czwartek, 19 lipca 2018

Mielecki anarchizm czy krono-anarchia?

Uderz w stół, a nożyce się odezwą. W ślad za felietonem „Czy to zapowiedź mieleckiej „rewolucji?” napisałem felieton „Mielecki anarchizm czy mielecki anty-kronospanizm” i jakbym się pomylił. Gdybym wiedział to, co wiem dzisiaj, po jednym dniu zaledwie od publikacji, ten drugi felieton zatytułował bym „Mielecki anarchizm czy krono-anarchia?”.

Bo oto okazuje się, że trafiłem z felietonami na czas wyraźnego pęknięcia w grupie organizatorów protestów przeciwko Kronospanowi. To pęknięcie widać było w dyskusji pod moim felietonem „Czy to zapowiedź mieleckiej „rewolucji?”, a opisałem to pękanie w kolejnym felietonie, który już nie znalazł dla siebie miejsca na stronie "Blokada truciciela Melnoxu....." i uznania administratora strony. Ba, więcej: podobno administrator strony wyrzucił z niej jednego z głównych organizatorów protestu, jedną z jego twarzy.

No i tą drogą jeden z najważniejszych ruchów w historii Mielca, zaraz po wczesnej Solidarności, pójdzie się pieprzyć. Zamiast zintegrować się w nowych czasach i kontynuować swoją akcję, także w innej formie.

Nigdzie nie sugerowałem, jak pisał jeden z internautów, by z protestów przeciwko truciu nas przez Kronospan, zbudować ruch społeczny rządzący w przyszłości miastem.
Uważałem natomiast i nadal uważam, że ten ruch społeczny mógłby wnieść nową jakość do skostniałego, strupieszałego wręcz światka mieleckich samorządowców, w którym albo widzimy te same stare, zgrane twarze, albo młodych pisowców, zupełnie niesamodzielnych w myśleniu i działaniu. A przy okazji kontynuowaliby działania na rzecz czystego Mielca, czego nie zrobi stara władza, której po wyborach nie będzie zupełnie jak do tego zmusić. Bo wielki pochód protestu już się nie powtórzy.    

Mógłby wnieść nową jakość, ale najpewniej to już pobożne życzenia, bo ruch antykronospanowy zaczął się rozsadzać od środka sam. A siły zewnętrzne mu w tym pomagają.
A może jeszcze jest czas na refleksję?

A poniżej powtórnie felieton "Mielecki anarchizm czy mielecki anty-kronospanizm" Może jednak warto się nad nim zastanowić, panowie i panie działacze?


Kiedyś był taki system polityczny, który nazywał się anarchizm. Umarł wraz ze zwycięstwem gen. Franco w Hiszpanii, ale potem się odrodził w latach 60 – tych XX w. i teraz, wraz z obumieraniem demokracji i ciągotami socjalnymi społeczeństw, zaczyna się coraz bardziej odradzać i krzepnąć na siłach, choćby w formie alterglobalizmu.
Anarchizm w największym uproszczeniu cechuje się niechęcią wobec scentralizowanej władzy i jej instytucji, twierdząc, że są one źródłem opresji społecznej i zagrożeniem wolności.
Zdaniem anarchistów władza taka zawsze pozostaje poza kontrolą społeczną i wyobcowuje się ze niego. Proponują oni zamiast władzy centralnej  demokrację bezpośrednią, a zamiast kapitalizmu ekonomię uczestniczącą, czyli system ekonomiczny oparty na bezpośredniej kontroli przez uczestniczących w nim ludzi.
Anarchizm jest uważany przez anarchistów za najszerszą formę demokracji, w której jednostka posiada wpływ na swoje życie, uczestnicząc bezpośrednio w procesie ustawodawczym i wykonawczym. Czyli każdy ma wpływ na wszystko. Jednocześnie anarchiści są przeciwni demokracji przedstawicielskiej.
No i tu doszliśmy do Mielca i do dyskusji uczestników anty-kronospanowych protestów w temacie, co dalej robić.
Nie przypuszczałem nawet, że po moim artykule „Czy to zapowiedź mieleckiej „rewolucji?” rozgorzeje dośc intensywna dyskusja na fejsbuku pomiędzy ludźmi, którzy w jakimś tam stopniu protesty przeciwko Kronospanowi organizowali. Nie mam pojęcia kto się bardziej przysłużył sprawie, znałem spośród organizatorów jedynie panów Tabora i Skrzypca, a rozpoznaję od niedawna pana Kusia, więc nikogo nie zamierzam oceniać.
Jednak czytając tę dyskusję nie sposób oprzeć się wrażeniu, że grupa przywódcza protestów doszła na tzw. rozstaje dróg. Stanęła na tych rozstajach i zastanawia się, w którą stronę iść. Rozstaje oznaczają wybór kierunku, ale także mogą oznaczać rozstanie, kiedy jedni pójdą drogą w lewo, a drudzy drogą w prawo.
Nie sposób też oprzeć się wrażeniu, że jednak dalej już iść razem nie mogą. I nie chcą.
Jedni dlatego, że przestraszyli się tego, co osiągnęli, albo też ktoś ich przestraszył. I odpuszczają. I ci najpewniej zawrócą.
Inni dlatego, że nadal chcą prowadzić walkę, którą rozpoczęli i w której odnieśli duże sukcesy, ale widzą, że tymi metodami, jak dotychczas, dalej tej waliki prowadzić się nie da. Chcą się uzbroić w taką broń, jaką mają ich przeciwnicy i podjąć walkę na innym polu, w inny sposób. Ci pewnie skręcą w prawo.  
I są wreszcie tacy, którzy chcą kontynuować walkę w sposób dotychczasowy, tylko jeszcze bardziej, bo trzymanie się dotychczasowych metod siłą rzeczy wymusza ich radykalizację, ich nasilenie, by przynosić zachciały nadal efekty.
Ta ostania grupa, to dla mnie wzorcowy przykład myślenia anarchistycznego. Nie potrzeba nam przywódców, jednocześnie każdy jest przywódcą, nie potrzeba twarzy do reprezentowania ruchu, wystarczą anonimowi aktywiści,  LIDEREM jest każdy, kto był na protestach,  nie potrzeba uczestniczyć w wyborach samorządowych, bo średnio to widzę jeśli chodzi o możliwości samorządu, poza tym czas przedwyborczy to jednak nieciekawy moment na tego typu sprawy itd,. itp.
Jest jednak grupa realistów, którzy uważają, że jak chce się naprawdę spróbować dokończyć zaczęte dzieło, a przynajmniej bardziej go zaawansować, to trzeba zupełnie zmienić metody. To ci, którzy skręcają w prawo. I wcale nie do PiS, tylko inaczej niż anarchiści, którym zawsze bliżej było do socjalizmu.
A te nowe metody, to przekształcenie ruchu dość na dzisiaj anarchistycznego w zorganizowaną siłę, posiadającego przywódcę lub wąskie grono przywódców i próba wprowadzenia swoich przedstawicieli w krąg władzy lokalnej, czy to miejskiej, czy powiatowej, czy nawet wojewódzkiej – a nie jest to takie niemożliwe.
Takie działanie wymaga na początek jednego – zgody sporej części aktywistów na to, że kilku z nich będzie bardziej znanych, może przez to trochę ważniejszych w świadomości obywateli, że może niektórzy z nich staną się wybranymi samorządowcami, przez to znowu bardziej znanymi, ale za to wszystko ruch okrzepnie i wraz z przywódcami, ale także może wspierany przez tą część spontaniczną, anarchistyczną, będzie mógł zdziałać o wiele więcej, niż zdziałałby nie zmieniając metod.
Bo jak słusznie zauważył jeden z dyskutantów, takiej sytuacji jaka była 25.03.2018 czyli udziału mas, ludzi o bardzo różnych poglądach, może nie być już nigdy.
Tak, szanowni panowie i panie – to się zdarza tylko raz. Zrobiliście wspaniała sprawę, poruszyliście z letargu społeczeństwo, czyniąc go na chwilę  obywatelskim i nie spieprzcie tego. A do zrobienia jest tak wiele, tak bardzo wiele. Nie tylko Kronospan, o czym dobrze wiecie, a na co łatwo zmobilizować tłumy, ale i o wiele trudniejsze sprawy.
Ale jak wam naprawdę zależy na czystym Mielcu, to nie zaskorupiajcie się. Bo przegracie.
Tata „Pana Wołodyjowskiego” mówił mu tak: Bóg obdarzył cię nikczemnym wzrostem. Jak się ludzie nie będą ciebie bali, to się będą z ciebie śmiali.
Tak samo jest i z waszym ruchem. Jesteście na rozstaju. Jak wybierzecie błędną drogę, to skarlejecie, zmniejszy się wasze znaczenie. I za jakiś czas ludzie będą z was śmiali, nie pamiętając, co zrobiliście.
Społeczeństwo dzisiaj jest syte i na protest wyjdzie tylko w bardzo sprzyjających okolicznościach: jak jest ładna pogoda i nie da się zmoknąć, a raczej opalić twarz.
A te nadchodzące wybory to jest szansa na utrwalenie się w świadomości społecznej i pozostanie w niej na dłuższy czas. Bo może się okazać - a według mnie na pewno się okaże - że ludzie nie będą mieli na kogo głosować. I wtedy będziecie pod ręką jak znalazł.

środa, 18 lipca 2018

Mielecki anarchizm czy krono-anarchia?

Uderz w stół, a nożyce się odezwą. W ślad za felietonem „Czy to zapowiedź mieleckiej „rewolucji?” napisałem felieton „Mielecki anarchizm czy mielecki anty-kronospanizm” i jakbym się pomylił. Gdybym wiedział to, co wiem dzisiaj, po jednym dniu zaledwie od publikacji, ten drugi felieton zatytułował bym „Mielecki anarchizm czy krono-anarchia?”.

Bo oto okazuje się, że trafiłem z felietonami na czas wyraźnego pęknięcia w grupie organizatorów protestów przeciwko Kronospanowi. To pęknięcie widać było w dyskusji pod moim felietonem „Czy to zapowiedź mieleckiej „rewolucji?”, a opisałem to pękanie w kolejnym felietonie, który już nie znalazł dla siebie miejsca na stronie "Blokada truciciela Melnoxu....." i uznania administratora strony. Ba, więcej: podobno administrator strony wyrzucił z niej jednego z głównych organizatorów protestu, jedną z jego twarzy.

No i tą drogą jeden z najważniejszych ruchów w historii Mielca, zaraz po wczesnej Solidarności, pójdzie się pieprzyć. Zamiast zintegrować się w nowych czasach i kontynuować swoją akcję, także w innej formie.

Nigdzie nie sugerowałem, jak pisał jeden z internautów, by z protestów przeciwko truciu nas przez Kronospan, zbudować ruch społeczny rządzący w przyszłości miastem.
Uważałem natomiast i nadal uważam, że ten ruch społeczny mógłby wnieść nową jakość do skostniałego, strupieszałego wręcz światka mieleckich samorządowców, w którym albo widzimy te same stare, zgrane twarze, albo młodych pisowców, zupełnie niesamodzielnych w myśleniu i działaniu. A przy okazji kontynuowaliby działania na rzecz czystego Mielca, czego nie zrobi stara władza, której po wyborach nie będzie zupełnie jak do tego zmusić. Bo wielki pochód protestu już się nie powtórzy.    

Mógłby wnieść nową jakość, ale najpewniej to już pobożne życzenia, bo ruch antykronospanowy zaczął się rozsadzać od środka sam. A siły zewnętrzne mu w tym pomagają.
A może jeszcze jest czas na refleksję?

A poniżej powtórnie felieton "Mielecki anarchizm czy mielecki anty-kronospanizm" Może jednak warto się nad nim zastanowić, panowie i panie działacze?


Kiedyś był taki system polityczny, który nazywał się anarchizm. Umarł wraz ze zwycięstwem gen. Franco w Hiszpanii, ale potem się odrodził w latach 60 – tych XX w. i teraz, wraz z obumieraniem demokracji i ciągotami socjalnymi społeczeństw, zaczyna się coraz bardziej odradzać i krzepnąć na siłach, choćby w formie alterglobalizmu.
Anarchizm w największym uproszczeniu cechuje się niechęcią wobec scentralizowanej władzy i jej instytucji, twierdząc, że są one źródłem opresji społecznej i zagrożeniem wolności.
Zdaniem anarchistów władza taka zawsze pozostaje poza kontrolą społeczną i wyobcowuje się ze niego. Proponują oni zamiast władzy centralnej  demokrację bezpośrednią, a zamiast kapitalizmu ekonomię uczestniczącą, czyli system ekonomiczny oparty na bezpośredniej kontroli przez uczestniczących w nim ludzi.
Anarchizm jest uważany przez anarchistów za najszerszą formę demokracji, w której jednostka posiada wpływ na swoje życie, uczestnicząc bezpośrednio w procesie ustawodawczym i wykonawczym. Czyli każdy ma wpływ na wszystko. Jednocześnie anarchiści są przeciwni demokracji przedstawicielskiej.
No i tu doszliśmy do Mielca i do dyskusji uczestników anty-kronospanowych protestów w temacie, co dalej robić.
Nie przypuszczałem nawet, że po moim artykule „Czy to zapowiedź mieleckiej „rewolucji?” rozgorzeje dośc intensywna dyskusja na fejsbuku pomiędzy ludźmi, którzy w jakimś tam stopniu protesty przeciwko Kronospanowi organizowali. Nie mam pojęcia kto się bardziej przysłużył sprawie, znałem spośród organizatorów jedynie panów Tabora i Skrzypca, a rozpoznaję od niedawna pana Kusia, więc nikogo nie zamierzam oceniać.
Jednak czytając tę dyskusję nie sposób oprzeć się wrażeniu, że grupa przywódcza protestów doszła na tzw. rozstaje dróg. Stanęła na tych rozstajach i zastanawia się, w którą stronę iść. Rozstaje oznaczają wybór kierunku, ale także mogą oznaczać rozstanie, kiedy jedni pójdą drogą w lewo, a drudzy drogą w prawo.
Nie sposób też oprzeć się wrażeniu, że jednak dalej już iść razem nie mogą. I nie chcą.
Jedni dlatego, że przestraszyli się tego, co osiągnęli, albo też ktoś ich przestraszył. I odpuszczają. I ci najpewniej zawrócą.
Inni dlatego, że nadal chcą prowadzić walkę, którą rozpoczęli i w której odnieśli duże sukcesy, ale widzą, że tymi metodami, jak dotychczas, dalej tej waliki prowadzić się nie da. Chcą się uzbroić w taką broń, jaką mają ich przeciwnicy i podjąć walkę na innym polu, w inny sposób. Ci pewnie skręcą w prawo.  
I są wreszcie tacy, którzy chcą kontynuować walkę w sposób dotychczasowy, tylko jeszcze bardziej, bo trzymanie się dotychczasowych metod siłą rzeczy wymusza ich radykalizację, ich nasilenie, by przynosić zachciały nadal efekty.
Ta ostania grupa, to dla mnie wzorcowy przykład myślenia anarchistycznego. Nie potrzeba nam przywódców, jednocześnie każdy jest przywódcą, nie potrzeba twarzy do reprezentowania ruchu, wystarczą anonimowi aktywiści,  LIDEREM jest każdy, kto był na protestach,  nie potrzeba uczestniczyć w wyborach samorządowych, bo średnio to widzę jeśli chodzi o możliwości samorządu, poza tym czas przedwyborczy to jednak nieciekawy moment na tego typu sprawy itd,. itp.
Jest jednak grupa realistów, którzy uważają, że jak chce się naprawdę spróbować dokończyć zaczęte dzieło, a przynajmniej bardziej go zaawansować, to trzeba zupełnie zmienić metody. To ci, którzy skręcają w prawo. I wcale nie do PiS, tylko inaczej niż anarchiści, którym zawsze bliżej było do socjalizmu.
A te nowe metody, to przekształcenie ruchu dość na dzisiaj anarchistycznego w zorganizowaną siłę, posiadającego przywódcę lub wąskie grono przywódców i próba wprowadzenia swoich przedstawicieli w krąg władzy lokalnej, czy to miejskiej, czy powiatowej, czy nawet wojewódzkiej – a nie jest to takie niemożliwe.
Takie działanie wymaga na początek jednego – zgody sporej części aktywistów na to, że kilku z nich będzie bardziej znanych, może przez to trochę ważniejszych w świadomości obywateli, że może niektórzy z nich staną się wybranymi samorządowcami, przez to znowu bardziej znanymi, ale za to wszystko ruch okrzepnie i wraz z przywódcami, ale także może wspierany przez tą część spontaniczną, anarchistyczną, będzie mógł zdziałać o wiele więcej, niż zdziałałby nie zmieniając metod.
Bo jak słusznie zauważył jeden z dyskutantów, takiej sytuacji jaka była 25.03.2018 czyli udziału mas, ludzi o bardzo różnych poglądach, może nie być już nigdy.
Tak, szanowni panowie i panie – to się zdarza tylko raz. Zrobiliście wspaniała sprawę, poruszyliście z letargu społeczeństwo, czyniąc go na chwilę  obywatelskim i nie spieprzcie tego. A do zrobienia jest tak wiele, tak bardzo wiele. Nie tylko Kronospan, o czym dobrze wiecie, a na co łatwo zmobilizować tłumy, ale i o wiele trudniejsze sprawy.
Ale jak wam naprawdę zależy na czystym Mielcu, to nie zaskorupiajcie się. Bo przegracie.
Tata „Pana Wołodyjowskiego” mówił mu tak: Bóg obdarzył cię nikczemnym wzrostem. Jak się ludzie nie będą ciebie bali, to się będą z ciebie śmiali.
Tak samo jest i z waszym ruchem. Jesteście na rozstaju. Jak wybierzecie błędną drogę, to skarlejecie, zmniejszy się wasze znaczenie. I za jakiś czas ludzie będą z was śmiali, nie pamiętając, co zrobiliście.
Społeczeństwo dzisiaj jest syte i na protest wyjdzie tylko w bardzo sprzyjających okolicznościach: jak jest ładna pogoda i nie da się zmoknąć, a raczej opalić twarz.
A te nadchodzące wybory to jest szansa na utrwalenie się w świadomości społecznej i pozostanie w niej na dłuższy czas. Bo może się okazać - a według mnie na pewno się okaże - że ludzie nie będą mieli na kogo głosować. I wtedy będziecie pod ręką jak znalazł.

Mielecki anarchizm czy mielecki anty-kronospanizm?




Kiedyś był taki system polityczny, który nazywał się anarchizm. Umarł wraz ze zwycięstwem gen. Franco w Hiszpanii, ale potem się odrodził w latach 60 – tych XX w. i teraz, wraz z obumieraniem demokracji i ciągotami socjalnymi społeczeństw, zaczyna się coraz bardziej odradzać i krzepnąć na siłach, choćby w formie alterglobalizmu.

Anarchizm w największym uproszczeniu cechuje się niechęcią wobec scentralizowanej władzy i jej instytucji, twierdząc, że są one źródłem opresji społecznej i zagrożeniem wolności.
Zdaniem anarchistów władza taka zawsze pozostaje poza kontrolą społeczną i wyobcowuje się ze niego. Proponują oni zamiast władzy centralnej  demokrację bezpośrednią, a zamiast kapitalizmu ekonomię uczestniczącą, czyli system ekonomiczny oparty na bezpośredniej kontroli przez uczestniczących w nim ludzi.

Anarchizm jest uważany przez anarchistów za najszerszą formę demokracji, w której jednostka posiada wpływ na swoje życie, uczestnicząc bezpośrednio w procesie ustawodawczym i wykonawczym. Czyli każdy ma wpływ na wszystko. Jednocześnie anarchiści są przeciwni demokracji przedstawicielskiej.

No i tu doszliśmy do Mielca i do dyskusji uczestników anty-kronospanowych protestów w temacie, co dalej robić.
Nie przypuszczałem nawet, że po moim artykule „Czy to zapowiedź mieleckiej „rewolucji?” rozgorzeje dośc intensywna dyskusja na fejsbuku pomiędzy ludźmi, którzy w jakimś tam stopniu protesty przeciwko Kronospanowi organizowali. Nie mam pojęcia kto się bardziej przysłużył sprawie, znałem spośród organizatorów jedynie panów Tabora i Skrzypca, a rozpoznaję od niedawna pana Kusia, więc nikogo nie zamierzam oceniać.

Jednak czytając tę dyskusję nie sposób oprzeć się wrażeniu, że grupa przywódcza protestów doszła na tzw. rozstaje dróg. Stanęła na tych rozstajach i zastanawia się, w którą stronę iść. Rozstaje oznaczają wybór kierunku, ale także mogą oznaczać rozstanie, kiedy jedni pójdą drogą w lewo, a drudzy drogą w prawo.

Nie sposób też oprzeć się wrażeniu, że jednak dalej już iść razem nie mogą. I nie chcą.
Jedni dlatego, że przestraszyli się tego, co osiągnęli, albo też ktoś ich przestraszył. I odpuszczają. I ci najpewniej zawrócą.
Inni dlatego, że nadal chcą prowadzić walkę, którą rozpoczęli i w której odnieśli duże sukcesy, ale widzą, że tymi metodami, jak dotychczas, dalej tej waliki prowadzić się nie da. Chcą się uzbroić w taką broń, jaką mają ich przeciwnicy i podjąć walkę na innym polu, w inny sposób. Ci pewnie skręcą w prawo.  
I są wreszcie tacy, którzy chcą kontynuować walkę w sposób dotychczasowy, tylko jeszcze bardziej, bo trzymanie się dotychczasowych metod siłą rzeczy wymusza ich radykalizację, ich nasilenie, by przynosić zachciały nadal efekty.

Ta ostania grupa, to dla mnie wzorcowy przykład myślenia anarchistycznego. Nie potrzeba nam przywódców, jednocześnie każdy jest przywódcą, nie potrzeba twarzy do reprezentowania ruchu, wystarczą anonimowi aktywiści,  LIDEREM jest każdy, kto był na protestach,  nie potrzeba uczestniczyć w wyborach samorządowych, bo średnio to widzę jeśli chodzi o możliwości samorządu, poza tym czas przedwyborczy to jednak nieciekawy moment na tego typu sprawy itd,. itp.

Jest jednak grupa realistów, którzy uważają, że jak chce się naprawdę spróbować dokończyć zaczęte dzieło, a przynajmniej bardziej go zaawansować, to trzeba zupełnie zmienić metody. To ci, którzy skręcają w prawo. I wcale nie do PiS, tylko inaczej niż anarchiści, którym zawsze bliżej było do socjalizmu.
A te nowe metody, to przekształcenie ruchu dość na dzisiaj anarchistycznego w zorganizowaną siłę, posiadającego przywódcę lub wąskie grono przywódców i próba wprowadzenia swoich przedstawicieli w krąg władzy lokalnej, czy to miejskiej, czy powiatowej, czy nawet wojewódzkiej – a nie jest to takie niemożliwe.

Takie działanie wymaga na początek jednego – zgody sporej części aktywistów na to, że kilku z nich będzie bardziej znanych, może przez to trochę ważniejszych w świadomości obywateli, że może niektórzy z nich staną się wybranymi samorządowcami, przez to znowu bardziej znanymi, ale za to wszystko ruch okrzepnie i wraz z przywódcami, ale także może wspierany przez tą część spontaniczną, anarchistyczną, będzie mógł zdziałać o wiele więcej, niż zdziałałby nie zmieniając metod.
Bo jak słusznie zauważył jeden z dyskutantów, takiej sytuacji jaka była 25.03.2018 czyli udziału mas, ludzi o bardzo różnych poglądach, może nie być już nigdy.

Tak, szanowni panowie i panie – to się zdarza tylko raz. Zrobiliście wspaniała sprawę, poruszyliście z letargu społeczeństwo, czyniąc go na chwilę  obywatelskim i nie spieprzcie tego. A do zrobienia jest tak wiele, tak bardzo wiele. Nie tylko Kronospan, o czym dobrze wiecie, a na co łatwo zmobilizować tłumy, ale i o wiele trudniejsze sprawy.

Ale jak wam naprawdę zależy na czystym Mielcu, to nie zaskorupiajcie się. Bo przegracie.
Tata „Pana Wołodyjowskiego” mówił mu tak: Bóg obdarzył cię nikczemnym wzrostem. Jak się ludzie nie będą ciebie bali, to się będą z ciebie śmiali.

Tak samo jest i z waszym ruchem. Jesteście na rozstaju. Jak wybierzecie błędną drogę, to skarlejecie, zmniejszy się wasze znaczenie. I za jakiś czas ludzie będą z was śmiali, nie pamiętając, co zrobiliście.
Społeczeństwo dzisiaj jest syte i na protest wyjdzie tylko w bardzo sprzyjających okolicznościach: jak jest ładna pogoda i nie da się zmoknąć, a raczej opalić twarz.

A te nadchodzące wybory to jest szansa na utrwalenie się w świadomości społecznej i pozostanie w niej na dłuższy czas. Bo może się okazać - a według mnie na pewno się okaże - że ludzie nie będą mieli na kogo głosować. I wtedy będziecie pod ręką jak znalazł.


wtorek, 17 lipca 2018

Czy to zapowiedź mieleckiej „rewolucji”?


„Wy się uśmiechacie tak naprawdę, bo myślicie, że my jesteśmy nikim, a to my jesteśmy czymś i kimś, co tworzy to miasto i my tej firmie nie pozwolimy zniszczyć naszego miasta! Ja wam to mówię otwarcie: jeżeli nie w Mielcu to dalej, to w Warszawie, nie wiem gdzie, ale będziemy szukać swoich praw! Bo oni nas zabijają!”

„TO MY JESTEŚMY CZYMŚ i KIMŚ, CO TWORZY TO MIASTO”.

To jedne z ważniejszych, może najważniejsze słowa, jakie mielczanin, w tym wypadku mielczanka, pani Magdalena Chojnacka – rzuciła w ostatnich latach publicznie w twarz władzy. Bo tak to trzeba powiedzieć: rzuciła w twarz władzy.

Abstrahuję tu od przyczyny, która była źródłem tych słów, o której wszyscy wiedzą, czyli Kronospanu.
Interesuje mnie bardziej atmosfera panująca wśród Mielczan i to, na ile ten strumień niezadowolenia mielczan z sytuacji w Mielcu, który już raz zamienił się w krótką powódź, będzie miał siłę, by spotężnieć w wielką rzekę, zdolną dawać energię do pozytywnego działania,  ale zdolną też zniszczyć to, co spotka na swojej drodze.

Ktoś powiedział, że góra jak stoi, tak będzie niezmienna stała. Ale jak na nią wejdziesz, to już będzie inna góra, zmieniona twoją na niej obecnością, twoimi po niej krokami.

Wejść na górę. Zmienić ją. Spojrzeć wokół, bo lepiej widzieć. Potem pójść za strumieniem wypływającym z tej góry i patrzeć, jak rośnie, jak potężnieje w rzekę, jak wszyscy zaczynają się jej bać. Ale może też korzystać z jej potężnej mocy.

Czy rzeczywiście tak będzie w Mielcu. Czy Góra Cyranowska, na której umówili się kiedyś protestujący, zmieni się na tyle i zmieni tych, którzy na nią, już jako symbol zdołali się wdrapać, że odmieni losy Mielca?
I znowu nie myślę tylko o brudnym powietrzu, które ma dużą szansę, większą jak kiedykolwiek w przeszłości, stać się czystsze.
Myślę też o zmianach innych, tych w infrastrukturze społecznej. O tym, na ile aktywność mielczan, która wybuchła z okazji Kronospanu, ma szansę utrwalić się w coś stałego, coś budującego, pozytywnego.

Bo jak do tej pory ta aktywność społeczeństwa była dość marna. Chyba w nowożytnej historii naszego miasta tylko raz widzieliśmy taką wyzwoloną moc ludzi: była to moc rozpaczy, może zwątpienia, gdy upadała WSK a niczego nie było na horyzoncie. Kiedy wspaniała wiosna rewolucji 1989 roku zamieniła się w trwogę o to, co damy dzieciom jeść. To był bardzo mocny protest. Zaowocował m.in. specjalną strefą ekonomiczną, która uratowała Mielec, a której jeden z pierwszych i ważniejszych składników, Kronospan, jest dzisiaj przyczyną drugiego tak potężnego ruch sprzeciwu społeczeństwa przeciwko władzy.

Nie wiem, który ruch ma większą moc: czy ten ruch ludzi głodnych, zrozpaczonych, nie widzących przyszłości, akceptujących każdą szansę, która odmieni ich los, czy ten ruch ludzi sytych, dobrze ubranych, mających – lepszą czy gorszą, ale jednak – pracę i nadzieję na jeszcze lepszą przyszłość? Tę przyszłość, której – jak uważają – mogą nie doczekać, bo jakaś firma, jakaś strefa, jakaś władza nie dba o ich zdrowie, oszukując ich i mamiąc obietnicami nie do spełnienia.
Moim zdaniem ten drugi ruch ma jednak mniejszą moc i w pewnym momencie straci swój impet. A część jego członków i tak poprzez PiS. No chyba że przekształci się w ruch idący po realne wpływy w mieście, postawi na jego czele przywódcę, a mielczanie to działanie kupią.

Bo tak to jest – a pewnie przywódcy protestów też do tych wniosków doszli – że jak się chce zmieniać rzeczywistość, to trzeba mieć do tego narzędzia. A narzędzia ma władza. A władzę trzeba zdobyć. Inaczej można sobie pospacerować po ulicach przed wyborami. Bo po wyborach już mniej.

Innym sygnałem, że coś się w mieleckim społeczeństwie zmienia, że bierze ono sprawy w swoje ręce, że przestaje się bać, że  przestaje wierzyć, że władza mu załatwi, jest protest pielęgniarek w mieleckim szpitalu (i innych podkarpackich). Innym dają, więc mają, więc dlaczego nam nie chcą dać? Chora, państwowa służba zdrowia, która i tak kiedyś będzie musiała być sprywatyzowana, nie jest w stanie zapewnić swoim pracownikom godziwych zarobków, nie jest w stanie zapewnić swoim pacjentom godziwej opieki. Ale ani pracowników zdrowia, ani pacjentów, jej stan nie interesuje. Żądają swojego i będą żądali coraz głośniej.

Ciekawe będą najbliższe wybory. Przekonamy się, czy ruch wkurzonych jest w naszym sytym społeczeństwie siłą sprawczą, czy tylko gronem narzekających obywateli, bez chęci do zaangażowania się w proces zmian.  


niedziela, 15 lipca 2018

Włączam się w obrady V Synodu Diecezji Tarnowskiej

 
O jakiegoś czasu obraduje V Synod Diecezji Tarnowskiej. Ma obradować 3 lata. Nie wiem, po co tak długo jak Sobór Watykański II, ale to nie moja rzecz. Może tak musi być. W przeciwieństwie do Soboru tamtych czasów, dzisiejszy Synod nie jest wydarzeniem zamkniętym do ograniczonej liczby wybranych członków Kościoła, w tym cywilnych wiernych, wyznaczonych po parafiach, ale w jego obrady może się włączyć każdy, komu zależy na dobru naszego lokalnego Kościoła tarnowskiego.
Dzisiaj wystarczy wejść na stronę https://synodtarnow.pl/kontakt/ by przekazać Synodowi swoje uwagi na interesujący nas temat obrad Synodu.
Jako że nikt  by mnie do grup oficjalnych Synodu nigdy nie zaprosił, i to nie z racji tego, że jestem byłym komuchem, bo tych w organizacjach przykościelnych jak i w samym PiS-ie sporo, ale z racji moich nieuczesanych, niezależnych poglądów, a że sprawy Kościoła leżą mi bardzo na sercu, postanowiłem moje poglądy przekazywać Synodowi bezpośrednio.
Uczyniłem to w sprawie, która nie tylko mnie dość zbulwersowała, choć mnie akurat z innych niż przeciętne powodów.
Wyczytałem na stronie Synodu taki komunikat:
Zatrzymać „radosną twórczość”
Kwestie małżeńsko-rodzinne wybrzmiały też bardzo mocno w przedłożeniu ks. dr. Andrzeja Dudka, przewodniczącego Komisji ds. Kultu Bożego i Życia Sakramentalnego. – Wydaje się wręcz palącą sprawą wypracowanie obligatoryjnego Schematu celebracji sakramentu małżeństwa – zauważył ks. A. Dudek. – Z diecezji dochodzą nas niepokojące głosy, iż niemała grupa narzeczonych usiłuje traktować obrzęd zaślubin jako prywatne poletko swej „radosnej twórczości”. Księża nierzadko stawiani się w bardzo niekomfortowej sytuacji. Synod musi wziąć ich w obronę, musi pomóc duszpasterzom, dając im do ręki zbiór stosownych przepisów Kościoła jako koronny argument, że powinno być właśnie tak, a nie jakkolwiek, jak sobie ktoś wymyśli. Taki Schemat powinien zawierać również listę „piosenek zakazanych”, czyli zbiór utworów wokalno-instrumentalnych, których pod żadnym pozorem nie wolno wykonywać w kościele podczas uroczystości zaślub – konkluduje liturgista. (Co teraz będzie – przemyka mi przez myśl – ze skądinąd poczciwym L. Cohenem i jego „Hallelujah”, z którego uczyniono ślubny szlagier, choć utwór nie ma nic wspólnego z weselem).
Komisja Główna z pełnym zrozumieniem odniosła się do idei ks. Andrzeja Dudka. Uchwalono, iż stosowny Dokument pojawi się jako pierwszy owoc sesji plenarnej V Synodu Diecezji Tarnowskiej.
Już pomijam fakt, że Komisja jako pierwszą zajęła się sprawą przyśpiewek na Mszy Świętej, a nie sprawą tak ważną, jak udział ludzi, będących w kolejnym związku (cywilnym)  w sakramencie Komunii świętej w  życiu Kościoła, jak sprawą nietrwałości związków sakramentalnych, uznawania sakramentu małżeństwa za nieważny, czyli sprawami tak kontrowersyjnymi dla wiernych i Kościoła, o których mówi Papież w encyklice Amoris Letitia, ale rozumiem, że to sprawy trudne i zajmą w obradach dużo czasu.
Ale bulwersuje mnie bardzo , że ta sprawą się w ogóle zajęła. Naprawdę nie ma spraw ważniejszych?
Czy proboszcze, to takie głąby, którym trzeba powiedzieć, że ten akurat tekst nie ma z sakramentem nic wspólnego i nie wolno go wykonywać w kościele, bo to obraża Boga i należy wylistować im dokładny zbiór utworów które są zabronione?
Pomijam fakt niezbyt miłych pamięci skojarzeń indeksu kościelnego dla ksiąg, ale istotniejsze jest, co będzie za rok, jak inna durnowata piosenka, inne Imagine Johna Lennona, czy Hallelujah Cohena, zyska weselną popularność. Czy będzie się na bieżąco aktualizowało te listę? Co rok? Co dwa lata? Czy też wtedy się powie, że przecież proboszczowie mają rozeznanie, co wypada, a co nie. A jeśli tak, to po co ta zabawa? Już więcej sensu miałoby wskazanie tego, co można wykonywać. Bo są utwory ponad czasem, tyle tylko, że 95% ludzi ich nie zna. Ale można im podpowiedzieć.
Żeby nie było wątpliwości – jestem za absolutnym zakazem puszczania w czasie mszy świętej tak muzycznego chłamu, antybożego jak dwie wymienione wyżej piosenki, nawet wybitnych artystów, jak i wszelakiego typu wystąpień, nawet ważnych polityków. Msza święta to nie impreza. Nawet jak jest w niej sakrament małżeństwa. Bo zawsze oprócz niego jest też sakrament Przemienienia. Jest na tyle pięknych utworów, będących utworami religijnymi lub bliskimi religii, co każdy proboszcz doskonale sam potrafi ocenić, że całą współczesną cywilną twórczość jednym rzutem można wyrzucić z kościoła.
A jak się komuś nie podoba, zawsze może iść do USC. Tam puszczają marsz weselny Mendelsohna.
I te mniej więcej uwagi wysłałem do sekretariatu Synodu na podany wyżej mejl, do czego zachęcam innych. Czy ktoś się tymi uwagami przejmie? Wątpię. Ale sumienie mam czyste.

poniedziałek, 9 lipca 2018

Czy komendant Auschwitz-Birkenau Rudolf Höss poszedł do Nieba?


Zdjęcie z egzekucji Rudolfa  Hössa -  zrobił je 16 kwietnia 1947 roku nieżyjący już fotoreporter Stanisław Dąbrowiecki. 

Nie mam podstaw do głębszych rozważań teologicznych. Jednak wiem z lekcji religii, że Chrystus powiedział Apostołom: "Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane" (J 20,23). I jeszcze dalej:  Zaprawdę, powiadam wam: wszystkie grzechy i bluźnierstwa, których by się ludzie dopuścili, będą im odpuszczone. ". (Mk 3,28).
Niedawno powiedziałem o tym bliskiej mi, choć niewierzącej osobie, która bardzo się na te słowa oburzyła: jak to? To można całe życie być zbrodniarzem i na końcu zyskać grzechów odpuszczenie, czyli przepustkę do wieczności w Niebie?
Ano można.
A ponieważ najprościej rozważać sprawy trudne na przypadkach ekstremalnych, granicznych, opowiedziałem mu zdarzenie, którego opis trudno znaleźć w jakiejkolwiek publikacji, bo jest tak trudno zrozumiałe, że nawet księża propagujący Miłosierdzie Boże milczą na ten temat.

Ja jednak, także czciciel Miłosierdzia Bożego, opowiem Wam tę historię, tak jak opowiedziałem mojemu znajomemu.

A było tak:

Niemcy wywieźli w 1940 roku do obozu w Oświęcimiu kilku jezuitów. Ich przełożony, krakowski prowincjał ojciec Władysław Lohn, pojechał do nich z pociechą duchową i z pomocą materialną. Nie miał pozwolenia na wejście na teren obozu, ale wtedy jeszcze druty kolczaste nie były szczelne, więc próbował wejść bez pozwolenia. Szybko został schwytany i postawiony przed komendantem Hössem.
Wyrok był przesądzony: kula w głowę. Stało się jednak inaczej. Kiedy Höss zorientował się, iż jezuita świetnie posługuje się niemieckim, nieoczekiwanie nabrał do niego zagadkowej sympatii i zapytał, jak się nazywa. Tym razem ci daruję – dodał dziwnie przyglądając się księdzu. – Ale jeśli złapię cię raz jeszcze, nie będę już taki łaskawy. Ksiądz Lohn przez całe lata zastanawiał się o co chodziło w tamtej historii? Dlaczego słynący z okrucieństwa i bezwzględności esesman tak po prostu go uwolnił? Bez najmniejszej nawet kary?
W roku 1947 sąd polski skazał Hössa na karę śmierci za jego zbrodnie wojenne. W Oświęcimiu zamordowano (tak się wtedy uważało) 2 mln ludzi, głównie Żydów, a Höss był przez większość czasu komendantem obozu.

Rudolf Höss siedział w więzieniu w Wadowicach, skąd wożono go na proces. Tam też pisał swoje wspomnienia. W liście do żony napisał: "Wyrosły we mnie duże wątpliwości, czy również moje odwrócenie się od Boga nie wychodziło z fałszywych przesłanek. Było to ciężkie zmaganie się. Odnalazłem jednak swoją wiarę w Boga."
Tam też poprosił o księdza. I podał jego nazwisko, które zapamiętał: Lohn.

Ojciec Lohn był akurat kapelanem w klasztorze Matki Bożej Miłosierdzia w krakowskich Łagiewnikach. Dokładnie w tym samym, w którym 9 lat wcześniej zmarła mistyczka – siostra Faustyna Kowalska. W czasie wojny zresztą, rozwinął się tam propagowany przez Faustynę kult Bożego Miłosierdzia. Któregoś dnia ojciec Lohn otrzymał wiadomość, że były komendant Auschwitz, Rudolf Höss, czeka właśnie na wykonanie wyroku śmierci w wadowickim areszcie i prosi o spowiednika. Przy czym tym spowiednikiem ma być właśnie on, ojciec Lohn. Jezuita oniemiał, ale jednocześnie zrozumiał wydarzenie sprzed siedmiu lat, którego nie umiał sobie dotychczas wytłumaczyć - Höss darował mu życie po to, by on w przyszłości pomógł mu nie umrzeć na wieczność.

Ojciec Lohn spędził w celi Hössa 13 godzin. Były komendant złożył katolickie wyznanie wiary i wyspowiadał się, otrzymując rozgrzeszenie. Nazajutrz spotkali się jeszcze raz. Höss, klęcząc na środku więziennej celi, przyjął Komunię Świętą. Świadkowie zdarzenia przez wiele lat milczeli o tym, co wtedy ujrzeli. Bo oto na ich oczach SS-Obersturmbahnführer Rudolf Höss, kiedyś pan życia i śmierci setek tysięcy, człowiek, którego nazwisko na zawsze miało stać się synonimem zbrodniarza, którego nie złamały wojny i więzienia, teraz klęczał w pokorze i zanosił się płaczem. On, który w 1922 r. oficjalnie wystąpił z Kościoła katolickiego, wracał do Boga. Został powieszony przed oświęcimską bramą w trzy dni po niedzieli, która dzisiaj jest Świętem Bożego Miłosierdzia. Sam sobie założył pętlę na szyję, kiedy pierwsza próba była nieudana.

Powie ktoś za Lemem: ciąg następujących po sobie wielu niezwykle mało prawdopodobnych zdarzeń potwierdza jedynie teorię przypadku.
Ja powiem tylko: ciąg tych niesamowitych zdarzeń potwierdza jedynie działanie Boga.
Tylko jak je sobie wytłumaczyć? Co prawda Ewangelia pełna jest przebaczania i miłosierdzia dla grzeszników, ale coś się w nas odruchowo buntuje, kiedy rozważamy ten przypadek. A jednak Bóg jest bogaty w Miłosierdzie. I daje je, nawet jak tego nie rozumiemy. Daje tym, którym my byśmy nie dali. Trzeba go tylko o to bardzo prosić.

Na kanwie tych zdarzeń napisałem kiedyś wiersz. Zatytułowałem go „Spowiedź ojca Lohna” Nie spowiedź Hössa. Ten mimo wszystko miał prościej. Bo tak naprawdę nieskończenie trudną rolę miał spowiednik, ojciec Lohn.

Spowiedź ojca Lohna

Ojcze Lohn z kościoła Jezusa Miłosiernego
wybrany na powiernika tajemnicy
duszy owładniętej złem na spowiednika
Hossa oczekującego na śmierć w wadowickim więzieniu
czy spałeś w noc przed rozgrzeszeniem

jak długo trwała spowiedź kata czy powiedział
jedynie zabiłem dwa miliony ludzi czy może
kazałeś mu wymieniać po kolei dwa miliony
imion z przerwą na myślenie pomiędzy
imieniem Szmula a imieniem Dawida a imieniem
Boga a imieniem Hawwy a imieniem bezimiennego

a może to ty szeptałeś niekończący się różaniec
imion kiedy on poprzez szubienicę zmierzał do nieba
które otwarłeś sam zostawszy z ciężarem wypalonych
do cna niespełnionych nadziei
z dłonią uschnięta jak odłamana gałąź sykomory
wargami spierzchłymi odpuszczeniem grzechów



PS1. I to by było na tyle. Prawie. Opowieść ta nie przekonała mojego niewierzącego znajomego. Nie mógł zaakceptować tak ogromnego Miłosierdzia Bożego. Zbuntował się, a właściwie utwierdził się w swoim buncie. A jak wy, którzy to przeczytacie?
Można odpuścić tak wielkie grzechy?
Można wierzyć, że jeden z największych zbrodniarzy będzie w Niebie, wraz z wielkimi świętymi za życia?
Ja wierzę, że tak. W końcu był Szaweł, który został twórcą chrześcijaństwa, było wielu, którzy odeszli, a potem wrócili.
Bóg wybacza.
Tylko politycy, te śmieszne, kalekie dzieci naszej cywilizacji, nie wybaczają. A za nimi zwykli ludzie, otumanieni propagandą.




PS2.  Zdarza mi się często myśleć o złu. Akurat dzieje się to w takim okresie mojego życia, kiedy wydaje mi się, że jestem od niego dość daleko, że jestem tylko jego obserwatorem, że się w miarę na niego uodporniłem. To może jest pyszałkowatość z mojej strony, bo nikt nigdy nie wie, co go czeka, czy nie zdarzą się okoliczności, w których znowu zainfekuje się złem, ale akurat teraz mogę powiedzieć, że jestem po stronie dobra. Byłoby nieuczciwe, gdybym nie napisał, że jestem po stronie Boga, bo chyba to jest powód takiego stanu.

Zło wciąga. Wciąga chyba głównie tym, że obcowanie z nim może być na początku przyjemne. Może dla niektórych będzie przyjemne aż do końca, ale wierzę, że dla większości staje się w pewnym momencie ciężarem. Czy próbują się od niego uwolnić, czy im się to udaje? Może często czekają na ostatni moment, aż przyjdzie ksiądz z ostatnimi sakramentami i wierzą, że to wystarczy. Może, kiedy czują się starsi i słabsi, i częściej przez to myślą o śmierci, ze strachu zwanego rozsądkiem starają się jakoś ułożyć sobie życie, zgodnie z zasadami określanymi przez tego akurat Boga, który jest im pod ręką.
Co czują ludzie, którzy zrzucili z siebie zło? Zło większe lub mniejsze, ale dotkliwe dla sumienia, a nie jakieś niewielkie zaniedbanie, ale coś, po czymś ktoś płakał, coś, co uczyniło wielką krzywdę, co było ciężkim złamaniem prawa?

Pewnie wielu z nas miało doświadczenie ulgi i to nie tylko po odejściu od konfesjonału. Myślę, że odczuwa się ulgę rozstania z czymś, co czyniło szkodę naszemu sumieniu, naszemu poczuciu godności, co czyniło szkodę naszym bliźnim.
Mówimy jednak o złach codziennych, większych i mniejszych, ale mieszczących się w pojmowaniu zwykłego człowieka. A gdy ktoś zabije?

W „normalnych” czasach nie ma wielu zbrodni. Chyba najczęstszą kategorią zabójstw zaplanowanych są zabójstwa dzieci nienarodzonych. To są świadome zbrodnie dzisiejszego czasu. Zbrodnie czynione przez ludzi tzw. normalnych, które jednocześnie wykluczają z Kościoła, a które odpuścić mogą kapłani wyznaczeni przez biskupa.

Czy te zbrodnie naszych czasów przygotowują ludzi na zło znacznie większe? Czy zabicie dziecka nienarodzonego może potem ułatwić zabicie człowieka, sąsiada, kiedy wmówimy sobie, że nie ma prawa mieszkać w naszym kraju, że jest żydowskim lub ukraińskim karaluchem, że zagraża naszym dzieciom, że zagraża nam samym? Czy jest taka prawidłowość? Bo przecież zło nie pojawia się z dziś na jutro. Przez wiele lat przygotowywano w nienawiści Hutu, by kiedyś, kiedy nadejdzie właściwy czas, mogli zabijać Tutsi. Każda nienawiść, każde zło musi trafić na właściwe podłoże. To największe do tej pory, zło ubrane w niemiecki mundur, też nie zrodziło się z dnia na dzień. Zasiewano go i hodowano przez lata.

Czym jest więc dobro, jeśli tak łatwo przegrywa ze złem? Czy jego zwycięstwa na łożu śmierci, ze strachu przed nią, są prawdziwymi zwycięstwami?

Można zadawać wiele pytań o zło, które w nas, w zakamarkach naszej duszy, drzemie i czeka. I kiedy wybuchnie, wypala od środka i pozostawia jedynie martwą skorupę ciała. Do której dobro nie ma po co powracać.
Czy na pewno?

Mielecki anarchizm czy krono-anarchia?

Uderz w stół, a nożyce się odezwą. W ślad za felietonem „Czy to zapowiedź mieleckiej „rewolucji?” napisałem felieton „Mielecki anarc...