Jaskinia Studnisko 2013 rok - autor kubush
Zmienia się nam język, zmienia się znaczenie pojęć. To co kiedyś było oczywistą oczywistością, dzisiaj zupełnie zostało zapomniane lub funkcjonuje co najwyżej jako relikt językowy we wspomnieniach dziadeczków lub babć, albo, w najlepszym razie, gdy nie wypadło z języka używanego na co dzień, stało się pojęciem tak wieloznacznym, że w sumie nic nie znaczącym, jak choćby słowo rewolucja.
Ja jednak dzisiaj nie o zawiłościach języka, bo od tego są panowie profesorzy Miodek i Bralczyk. Ja dzisiaj o kalesonach i wywiedzionej z tego pojęcia nazwie jaskini: Kalesonowa.
Nie wiem, czy młodzi ludzie wiedzą, co to kalesony. Sam w ich miejsce, choć bardzo rzadko, zakładam elastyczne getry. I ciepło i wygoda. Więc pewnie to słowo umiera lub już umarło.
Kiedyś kalesony to był prawie obowiązkowy element męskiej bielizny zimowej. Długie, bawełniane, białe gacie, z rozporkiem z przodu, które w wielkie mrozy wkładało się pomiędzy spodnie. a slipy czy spodenki. Żeby było ciepło. Ich białe nogawki często było widać nad skarpetkami, które także nie były takie elastyczne i prawie jednorazowe jak teraz.
Tak ja się cerowało skarpetki, tak też zszywało się kalesony, by jak najdłużej służyły.
Ich podstawową wadą był kolor. Biały. Niestety, mocz jest żółtawy. No i wszystko wiadomo. Po praniu stawały się coraz lichsze, bardziej żółte, a okolice rozporka to już całkiem wyglądały fatalnie. Powie młodzież: można było wyrzucić. No, można. Ale potem trzeba było kupić następne, a był okres, kiedy to naprawdę nie było proste.
Może z racji powszechnej (choć głównie męskiej, bo kobiety tylko prały kalesony we franiach) świadomości istnienia tego męskiego stroju, a może z racji jego rozmiarów, ściśle przylegających do łydek i ud, no i może trochę z racji jego biało żółtego koloru, jego nazwa jako pierwsza nasunęła się męskiemu odkrywcy przedziwnej konstrukcji skalnej w Podlesicach koło Zawiercia.
Pewnie było tak, bo przekazy o tym milczą, że jak znalazł tę dziurę w ziemi pierwszy grotołaz i do niej wpełznął, a potem okazało się, że nie mógł z niej za nic w świecie wypełznąć z powrotem, najpierw się śmiał, potem był coraz mniej wesoły, wreszcie zafrasował się straszliwie. Bo nie wiedział co dalej. Jeśliby pełzł do przodu, mogłoby się okazać, że nie ma z tej dziury wyjścia i a nie ma miejsca na zrobieniu obrotu o 180 stopni, by wypełznąć z powrotem do wejścia. Bo w jaskini owej ruch mógł być tylko taki, jak w założonych na męskie nogi kalesonach porusza się, no, powiedzmy, mrówka. Albo pchła. Wyżej … nie podskoczysz. Cały czas na brzuchu. No, nie tylko. Na piersiach i udach, zdzierając czubki cholernie drogich wtedy butów turystycznych, górskich.
Na dodatek ta ciemność. Biało żółta. Bo to skała wapienna. To znaczy kolor był mało widoczny i został rozpoznany nieco później. Bo coś takiego jak lampa czołówka nie istniało. Tylko górnicy w kopaniach węglowych Śląska takie mieli, zasilane z wielkiego akumulatora przytroczonego do paska. Grotołazom zostawała licha latarka na baterie płaską 4,5 Volta.
Więc jak już nasz pierwszy eksplorator postanowił, że jednak się wycofa, bo nie wiadomo, co go tam dalej czeka i może już na zawsze zostanie w dziurze, do której żadne pogotowie ratunkowe nie dotrze, koledzy stojący na zewnątrz jako pierwsze zobaczyli buty i kalesony. I tak się zaczęli śmiać (jak to studenci), że postanowili jaskinię nazwać Kalesonowa.
Tak jak żona Kalesona. Bo tak się wtedy mówiło: Talarek, Talarkowa.
I nikt się z nazywaczy nie zastanowił, że kalesony są wyłącznie w liczbie mnogiej. A pojedyncza, ten kaleson, nie istnieje. No cóż, ale to byli studenci Politechniki. Więc można im wybaczyć.
I tak odkryłem przed Państwem samą jaskinię, o której więcej będzie poniżej, jak i perypetie z jej nazwaniem.
Ale jak już ją odkryto i nazwano, to wtedy w Gliwicach założono Akademicki Klub Grotołazów, do którego, nie razem, nie w tym samym czasie, zapisał się Belfegor, a potem Tomek i ja.
A jak już się zapisaliśmy, to zostaliśmy kursantami. Przed nami była nauka eksploracji jaskiń i nauka wspinania skałkowego. Bo w jaskiniach nie tylko porusza się na brzuchu w tak zwanych zaciskach, choć to ważna umiejętność, ale także wspina skałkowo i zjeżdża na linach.
No i przyszedł dzień, kiedy po porcji wiedzy teoretycznej pojechaliśmy w Skałki Zawierciańskie. W Podlesicach jest wielki kompleks wapiennych skał, zwany Górą Zborów, głównie służących wspinaniu, ale znajdowała się tam także nasza jaskinia. Kalesonowa właśnie.
Wyjeżdżaliśmy z Gliwic w „Skałki” w sobotę po zajęciach na Politechnice. Pociągiem do Zawiercia, a potem zapchanym do niemożliwości pekaesem do Kroczyc czy Podlesic.
Tak było naszym pierwszym razem.
Zaraz po przyjeździe instruktor powiedział: zaczynamy. Zrzuciliśmy szpeje w jednym miejscu i wio. Pierwszy był Tomek. Zawsze był odważniejszy i silniejszy. Przez chwilę widziałem jego pionierki, potem nastała cisza. Po jakimś czasie, trwało to kilkanaście minut, usłyszałem wielki ryk śmiechu zza skał, gdzie przy „Rozporku” usadowili się cwaniacy, który już kiedyś te dziurę pokonali. Zatkali wylot jakimiś pniakami i biedny Tomek, jak już tam się pojawił, musiał te narzuty odwalić, by wyczołgać się na powierzchnię. Wyglądał jak młynarz albo kanalizator po wypełznięciu z suchego ścieku.
Potem przyszła kolej na mnie.
Wcześniej przypominałem sobie intensywnie, czy nie mam lęku ciasnych pomieszczeń, zwanego klaustrofobią. Bo jakby tak dopadło mnie coś w środku, jakaś duszność, poty, kołatanie serca, połączone z panicznym lękiem, że już z tej dziury nie wyjdę, nie byłoby ciekawie. Chyba jednak w przeszłości nic nigdy podobnego mnie nie spotkało.
Andrzej, masz lęk ciasnych pomieszczeń – zapytał Lech, nasz instruktor. Bo jak masz, to spadaj. Chyba nie mam – odpowiedziałem.
No to właź. I wlazłem.
Na początku było tak, jak pisałem. Dziura, na szczęście sucha, taka w sam raz na szczupłego człowieka. A ja wtedy ważyłem 68 kilo. Niezbyt dużo, gdyby tak popatrzeć dzisiaj na mnie.
Zacząłem się czołgać. Moją latarkę z baterią 4,5 volta trzymałem w zębach. Miała takie druciane zawiesie, w sam raz na dolną szczękę. W kasku budowlanym, który skądś wcześniej zdobyłem, nie było jakiejś wypustki czy dziurki do zaczepienia, ale i tak byłem szczęśliwy, że go mam, bo co rusz uderzałem głową w górną część kamiennej rury, pełnej wypustek, obniżeń, szczelin, słabo związanych ze ścianą popękanych kawałków.
Po jakiś dziesięciu, piętnastu metrach doczołgałem się do zakrętu, za którym rura się trochę rozszerzała. Nie na tyle, by myśleć o zwrocie i ucieczce (zresztą nie było od czego uciekać), ale wystarczająco, by rozeprzeć się wygodnie i złapać głębszy oddech płucami. Bo wentylacja była dobra. Myślę, ze jakby zapalił ognisko przy wlocie, to dym można by zobaczyć w wylocie. Ciąg był dobry. Być może w ten sposób ktoś kiedyś ocenił, że jest przelot.
Po zakręcie i opuszczeniu tego kawałka jelita grubego, znowu zaczęło się jelito cienkie. Nawet bardziej cienkie, niż poprzedni jego kawałek. Wyglądało to tak, jakbym od strony odbytu chciał wejść do żołądka. Tak mi się wtedy skojarzyło, bo zapomniałem z tego wszystkiego, że jestem wewnątrz fasetowych kalesonów, a nie wewnątrz faceta.
Zapierałem się butami i popychałem całe ciało do przodu. Byle do przodu. Byle dalej. A raczej bliżej wyjścia. Skała mnie obłapiła, jak potem czasem żona udami. Ale wtedy daleko mi było do takich skojarzeń, bo i do żony było daleko. Nie w przestrzeni, ale w czwartym wymiarze. Ręce zdały się na niewiele. Pamiętam, ze musiałem przekręcić się z trudem na plecy i odpychać stopami i pośladkami. Było w tym wiele ze znanych facetom skojarzeń seksualnych, ale tylko wtedy, jak leżą w łóżku. Mnie wtedy ten stan nie kojarzył się z czymkolwiek miłym, a już z aktem seksualnym najmniej.
Pchałem całe ciało butami, szorowałem brzuchem o sufit, hełm zaczepiał daszkiem o występy skalne, ale przynajmniej nie pozwalał na zdjęcie mi skalpu.
Ludzkich artefaktów po drodze nie było wiele. Kawałek jakiejś tkaniny, wyrwanej z rękawa czy nogawki, zapałki, które pewnie wypadły z kieszeni, potem niedopalony pet (że też ktoś był tak naiwny, że pozował na Jamesa Deana, pewnie żałował pozy) i chyba nic więcej.
Gdy na chwile wypadła mi z zębów latarka i zgasła, zrozumiałem powiedzenie „być w czarnej dupie”. To była chwila, bo latarkę zaraz znalazłem, ale taka chwila, o której można by powiedzieć za poetą: „chwilo, nie trwaj”.
Ten drugi odcinek był najgorszy. Wypchałem z niego ciało i znowu znalazłem się w kawałku jelita grubego. Krótki odpoczynek, pozbieranie myśli i dalej do przodu. Znowu zakręt, chyba niezbyt ostry i trzecia prosta. Tam już było łatwiej. Czołgałem się na brzuchy, takim czołganiem żołnierskim, gdy pod ciałem mieszczą się ręce i na nich można się przesuwać.
Przypomniałem sobie, że zbliżam się do „rozporka” i pamięć ryczących starszych kolegów, gdy Tomek kończył swoją kalesoniadę, nasunęła mi oczywiste przypuszczenie, że i mnie szykują jakąś niespodziankę. Żeby nie było łatwiej, żeby dopełnić treningu.
I rzeczywiście. Jak doszedłem do miejsca, gdzie było szerzej, i gdzie cała ta rura zakręcała do góry, stwierdziłem, ze w wylot wsadzonych jest kilka pniaków i żeby wyjść, muszę każdego z nich wypychać do góry, by wypadł z dziury na płaskie poletko, na którym siedzieli koledzy, popijając coś rozgrzewającego, opowiadając sobie głupie dowcipy o grotołazach w czarnej dziurze i rechoczących jak stado dzieciaków.
Po chwili dołączyłem do towarzystwa umorusany jak robotnik rolny po młócce.
Nazajutrz mieliśmy się uczyć zjazdów w dół.
To jest naprawdę fascynujące, kiedy stajesz 20, 30 metrów nad podłożem, przywiązujesz linę do jakiejś dziury w skale, owijasz ją wokół rąk, tak że przechodzi też przez plecy, stajesz na skraju przepaści i idziesz po skale w dół. Pionowo do skały. Fakt, to już wyższa szkoła jazdy skałkowej. My na początku zjeżdżaliśmy na dół jak pakunki. Ale z czasem byliśmy coraz lepsi.
Ale najpierw sen. Pod okapem skalnym, bo namiotów nie było.
Ps.W Górze Zborów jest także inna jaskinia, Głęboka, największa jaskinia tych rejonów Jury, ale nią zajmiemy się innym razem. Zresztą do niej każdy może wejść z przewodnikiem. A do Kalesonowej nie.
Tyle tylko, ze może tam nie trafić, jak zapyta, gdzie jest Kalesonowa. Bo może ktoś zee wstydu, że nosił kalesony, albo przyszło młode pokolenie, które nie znało tego pojęcia i teraz jaskinia nazywa się jaskinią Berkową. Głupie, nie? A cala Kalesonowa ma długość tylko 58 metrów. Tylko!!!

.jpg)






.jpg)