać kolegom, jak żyją ich bogaci znajomi w dobrej dzielnicy.

Przyjdą, powiedzą „zdrastwujtie rebiata”  i już nie odejdą. Oj, biada wtedy naszej głupocie. Biada.

środa, 7 listopada 2018

Kurz opadł, pytania o Mielec pozostały.


Zaczęły się wyłaniać z niego kontury przyszłego mieleckiego porządku. Nie wiem, jaki on będzie. Zasadniczo chyba nic się nie zmieni w stosunku do tego, co było. Nadzieje mam letnie.
Szczerze mówiąc, to wielkie nadzieje wiązałem ze śp. Danielem Kozdębą, ale tylko przez pierwszy rok. Potem i choroba prezydenta, i jego działanie w dużej mierze pod tzw. publikę, i rozrost biurokracji oraz idąca za tym coraz to gorsza praca Urzędu Miasta,  ochłodziły mój entuzjazm. Do tego doszedł nieustający konflikt z Radą Miasta. Którego obyśmy teraz uniknęli.

Jaka nas przyszłość czeka? Trochę mnie martwi to, że być może będą rządzili Mielcem nauczyciele. To, moim zdaniem, grupa społeczna niekoniecznie nadająca się do zarządzania gospodarką. Bo jednak zarządzanie miastem w dużej mierze jest jak zarządzanie gospodarką, albo mające na nią wpływ. Powie ktoś: wychowani na budżecie, zarządzający budżetem (dyrektorzy szkół), znający ograniczenia stąd płynące, mają predyspozycje do zarzadzania miastem, które jest wielkim budżetowym worem. Ja nie mam takiego przekonania.

Prawda jest też taka, że za te dość marne pieniądze, jaki otrzymuje prezydent czy starosta, żaden dobry menedżer takiej harówki się nie podejmie. A dla kogoś z budżetówki, szczególnie z oświaty, to i tak będzie awans finansowy.

No ale suweren tak chciał, tak będzie miał. Okres długich rządów inżyniera Chodorowskiego przeszedł do historii, a wciąż nie przyszedł jeszcze czas, by go właściwie ocenić i docenić.

Okres prezydentury człowieka z biznesowym doświadczeniem w prywatnej firmie  – za sprawą jego pisowskich towarzyszy partyjnych, szczególnie tych warszawskich i ich słynnego rajdu po Polsce – z kolei nie nadszedł. Dobrze? Źle? Nie oceniam.

Życzmy sobie wszyscy, żeby było lepiej, niż jest. Akurat nie wierzę, że Mielec przestanie się rozwijać, bo nie będzie pana Kapinosa, ale zapewne będzie się rozwijał inaczej.
Jak? To jest pytanie.

Ciekawi mnie najbardziej, jaki jest stosunek nowego prezydenta do życia na kredyt. W sąsiedniej Stalowej Woli młody wilczek z PiS już zdążył doprowadzić dług miasta do kwoty 170 mln zł. I wyobraźcie sobie państwo, że ma w tym zadłużaniu miasta pełne poparcie jego mieszkańców, którzy nie dość, że wybrali go w pierwszej turze (dostał 71 % głosów), to jeszcze uważają, ze życie na kredyt to nic złego, bo się dużo w Stalowej buduje, emeryci mają darmową komunikację i coś tam jeszcze. No, taka logika.

Ciekawy jestem, co nasz prezydent zrobi z dziedzictwem poprzedniej władzy, szczególnie z dalszym zadłużaniem miasta, bo sama budowa hali zablokuje inne inwestycje na lata. No chyba że zaciągniemy jednak jakiś mały kredycik. Bo można przecież myśleć, że zadłużanie się nie jest złe. Najwyżej wnukom się pogorszy.
Póki co jednak zaczął spotkania ze społeczeństwem od spotkania z jednymi z najbogatszych mielczan, państwem Koliszami. Według informacji w sieci była to wizyta biznesowa. Prezydent chciał poznać problemy firm mieleckich. Może i była, może i chciał poznać, chociaż przyznać trzeba, że problemy firmy Ankol są z gruntu inne od problemów większości mieleckich firm. Tak jak ta firma jest inna od innych.
Pamiętam równocześnie, że prez. Kozdęba zaczynał od spotkań z szarymi obywatelami.

Ale wróćmy do mieleckiej polityki.
Jak Nasz Mielec miał przywódcę w postaci inżyniera, też jakoś byłem spokojniejszy niż teraz, gdy nie wiem, kto nim rządzi. Odszedł pan Chodorowski, pan Niedbała, zostali nauczyciele. W Razem dla Ziemi Mieleckiej też nauczyciele. Może i wiceprezydentem też będzie nauczyciel. Czy to z RDZM, czy może z Kukiza.
Czy starostą i wicestarostą także?

Ciekawy też jestem w tym kontekście, gdzie będzie mielecka „Mokotowska”? Czy w szkole podstawowej nr 2, czy nadal na Obrońców Pokoju, w siedzibie PiS?

Ja stawiam na szkołę i pana Paprockiego. Już drugi raz ograł PiS i wyrasta na mieleckiego Kaczyńskiego. Albo raczej na antykaczyńskiego.

Nowy prezydent zasłonił problemy powiatu, a dla Mielczan powiat to przede wszystkim szpital.
Co z nim będzie? Czy znowu będzie zmiana dyrektora? I czy jednak, kawałek po kawałku zacznie się szpital rozprzedawać? Bo mam na ten temat informacje od poważnych ludzi. Ja wcale nie twierdzę, że to złe. Przeciwnie, może znacząco polepszyłoby pracę szpitala, albo jego fragmentów. Bo jak nikt sobie nie wyobraża szpitala bez prywatnych Amerykańskich Klinik Serca, które uratowały już życie wielu mielczanom, jak może w nim działać rezonans magnetyczny LuxMed, jak mielczanki gremialnie jeżdżą rodzić do całkowicie prywatnej ProFamilii, tak mogą być w Mielcu prywatne inne oddziały. Może choćby położniczo – ginekologiczny. Bo mielczanki kilka lat temu zaakceptowały już prywatność porodu, jeżdżąc do Rzeszowa. I pacjentom będzie tylko lepiej. I powiatowi lżej.
Ja jestem za. Czy nowe władze starostwa będą także za?

Pewnie aktualnie trwają partyjne targi: kto, z kim, za ile, za jakie stanowisko?
Ciekawi mnie zachowanie danych Kukiza15. Czy potrafią myśleć o Mielcu, czy wejdą, tak jak wielu przed nimi, w buty układów i zależności? Czy, wzorem ich lidera Kukiza, będą za, a nawet przeciw. Za PiS, a przeciwko innym. Jak to się kończy w Sejmie, widzimy.

Pewnie na niektóre z pytań dostaniemy niedługo odpowiedź. Może niektóre z pytań są bez sensu, albo zbyt abstrakcyjne i wydumane. Może. Ale takie mi przychodzą do głowy

Na odpowiedź na podstawowe pytanie, jak będzie rządzony Mielec i powiat, poczekamy pewnie z rok. Po roku wszystko będzie wiadomo.

piątek, 26 października 2018

Gryf z jajami na jakiego nas było stać


Kiedy 18 stycznia chyba 2014 roku roku pisałem felieton o mieleckim gryfie, zatytułowany „Smoczek, braciszek smoka wawelskiego”  , kończyłem go takim stwierdzeniem: „A potem inne mieleckie dzieci z innymi matkami i ojcami podejdą sobie do Smoczka i będą robić z nim zdjęcia. I bardzo dobrze na tych zdjęciach wyjdą. W końcu dzieciom do twarzy ze smoczkami”.

Nie mogłem wtedy przypuszczać, że przyszłość przyniesie nam taką niespodziankę.  Bo nieco wcześniej, przy okazji wyboru gryfa, jako ozdabiacza Rynku, powiedział Prezydent Chodorowski: „Rynek jest miejscem rekreacji i wypoczynku, dlatego też nie zależy nam by powstało tu miejsce wzniosłe, swoim charakterem przypominające pomnik i jego funkcje. Bojeśli w tym miejscu pojawi się jeszcze jeden atrakcyjny element, który świadczy przecież o naszych korzeniach i przeszłości, to z pewnością rynek stanie się miejscem odwiedzanym jeszcze chętniej”.

I jak dzisiaj oglądałem sobie mieleckiego Gryfa, którego ja nazwałem kiedyś Smoczkiem, a zacząłem jego oglądanie od tyłu, zauważyłem coś, czego nasi bogobojni rajcowie ubiegłej kadencji zapewne nie zauważyli, jak zatwierdzali rzeźbę do realizacji. Bo jakby zauważyli, to by im podniesione w głosowaniu ręce zadrżały i opadły.
Zauważyłem mianowicie, że mielecki Gryf wyposażony jest w pokaźnych rozmiarów atrybut męskości, jakim jest worek mosznowy, popularnie zwany jajami.
Wiedziony ciekawością oglądnąłem także przód gryfiego podbrzusza i tu nieco się zawiodłem, bo męsko-gryfie przyrodzenie, jakkolwiek w zwodzie, było jakby w połowie obcięte.

Niemniej jednak przyznałem rację prezydentowi Chodorowskiemu, że rzeczywiście artyści-rzeźbiarze dokładnie wykonali jego zalecenie i swoją wyobraźnią i pracą sprawili, że zarówno miejsce gdzie stoi Smoczek, jak  i cały Rynek, niekoniecznie od tej pory będą „miejscem wzniosłym”.

Ale ten smoczo – męski atrybut, tak wyeksponowany, sprawia, że spełni się druga część wypowiedzi Prezydenta. Bo w tym miejscu – co by nie powiedzieć - pojawił się jeszcze jeden atrakcyjny element, który świadczy przecież o naszych korzeniach i przeszłości,  i z pewnością rynek stanie się miejscem odwiedzanym jeszcze chętniej.

Już widzę młode pary, które zaraz po ceremonii zaślubin jadą na Rynek, gdzie obowiązkowo każda z kobiet głaska Gryfa-Smoczka po jajach, przepraszam, po jądrach, co wynajęty fotograf uwiecznia dla potomnych.

Już widzę, jak gest głaskania Smoczka po jądrach staje się sławny w całym podkarpackim województwie, jako gest przynoszący szczęści głaskającej. I sława Mielca będzie rosła.
Mielec, który za herb ma Gryfa z jajami.

Tylko co na to nowa Rada Miasta, w większości z PiS?
I co mamy powiedzą dzieciom, które bardzo będą chciały mieć zdjęcie ze Smoczkiem. Ze Soczkiem z jajami.

Smoczek – braciszek Smoka Wawelskiego





Felietonik sprzed lat. Tak dla poprawienia humoru.

Kiedy w internecie ktoś zamieścił zdjęcia gryfa, który ma zająć postument na mieleckim Rynku, miała miejsce krótka wymiana komentarzy pomiędzy mną a jakimś internautą, której sens dalej przytaczam. Po moim wpisie o mniej więcej takiej treści: „nie chcieliście mieć na rynku Jana Pawła, to będziecie mieli małego smoka wawelskiego”, jakiś internauta odpowiedział, że powinny być uszanowane uczucia niewierzących, którzy także mają swoje prawa. Na to odpowiedziałem mu: „no to ma pan w zamian tego potworka. Zadowolony?”

Nie wiedziałem, że dzisiaj by uczcić wielkiego Polaka, trzeba być wierzącym. Dla niektórych niewierzących nie jest ważne, co Polak zrobił dla świata, ale to, czy przypadkiem nie nosił krzyża na piersi. Żeby było jasne, nie byłem za tym, by na rynku stał posąg Jana Pawła, ale postawienie tam tego potworka, który ma być niby znajomym wszystkich mielczan z herbu miasta (kto go zna, ręka w górę?) nie ma nic wspólnego z moimi poglądami na temat tego, kto w Mielcu zasługuje na pomnik.. Fakt, nie pisałem na ten temat, bo w czasie kiedy obradowała wielka komisja wyłaniająca z niebytu postać na postument na mieleckim rynku, akurat miałem kilkumiesięczną przerwę w pisaniu felietonów.

Ale co się odwlecze to nie uciecze. Kiedyś na ten temat trzeba coś powiedzieć, bo temat jest dla mnie ważny.

To, że na rynku będzie stał taki maszkaron, nie jest – moim zdaniem - sprawą przypadkową, tak jak nie wierzę, by ucieleśniał on wolę znaczącej części  mieszkańców Mielca. Podobno zgłosili oni w 2011 roku 20 pomysłów, z których „zespół mający wyłonić temat kompozycji przestrzennej na mieleckim Rynku”(a składający się z 12 gniewnych ludzi prezydenta, powołanych przez Pana Prezydenta), wybrał 5 propozycji, by następnie zwrotnie zapytać mieszkańców, co z tej piątki sobie wybiorą. Niespecjalnie wybierali, bo prawie nikt się nie wypowiedział. Ale na koniec, jak zespół wybrał gryfa, okazało się z najświeższych doniesień już z 2014 roku, że odzwierciedla to jak najbardziej wolę mieszkańców którzy rzekomo gremialnie„w przesyłanych do Urzędu Miejskiego mailach i listach, (…) wskazali, iż to Gryf z projektu numer 1 powinien powstać na rynku (za hej.mielec). 

To że na rynku nie stanie np. minister Kwiatkowski nie jest, ot tak, zbiegiem przypadków. Wynika to moim zdaniem z polityki historycznej w wydaniu lokalnym, uprawianej przez władze Mielca. Jej dość wymownym efektem jest choćby próba unicestwiania w pamięci mielczan Dyrektora Ryczaja.

Jak powiedział przy okazji wyboru gryfa Prezydent Chodorowski: „Rynek jest miejscem rekreacji i wypoczynku, dlatego też nie zależy nam by powstało tu miejsce wzniosłe, swoim charakterem przypominające pomnik i jego funkcje. No właśnie.Odbywając rekreację trudno myśleć o wzniosłej historii Mielca. Szczególnie jakby to miała być „nie ta historia”.

Mówiąc krótko – i te podejrzenia potwierdza praktyka dnia codziennego –niektórzy uważają, że nie ma w Mielcu, także w jego historii, osoby godnej rzetelnego upamiętnienia, a co dopiero godnej pomnika.
I tak już zostanie. Brak jakiegokolwiek własnego zdania Rady Miasta stan ten tylko utwierdzi.

No bo wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby do stojącej na cokole rzeźby ministra Kwiatkowskiego podszedł z dzieckiem jakiś urzędnik magistratu albo innej miejskiej instytucji, a dziecko niespodzianie zadało by mu takie oto pytanie: tatusiu, a kim jest ten pan na pomniku? Tatuś, nie myśląc wiele, natychmiast by odpowiedział - to synku taki pan, który stworzył uskrzydlony Mielec – i natychmiast ugryzł by się w język, zdając sobie sprawę, że przekazuje dziecku wykładnię uskrzydlonego Mielca inną od obowiązującej takich jak on. A dziecko może rozpalać.

To znaczy – dukał by do dziecka – ten pan z pomnika wcale uskrzydlonego Mielca nie stworzył. On tak naprawdę niczego u nas nie stworzył, nawet ulicy jego imienia nie wybudował, bo zrobił to dla niego dyrektor Rycz.. I znowu ugryzł się w język. Tego nazwiska też wymawiać przy dziecku nie wypada. No to za co ten pan stoi na pomniku? - nie dawało za wygraną dziecko. No, tak sobie stoi, żeby było ładnie – odpowie ojciec i zabierze dziecko na lody.

Prawda, jak niezręczna sytuacja? Trzeba jej za wszelką cenę unikać, nawet jakby inni ojcowie, innym dzieciom mieli opowiadać o początkach uskrzydlonego Mielca, a dzieci słuchałyby z otwartymi z ciekawości ustami.

A teraz wyobraźmy sobie, że ten urzędnik magistratu albo innej miejskiej instytucji podchodzi z dzieckiem do stojącego na rynku gryfa, którego -po przeczytaniu tego artykułuj – będziemy mogli pieszczotliwie nazywać „smoczkiem, braciszkiem smoka wawelskiego”.
Podchodzi, ale nie tak wprost –ciągnie dziecko na siłę za rękę, bo ono boi się tej dziwnej potwory. Wreszcie podchodzą. Dziecko widzi, że smoczek nie gryzie, ogniem nie zieje jak w Krakowie, i choć nadal jest przestraszone, pyta ojca: tatusiu, a co to jest? No to ojciec odpowiada: synu, to jest taki smok, zwany gryfem, który przed wiekami żył w mieleckich lasach. Wtedy na całym świecie żyło dużo smoków, ten na przykład miał starszego brata w Krakowie. Tego w Krakowie zabił szewc Dratewka. A tego kto zabił? – zapyta dziecko A tego to zabił rycerz rządzący Mielcem. I od tej pory ten smok żadnych dzieci już nie napada, więc nie musisz się bać odpowie ojciec, zadowolony, że to już koniec pytań. Ale daremna nadzieja.

A mama mówi, że to taka maszkara i ja się trochę boję – nadal marudzi dziecko. Mam nie wie co mówi – odpowie ojciec. Myli się jej z mascarą, której używa przy malowaniu oczu. Mamy też się boisz? Jak się wymaluje, to też - westchnie potomek, nie znający się na zawiłościach kobiecej natury.

A dlaczego ten smok jest taki mały? – zapyta w końcu dziecko, znające wielkość tamtego spod Wawelu. Bo to taki niedorośnięty smok, po prostu smoczek – wyjaśni tata. Tamten był jego dorosłym bratem. Ale tamten nie miał skrzydeł – zauważy przytomnie dziecko. A ten ma – odpowie dumnie tata. Bo tu jest Mielec, tu rozwijają się skrzydła. Każdy w Mielcu może się uskrzydlić, nawet smok.
To ja też będę uskrzydlony? – zapyta dziecko. Oczywiście - dumnie odpowie ojciec.
To polecę sobie wtedy do Anglii. I tu dialog się skończy, może nie całkiem tak, jak chciałby ojciec, ale całkiem dla niego bezpiecznie.

A potem inne mieleckie dzieci z innymi matkami i ojcami podejdą sobie do Smoczka i będą robić z nim zdjęcia. I bardzo dobrze na tych zdjęciach wyjdą. W końcu dzieciom do twarzy ze smoczkami.

„Bo”jak powiedział Pan Prezydent–„jeśli w tym miejscu pojawi się jeszcze jeden atrakcyjny element, który świadczy przecież o naszych korzeniach i przeszłości, to z pewnością rynek stanie się miejscem odwiedzanym jeszcze chętniej”.

Ostatni pociąg do Mielca.



 Przypominam mój felieton sprzed lat. Może za jakiś czas będzie "pierwszy pociąg do Mielca". Może. Tylko po co?

Myślałem, że w historii literatury czy filmu więcej było „ostatnich pociągów”. A tu jednak nie. Były „Pociągi pod specjalnym nadzorem”, „15.10 do Jumy”, „Morderstwo w Orient Expresie” czy „Ballada o pociągu” i choćby pociąg z Wokulskim i Izabelą Łęcką w „Lalce”, i pewnie jeszcze inne, ale z „ostatnich” to znalazłem tylko film „Ostatni pociąg” o Żydach wiezionych do Auschwitz, western „Ostatni pociąg z Gun Hill” czy książkę „Ostatni pociąg do Stambułu”.

Teraz, jak się nam uda, to napiszemy albo nakręcimy kolejną historię zatytułowaną „Ostatni pociąg do Mielca”. Tylko musimy się postarać, aby odpowiednio to nasze działanie nagłośnić, tak by się stało znane w całym kraju.

To, że sobie żartuję, nie oznacza, że nie widzę wagi problemu, chociaż może inaczej niż inni protestujący i żądający utrzymania funkcjonowania linii „L25”.. No bo jak na razie tylko protestujemy i żądamy.
Jak to tak? Mielec bez kolei? Wszak już za Franciszka Józefa…

Akurat z mojego biura patrzę sobie dzień cały na linię kolejową Mielec - Dębica. Czasami nawet się zdziwię, jak zobaczę na niej jakiś pociąg. Rzadko, bardzo rzadko,  coraz rzadziej.
I co z tego, że rzadko? Czy Mielec przez to nie pracuje? Czy zakłady przestały produkować, a ludzie kupować towary? Oczywiście że nie. Wszyscy mają się - bez kolei –raczej dobrze, a ostatni szynobus, jaki widziałem tu parę lat temu, woził tylko maszynistę i kierownika pociągu.

W minionych dwudziestu latach nastąpił odwrót, ba, ucieczka mielczan od kolei. Można powiedzieć, że dlatego, bo oferowała marne usługi. Tyle tylko, że wiemy doskonale, iż nie jest to prawda. Bo dla przykładu weźmy dojazd z Padwi czy Jaślan, Rzemienia czy Tuszymy, jedynych w powiecie wiosek, dla których mieszkańców ten transport miał jakikolwiek sens. Co tu dużo wyjaśniać: wszyscy wiedzą że dojazd do pracy w Mielcu autem czy autobusem jest nieporównywalnie wygodniejszy, tańszy i szybszy niż kiedyś pociągiem. I z tego korzystają.

Więc pewnie wszyscy bez wysiłku intelektualnego (a uczciwie), zgodzimy się z tezą, że lokalny pociąg osobowy w naszym powiecie nie ma sensu. Może więc dalekobieżny. Kraków, Katowice? No, może, tylko pewnie taki pociąg byłby jeden lub dwa dziennie i zabierałby znowu parę osób, co jest ekonomicznym absurdem. Zresztą można dojechać do pociągu w Dębicy samochodem, tak jak się dojeżdża do lotniska w Jesionce czy Balicach.

Pozostaje transport towarów.  Tu sprawa jest poważniejsza, chociaż – oprócz węgla z południa i drzewa z północy (to pozostaje) - niczego naprawdę krytycznego do Mielca koleją się nie wozi. Węgiel do elektrociepłowni to jest rzeczywiście problem. Tylko jak się ma ten problem do kosztów odbudowy i funkcjonowania kolei?

Argumentuje się tak, że jak zdrożeje transport węgla do Mielca (bo samochodami drożej?), to zdrożeje ciepło dla mieszkańców. Może to jest prawda. Ale trzeba pamiętać, że w ostatnich trzech latach, pomimo wożenia węgla koleją, czyli niższych kosztów transportu, ciepło z Elektrociepłowni zdrożało prawie o 80 %. Więc może już nie zdrożeje, bo nie będzie mogło? Bo za chwilę bardziej będzie się opłacało grzać gazem?
Zresztą żądający i dyskutujący nie biorą jednego pod uwagę. Jeśli PLK jest spółką prawa handlowego i ma nie dokładać do interesu, to nawet jak zdecyduje się budować linię, to koszty budowy i tak będzie musiało przerzucić na koszty transportu węgla. I nagle okaże się, że przewóz samochodami jest tańszy od przewozu koleją i po tej nowej linii kolejowej będą łaziły krowy.

Ja także uważam, jak dyskutujący radni, że lepiej być pięknym, bogatym i zdrowym. I na dodatek lepiej jest mieć kolej z Dębicy do Mielca, niż jej nie mieć. Ale nie zawsze jest idealnie.
Tak naprawdę trzeba zacząć od pokazanie rzeczywistych, nie wydumanych potrzeb i do nich przekonywać decydentów. Może nawet trzeba stworzyć te potrzeby, ale prawdziwe, bo nikt się na plewy nie nabierze, nawet wróbel. Czy rzeczywiście – jak argumentuje mój Szanowny Kolega Felietonista i Radny, Pan Osnowski - linia 25 jest dla nas sprawą życiową? To dlaczego nadal, mimo jej faktycznego braku, żyjemy?

Żadnymi ogólnikami o życiowych potrzebach, których nie umiemy zdefiniować, żadnym rozdzieraniem szat na niesprawiedliwość ludzi i  rynku niczego nie załatwimy.

Ja bardzo bym chciał utrzymania tej linii kolejowej, którą wyruszałem w swoje pierwsze, długie wojaże po Polsce i świecie, ale mój sentyment, jak i sentyment wszystkich mielczan łącznieto za mało. Niech ktoś wreszcie, oprócz pustych słów, przedstawi wyliczenia o konieczności ekonomicznej takich rozwiązań, pokaże realne – nie wydumane -  perspektywy korzyści w przyszłości. Wtedy inaczej będzie się rozmawiało choćby w Rzeszowie.

A tak tylko sobie biadolimy, narzekamy. I nic z tego nie będzie.
I nawet ostatniego pociągu z Dębicy do Mielca nikt nie zauważy, bo kogo tak naprawdę to będzie obchodziło.
No chyba ze jakiś kolejny Wokulski położy się na torach, czekając na śmierć przez rozjechanie, jak w rozdziale Lalki Bolesława Prusa, zatytułowanym „Tempusfugit, aeternitas monet”, co się tłumaczy „Czas ucieka, wieczność czeka”. Wtedy może będzie ciekawie i głośno.

Czas ucieka, Szanowni Panowie. Czas na konkrety, nie na gadanie.


Olać Unię. Racja jest nasza. PRAWDA jest nasza.

Marsz Niepodległości wyszedł i przeszedł. Przeszedł ulicami Warszawy, ale też przeszedł do historii. Także jako najbardziej liczny z...