środa, 23 stycznia 2019

Korporacja Pana Boga.


Jestem wierzącym i praktykującym katolikiem.  Życzę więc sobie i Kościołowi, a i wszystkim wierzącym i praktykującym katolikom w Polsce, ale także niewierzącym naszym obywatelom, by Kościół, wpisany przed tysiącem lat w polską rzeczywistość, trwał, rozwijał się, był poważany i szanowany, był – co najważniejsze – przekaźnikiem treści Chrystusowych do życia, i  - co także ważne - był elementem jednoczącym Polaków.
Jeśli nawet nie w swoich murach i strukturach, to wokół siebie jako rozjemcy, negocjatora, pojednawcy zwaśnionych.

Staram się nie krytykować Kościoła, nawet jak postępowanie jego hierarchów nie za bardzo mi się podoba w kontekście budowania właściwych relacji z otoczeniem.  A przecież te relacje budują przyszłość Kościoła. Często bywa, że hierarchowie działają tak, jakby tego nie rozumieli, jakby nie widzieli, że nie działając, działają w interesie wrogów Kościoła.

Często aktywnie występuję w obronie Kościoła, czy to w Internecie, czy – sprowokowany - w dyskusjach. Nie dbam o to, co kto o mnie wtedy myśli, czy mówi, czy wreszcie pisze. Nie boję się być katolikiem, wyrażać swoich poglądów.

Dzisiaj, kiedy szczególnie agresywni wobec Kościoła zaczynają być przedstawiciele innej wiary, wiary w nieistnienie Boga, nazywający czasami samych siebie ateistami (dla mnie to wierzący inaczej), krytykowanie działań Kościoła z mojej strony może być łatwo uznane jako przyłączenie się do grona kamienujących. Ale jednak nie mogę milczeć ani wobec działań wierzących inaczej, ani wobec niezbornych działań hierarchów Kościoła w Polsce lub ich braku. Ale po kolei.

Sprawę rozpoczęła pani Nowacka stając na czele zmasowanego medialnego ataku na nauczanie religii w szkole, na finansowanie katechetów i księżowskich emerytur, teraz dołączyła do niego kolejna mutacja[1]Palikota, czyli pan Biedroń, zapowiadający zmiany w konstytucji i rozprawienie się z religią i Kościołem, a dzisiaj słyszę, że jakaś kolejna grupa niezadowolonych kobiet będzie strajkowała przed rozgłośnią radia Maryja w Toruniu, protestując przeciwko audycjom, których nigdy nie słuchały, ale o których Gazeta Wyborcza czy jakieś portale, napisały, że są złe.

Pisałem nie tak dawno: Nie chcesz religii w szkole, nie posyłaj na nią swoich dzieci. Jak wszyscy rodzice lub ich większość nie pośle, problem finansowania nauki religii jak i jej obecności w szkole sam się rozwiąże. Ale póki część z rodziców (na razie większość) chce religii w szkole, chce jej dofinansowania, to jako obywatele mają do tego prawo. Powiesz może, że to z twoich podatków? Że nie wyrażasz na to zgody? Jak jesteś pracownikiem wszelakiej budżetówki czy rolnikiem, to nie masz prawa tak mówić, bo nie ty zarabiasz na te podatki (jak ci się wydaje, że płacisz podatki, to sobie uświadom, że najpierw ten co tworzy dochód narodowy, nie ty, wypracował pieniądze, którymi ci zapłacono, i z których część oddajesz z powrotem jako podatek, a mogłeś tej części wcale nie dostać, ale co by wtedy robił urzędnik w urzędzie skarbowym, podobnie z rolnikami, którym płacimy za emerytury i służbę zdrowia). A jak nie jesteś pracownikiem budżetówki, jak ciężko tyrasz i płacisz podatki ( z których m.in. opłaca się budżetówkę), to protestując przeciwko finansowaniu katechetów protestuj też przeciwko finansowaniu innych,  na których pracujesz, bo inaczej jesteś po prostu nieuczciwy. A jak powiesz, że zgadzasz się finansować wszystkich innych prócz księży, to na chwilę stań, pomyśl i idź złóż w najbliższej parafii akt apostazji. Także ty, emerycie budżetowy, na chwilę przed śmiercią, żyjący z podatków płaconych przez tworzących dochód narodowy, bo przecież twoje-nie twoje pieniądze już dawno wydano. Wtedy to będzie w porządku. Twój głos będzie ważny.
I wtedy nie będzie 94 % katolickich pogrzebów, z udziałem wyklinanego księdza, jak jest teraz, ale może znacznie mniej. Ale za to mistrz ceremonii (pogrzebowej) będzie chodził w glorii i chwale, że jest potrzebny na ostatniej drodze nie wiadomo dokąd.

To tyle o tych wierzących inaczej, chociaż częściej w nic nie wierzących i niczego nie mających na myśli, prócz nienawiści.

Teraz będzie o Kościele.
Dzisiaj, kiedy polaryzacja polityczna, przekładająca się często na indywidualne postawy ludzi, osiągnęła maksima nienotowane do tej pory, jak nigdy od 30 lat potrzeba rozjemcy. Potrzeba kogoś, kto powie: czas na refleksję. Kto wezwie do opamiętania. Kogo wreszcie obie strony posłuchają. Czujemy, że tego zadania rozjemcy w sporach Polaków, Kościół jako struktura dzisiaj nie spełnia.
Wręcz przeciwnie, sam jest podmiotem coraz silniejszych ataków i napaści.

Wynika to – moim zdaniem -  zapewne z kilku czynników. Po pierwsze Kościół nie rozpoznał tych nowych czasów, które nadeszły w Polsce. Wydawało się kierującym Kościołem, że Polska i Polacy są odporni na upadek religijny Zachodu. A jednak nie byli.
Po drugie w ostatnich latach Kościół dryfował, unosił się jak spasły wieloryb na fali, i nie dostrzegł tej Nowej Ziemi, w którą niespodzianie uderzył. W pierwszych latach wolności miał wszystkiego w nadmiarze: i wiernych, i pieniędzy, i uznania. To każdego prawie by uśpiło, nie mówiąc o starych biskupach, którzy powinni być emerytami, jak każdy stary człowiek, a nie byli.
Po trzecie wreszcie zawiniła struktura organizacyjna Kościoła, która kiedyś była czynnikiem dającym mu siłę i odporność wobec zachodzących zmian, a w czasach gwałtownej zmiany stała się „kamieniem u szyi”.
Ktoś powiedział, że czasy się zmieniają, ale ludzie nie. Że wciąż mają te same problemy wewnętrzne, te same pragnienia i nienawiści. Jednak chyba to nie jest zmiana.
Dwutysiącletni kościół zderzył się z człowiekiem tymczasowym, z mentalnością tylko na dzisiaj, z pragnieniem od zakupu do zakupy, z wiernością od rozwodu do rozwodu, z potrzebą natychmiastowego spełnienia przyjemności. Zderzył się i zaczął przegrywać.
Zderzył się i nie znalazł metody na nowe czasy.
Wychowani w bezwzględnym posłuszeństwie wobec biskupa i proboszcza księża, nie są siła zdolną do zmian. A biskupi, najczęściej starzy i wychowani w starych, wspaniałych czasach, nie umieją znaleźć lekarstwa na zmiany. To takie gorsze wydanie czegoś, co dzisiaj nazywa się potocznie korporacją.

V Synod Diecezji Tarnowskiej, który z założenia ma wypracować nowe kierunki dla Kościoła lokalnego, z samego założenia jest strukturą absolutnie biurokratyczną, w którym dyskusja jest moderowana, by nie ;powiedzieć pozorowana, czy to przez dobór „właściwych” uczestników z laikatu, czy poprzez niemożność wyrażenia samodzielnego zdania przez szeregowych księży. Już sam założony czas trwania – 3 lata – jest dla mnie wręcz humorystyczny, bo na końcu zapomną co mówili na początku, a niektórzy już umrą. A jeden z pierwszych tematów Synodu – wykaz piosenek, które można wykonywać w czasie uroczystości ślubnych, zakrawa na kawał. A gdzie dyskusja nad Amoris Letitia, nad udziałem rozwiedzionych ludzi w Kościele, w sakramentach. Przecież w tym tymczasowym świecie ilość rozwodów dramatycznie wzrosła, także wśród tych, którym Cohen nie może zaśpiewać w czasie ślubu Hallelujah. Kto się zmierzy z tą sprawą, kto zatrzyma, ba przyciągnie z powrotem rozwiedzionych ludzi do Kościoła?

Ludzie Kościoła protestują przeciwko wprowadzaniu do szkół lekcji o mowie nienawiści. A gdzie jest nauka o mowie nienawiści na kanwie ósmego przykazania: nie będziesz mówił fałszywego świadectwa przeciwko bliźniemu swemu? Czemu hierarchowie milczą w tej sprawie? Czy nauka religii w tej sprawie jest nieskuteczna, czy może nie była prowadzona?
Jak powiedział ojciec Zięba, Dominikanin, a więc i samodzielnie myślący, i wyrażający odważnie swoje zdanie: Kościół „zbyt cicho mówi o przezwyciężaniu podziałów i za mało piętnuje ciężki grzech pogardy i nienawiści”.


Świat się zmienia. Internet jest medium poza kontrolą. Ale dociera do tak wielu ludzi. W większości młodych, którzy z Kościoła dramatycznie odchodzą.  Do których Kościół nie znajduje drogi, nie  znajduje języka. A jednocześnie Kościół prawie z Internetu nie korzysta. Bo strony parafialne to zbyt mało. Parafia św. Mateusza odważyła się wejść na fejsbuka. A inni? A indywidualni księża? Czy katechizacji nie można prowadzić w dyskusji z – nawet głupimi – internautami? Mnie wielu ludzi obraża w Internecie. Ale mam twardą skórę. Jestem odporny.
Czego wy się boicie? Wyśmiania? I tak was wyśmiewają. A nie odpowiadacie. A tak przynajmniej dacie odpór. A zmobilizowanie setek wiernych, by tworzyli w Internecie masowy przekaz do niewierzących? Boicie się, że będzie poza kontrolą? Że będzie nie po linii biskupa? Ale będzie.

W święto Trzech Króli przyjechał do Mielca rektor Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej. Tak, ten od ojca Rydzyka. Zwróciłem szczególnie uwagę na medialność  w nazwie szkoły. Media to ważna sprawa.
I co? Ano w tym czasie, kiedy przeciętny internauta nie przeczyta więcej niż pół strony tekstu, kiedy dociera się informacją głównie tytułami i krótkim streszczeniem, facet truł w swoim kazaniu – nie powiem inaczej, chociaż miał ciekawsze fragmenty – przez 35 minut. Pal sześć, że przyjeżdżający na kolejną mszę nie mieli gdzie zaparkować bo parkingi były pełne i na ulicy zrobił się totalny korek. Pal sześc. Ale pomyślałem sobie: do kogo w tym świecie skrótu chcesz dotrzeć z takim przekazem? Kto cię wysłucha? Kto cokolwiek zapamięta? Jakie perspektywy ma przekaz Radia Maryja u ludzi innych niż starzy, którzy i tak w czasie takiego wywodu głównie śpią?

Nie było jeszcze Internetu, w latach 70-tych, kiedy wspaniały kapelan akademicki z Gliwic, śp. Ksiądz Herbert Hlubek mówił tak o konstrukcji kazania: pierwsze pięć minut kazania jest dla Pana Boga. Drugie pięć minut zaspokaja próżność księdza głoszącego kazanie. Reszta kazania jest dla diabła. Nie musze dodawać, że miał kazania krótkie, niesłychanie treściwe, ale zapadające w pamięć.

Zrozumienia tego faktu życzę rektorowi Wyższej Szkoły Kultury społecznej i Medialnej, jak też każdemu księdzu z osobna, szczególnie tym, przepisujących kazania z Internetu, zamiast barć je z serca.

Na koniec posłużę się Ewangelią. Mam wrażenie, ze rządzący Kościołem, pamiętając o słynnym zdaniu Chrystusa „Ty jesteś Piotr Opoka i na tej opoce zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego: cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie. rozwiązane w niebie”, zapomnieli przypowieści o talentach. Chrystus zostawił im je, wierząc, że je rozmnożą, a oni zakopali je głęboko w ziemi, w ich mniemaniu bezpiecznie, i gnuśnie, w bezczynności wobec zmieniającego się świata,  czekają na powrót Pana.

A Pan powróci i rozliczy sługi niewierne. Powie: "Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz - w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów".

Kto jest tym, który ma dziesięć talentów?
I kto przeczyta ten długi, niedzisiejszy felieton?



[1] Wyjaśniam, uprzedzając ew. zarzuty homofobię, że słowo mutacja jest rodzaju żeńskiego, a użycie słowa mutant  byłoby jeszcze bardziej nie na miejscu, natomiast określnie „kolejna wersja” nie oddaje istoty sprawy.

wtorek, 22 stycznia 2019

Korporacja Pana Boga.


Jestem wierzącym i praktykującym katolikiem.  Życzę więc sobie i Kościołowi, a i wszystkim wierzącym i praktykującym katolikom w Polsce, ale także niewierzącym naszym obywatelom, by Kościół, wpisany przed tysiącem lat w polską rzeczywistość, trwał, rozwijał się, był poważany i szanowany, był – co najważniejsze – przekaźnikiem treści Chrystusowych do życia, i  - co także ważne - był elementem jednoczącym Polaków.
Jeśli nawet nie w swoich murach i strukturach, to wokół siebie jako rozjemcy, negocjatora, pojednawcy zwaśnionych.

Staram się nie krytykować Kościoła, nawet jak postępowanie jego hierarchów nie za bardzo mi się podoba w kontekście budowania właściwych relacji z otoczeniem.  A przecież te relacje budują przyszłość Kościoła. Często bywa, że hierarchowie działają tak, jakby tego nie rozumieli, jakby nie widzieli, że nie działając, działają w interesie wrogów Kościoła.

Często aktywnie występuję w obronie Kościoła, czy to w Internecie, czy – sprowokowany - w dyskusjach. Nie dbam o to, co kto o mnie wtedy myśli, czy mówi, czy wreszcie pisze. Nie boję się być katolikiem, wyrażać swoich poglądów.

Dzisiaj, kiedy szczególnie agresywni wobec Kościoła zaczynają być przedstawiciele innej wiary, wiary w nieistnienie Boga, nazywający czasami samych siebie ateistami (dla mnie to wierzący inaczej), krytykowanie działań Kościoła z mojej strony może być łatwo uznane jako przyłączenie się do grona kamienujących. Ale jednak nie mogę milczeć ani wobec działań wierzących inaczej, ani wobec niezbornych działań hierarchów Kościoła w Polsce lub ich braku. Ale po kolei.

Sprawę rozpoczęła pani Nowacka stając na czele zmasowanego medialnego ataku na nauczanie religii w szkole, na finansowanie katechetów i księżowskich emerytur, teraz dołączyła do niego kolejna mutacja[1]Palikota, czyli pan Biedroń, zapowiadający zmiany w konstytucji i rozprawienie się z religią i Kościołem, a dzisiaj słyszę, że jakaś kolejna grupa niezadowolonych kobiet będzie strajkowała przed rozgłośnią radia Maryja w Toruniu, protestując przeciwko audycjom, których nigdy nie słuchały, ale o których Gazeta Wyborcza czy jakieś portale, napisały, że są złe.

Pisałem nie tak dawno: Nie chcesz religii w szkole, nie posyłaj na nią swoich dzieci. Jak wszyscy rodzice lub ich większość nie pośle, problem finansowania nauki religii jak i jej obecności w szkole sam się rozwiąże. Ale póki część z rodziców (na razie większość) chce religii w szkole, chce jej dofinansowania, to jako obywatele mają do tego prawo. Powiesz może, że to z twoich podatków? Że nie wyrażasz na to zgody? Jak jesteś pracownikiem wszelakiej budżetówki czy rolnikiem, to nie masz prawa tak mówić, bo nie ty zarabiasz na te podatki (jak ci się wydaje, że płacisz podatki, to sobie uświadom, że najpierw ten co tworzy dochód narodowy, nie ty, wypracował pieniądze, którymi ci zapłacono, i z których część oddajesz z powrotem jako podatek, a mogłeś tej części wcale nie dostać, ale co by wtedy robił urzędnik w urzędzie skarbowym, podobnie z rolnikami, którym płacimy za emerytury i służbę zdrowia). A jak nie jesteś pracownikiem budżetówki, jak ciężko tyrasz i płacisz podatki ( z których m.in. opłaca się budżetówkę), to protestując przeciwko finansowaniu katechetów protestuj też przeciwko finansowaniu innych,  na których pracujesz, bo inaczej jesteś po prostu nieuczciwy. A jak powiesz, że zgadzasz się finansować wszystkich innych prócz księży, to na chwilę stań, pomyśl i idź złóż w najbliższej parafii akt apostazji. Także ty, emerycie budżetowy, na chwilę przed śmiercią, żyjący z podatków płaconych przez tworzących dochód narodowy, bo przecież twoje-nie twoje pieniądze już dawno wydano. Wtedy to będzie w porządku. Twój głos będzie ważny.
I wtedy nie będzie 94 % katolickich pogrzebów, z udziałem wyklinanego księdza, jak jest teraz, ale może znacznie mniej. Ale za to mistrz ceremonii (pogrzebowej) będzie chodził w glorii i chwale, że jest potrzebny na ostatniej drodze nie wiadomo dokąd.

To tyle o tych wierzących inaczej, chociaż częściej w nic nie wierzących i niczego nie mających na myśli, prócz nienawiści.

Teraz będzie o Kościele.
Dzisiaj, kiedy polaryzacja polityczna, przekładająca się często na indywidualne postawy ludzi, osiągnęła maksima nienotowane do tej pory, jak nigdy od 30 lat potrzeba rozjemcy. Potrzeba kogoś, kto powie: czas na refleksję. Kto wezwie do opamiętania. Kogo wreszcie obie strony posłuchają. Czujemy, że tego zadania rozjemcy w sporach Polaków, Kościół jako struktura dzisiaj nie spełnia.
Wręcz przeciwnie, sam jest podmiotem coraz silniejszych ataków i napaści.

Wynika to – moim zdaniem -  zapewne z kilku czynników. Po pierwsze Kościół nie rozpoznał tych nowych czasów, które nadeszły w Polsce. Wydawało się kierującym Kościołem, że Polska i Polacy są odporni na upadek religijny Zachodu. A jednak nie byli.
Po drugie w ostatnich latach Kościół dryfował, unosił się jak spasły wieloryb na fali, i nie dostrzegł tej Nowej Ziemi, w którą niespodzianie uderzył. W pierwszych latach wolności miał wszystkiego w nadmiarze: i wiernych, i pieniędzy, i uznania. To każdego prawie by uśpiło, nie mówiąc o starych biskupach, którzy powinni być emerytami, jak każdy stary człowiek, a nie byli.
Po trzecie wreszcie zawiniła struktura organizacyjna Kościoła, która kiedyś była czynnikiem dającym mu siłę i odporność wobec zachodzących zmian, a w czasach gwałtownej zmiany stała się „kamieniem u szyi”.
Ktoś powiedział, że czasy się zmieniają, ale ludzie nie. Że wciąż mają te same problemy wewnętrzne, te same pragnienia i nienawiści. Jednak chyba to nie jest zmiana.
Dwutysiącletni kościół zderzył się z człowiekiem tymczasowym, z mentalnością tylko na dzisiaj, z pragnieniem od zakupu do zakupy, z wiernością od rozwodu do rozwodu, z potrzebą natychmiastowego spełnienia przyjemności. Zderzył się i zaczął przegrywać.
Zderzył się i nie znalazł metody na nowe czasy.
Wychowani w bezwzględnym posłuszeństwie wobec biskupa i proboszcza księża, nie są siła zdolną do zmian. A biskupi, najczęściej starzy i wychowani w starych, wspaniałych czasach, nie umieją znaleźć lekarstwa na zmiany. To takie gorsze wydanie czegoś, co dzisiaj nazywa się potocznie korporacją.

V Synod Diecezji Tarnowskiej, który z założenia ma wypracować nowe kierunki dla Kościoła lokalnego, z samego założenia jest strukturą absolutnie biurokratyczną, w którym dyskusja jest moderowana, by nie ;powiedzieć pozorowana, czy to przez dobór „właściwych” uczestników z laikatu, czy poprzez niemożność wyrażenia samodzielnego zdania przez szeregowych księży. Już sam założony czas trwania – 3 lata – jest dla mnie wręcz humorystyczny, bo na końcu zapomną co mówili na początku, a niektórzy już umrą. A jeden z pierwszych tematów Synodu – wykaz piosenek, które można wykonywać w czasie uroczystości ślubnych, zakrawa na kawał. A gdzie dyskusja nad Amoris Letitia, nad udziałem rozwiedzionych ludzi w Kościele, w sakramentach. Przecież w tym tymczasowym świecie ilość rozwodów dramatycznie wzrosła, także wśród tych, którym Cohen nie może zaśpiewać w czasie ślubu Hallelujah. Kto się zmierzy z tą sprawą, kto zatrzyma, ba przyciągnie z powrotem rozwiedzionych ludzi do Kościoła?

Ludzie Kościoła protestują przeciwko wprowadzaniu do szkół lekcji o mowie nienawiści. A gdzie jest nauka o mowie nienawiści na kanwie ósmego przykazania: nie będziesz mówił fałszywego świadectwa przeciwko bliźniemu swemu? Czemu hierarchowie milczą w tej sprawie? Czy nauka religii w tej sprawie jest nieskuteczna, czy może nie była prowadzona?
Jak powiedział ojciec Zięba, Dominikanin, a więc i samodzielnie myślący, i wyrażający odważnie swoje zdanie: Kościół „zbyt cicho mówi o przezwyciężaniu podziałów i za mało piętnuje ciężki grzech pogardy i nienawiści”.


Świat się zmienia. Internet jest medium poza kontrolą. Ale dociera do tak wielu ludzi. W większości młodych, którzy z Kościoła dramatycznie odchodzą.  Do których Kościół nie znajduje drogi, nie  znajduje języka. A jednocześnie Kościół prawie z Internetu nie korzysta. Bo strony parafialne to zbyt mało. Parafia św. Mateusza odważyła się wejść na fejsbuka. A inni? A indywidualni księża? Czy katechizacji nie można prowadzić w dyskusji z – nawet głupimi – internautami? Mnie wielu ludzi obraża w Internecie. Ale mam twardą skórę. Jestem odporny.
Czego wy się boicie? Wyśmiania? I tak was wyśmiewają. A nie odpowiadacie. A tak przynajmniej dacie odpór. A zmobilizowanie setek wiernych, by tworzyli w Internecie masowy przekaz do niewierzących? Boicie się, że będzie poza kontrolą? Że będzie nie po linii biskupa? Ale będzie.

W święto Trzech Króli przyjechał do Mielca rektor Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej. Tak, ten od ojca Rydzyka. Zwróciłem szczególnie uwagę na medialność  w nazwie szkoły. Media to ważna sprawa.
I co? Ano w tym czasie, kiedy przeciętny internauta nie przeczyta więcej niż pół strony tekstu, kiedy dociera się informacją głównie tytułami i krótkim streszczeniem, facet truł w swoim kazaniu – nie powiem inaczej, chociaż miał ciekawsze fragmenty – przez 35 minut. Pal sześć, że przyjeżdżający na kolejną mszę nie mieli gdzie zaparkować bo parkingi były pełne i na ulicy zrobił się totalny korek. Pal sześc. Ale pomyślałem sobie: do kogo w tym świecie skrótu chcesz dotrzeć z takim przekazem? Kto cię wysłucha? Kto cokolwiek zapamięta? Jakie perspektywy ma przekaz Radia Maryja u ludzi innych niż starzy, którzy i tak w czasie takiego wywodu głównie śpią?

Nie było jeszcze Internetu, w latach 70-tych, kiedy wspaniały kapelan akademicki z Gliwic, śp. Ksiądz Herbert Hlubek mówił tak o konstrukcji kazania: pierwsze pięć minut kazania jest dla Pana Boga. Drugie pięć minut zaspokaja próżność księdza głoszącego kazanie. Reszta kazania jest dla diabła. Nie musze dodawać, że miał kazania krótkie, niesłychanie treściwe, ale zapadające w pamięć.

Zrozumienia tego faktu życzę rektorowi Wyższej Szkoły Kultury społecznej i Medialnej, jak też każdemu księdzu z osobna, szczególnie tym, przepisujących kazania z Internetu, zamiast barć je z serca.

Na koniec posłużę się Ewangelią. Mam wrażenie, ze rządzący Kościołem, pamiętając o słynnym zdaniu Chrystusa „Ty jesteś Piotr Opoka i na tej opoce zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego: cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie. rozwiązane w niebie”, zapomnieli przypowieści o talentach. Chrystus zostawił im je, wierząc, że je rozmnożą, a oni zakopali je głęboko w ziemi, w ich mniemaniu bezpiecznie, i gnuśnie, w bezczynności wobec zmieniającego się świata,  czekają na powrót Pana.

A Pan powróci i rozliczy sługi niewierne. Powie: "Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz - w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów".

Kto jest tym, który ma dziesięć talentów?
I kto przeczyta ten długi, niedzisiejszy felieton?





[1] Wyjaśniam, uprzedzając ew. zarzuty homofobię, że słowo mutacja jest rodzaju żeńskiego, a użycie słowa mutant  byłoby jeszcze bardziej nie na miejscu, natomiast określnie „kolejna wersja” nie oddaje istoty sprawy.

środa, 16 stycznia 2019

Jak plujemy na siebie w Mielcu


Śnieżna kula nienawiści zaczęła się toczyć w Polsce wiele lat temu. Już nikt dzisiaj nie pamięta, kto zrobił mała śnieżkę i rzucił w nią w przeciwnika. No, może nie dla żartu, ale tak jakby nieszkodliwie. I już pewnie też nikt nie pamięta, co to było: czy nazwanie kogoś komuchem, czy żart, że ktoś inny przypomina ormowca albo jego kolegę, albo że akurat w danym momencie dziejów był nie po tej stronie, co aktualny posiadacz telewizji polskiej, czy jeszcze coś niespecjalnie szkodliwego.

Ale się zaczęło toto toczyć i przybierało na wadze. Jak śnieżna kula. Ona ma to do siebie, że rośnie, a zatrzymać ją coraz trudniej.

Jak nie mamy porównania, to ciężko nam spostrzec w lustrze, że w ciągu jakiegoś czasu zestarzeliśmy się czy bardzo zbrzydliśmy. Dala siebie wciąż jesteśmy tacy sami.
Dopiero znajomy, który nie wiedział na dłuższy czas, gdy jest uczciwy i nie ma zahamowani wykrzykuje ze zdziwieniem: ale się postarzałeś, ale masz zmarszczek, ale „zmieniła  ci się twarz”.

I tak jest z nami. Patrzyliśmy wciąż w lustro, w którym  odbijała się nasza pokraczna fizjonomia. Co najwyżej w towarzystwie takich jak my. Tak samo myślących, wykrzywiających się w tę samą stronę, z zezem w tym samym oku, kuśtykającym na tę samą nogę.

I cały czas wydawało się nam, że jest ok. Że jesteśmy fajni, piękni, jedyni prawdziwi.
A tylko ci, z drugiej strony lustra, są paskudni, powykrzywiani, kulejący.

I nie miał nam kto uświadomić, że jest inaczej. Że i jedni i drudzy zaczynają być paskudni. Że kalectwo jest coraz bardziej widoczne i coraz trudniej z nim egzystować w społeczeństwie. Bo wciąż chromi z prawej strony uważają, że są ok, a kalekami jest tylko ta strona społeczeństwa chroma z lewej.

I nie było nikogo, kto by - po pierwsze - umiał popatrzeć z zewnątrz, kto by – po drugie – miał odwagę to powiedzieć, i kto by – po trzecie i najważniejsze – maiła na tyle autorytetu, żeby obie strony go posłuchały.

To co powiem poniżej, spowoduje oczywiście krzyk tych wykrzywianych z lewej strony, ale za chwilę być może chromych z prawej.
Jedyny autorytet czasów komuny i Solidarności – Kościół – sam się wyautował z rankingu zaufania możliwego do zaakceptowania przez obie strony jednocześnie.
Ale tak naprawdę nie mamy szansy na innego rozjemcę.
Jest za to szansa, żeby ta światlejsza, dalej widząca część biskupów i księży znowu, jak kiedyś, stanęła na wysokości zadania stawianego przez coraz groźniejszy czas, odcinając się od popierania jednej strony sporu i zaczęła próbować zszywać rozprute, łagodzić nastroje, doradzać mądrze, nie wychodzić z inicjatywami – może słusznymi – nie na czasie.
Wierzę, ze to jest jeszcze możliwe.

Ale jest jeszcze jedna ważna rola, która Kościół może spełnić. Rozpoczęta dyskusja o wyprowadzeniu religii ze szkół może być wspaniałym prezentem dla Kościoła, jeśli tylko będzie umiał właściwie zareagować.
Niektórzy wprowadzają do szkół lekcje o „mowie nienawiści”. Inni przeciwko temu protestują.

Ja tylko przypomnę – może i niektórym „politycznym” księżom – że jest takie przykazanie, jedno z dziesięciu, że „nie będziesz mówił fałszywego świadectwa przeciwko bliźniemu swemu”. I nie chodzi to tylko o rozumienie, że nie będziesz kłamał. To wielka szansa dla Kościoła i nauki religii. Jak nie wy, to kto?

A co do naszego miasta za lasem, Mielca?


Małe środowisko potencjalnych opluwających się wzajemnie oficjeli i polityków, dobrze znających jeden drugiego,  jest czynnikiem, które tę nieszczególnie estetyczną czynność jednak ogranicza do minimum. Te pyskówki uskuteczniane w radach miasta czy powiatu nie są jeszcze czymś poza godnością.


Ale trzymających w ryzach swoje popędy lokalnych polityków dzielnie wyręczają mieleccy internauci, a bardziej internetowe trolle partyjne, które szczują i plują, nie myśląc o konsekwencjach swego zachowania.

To oni najbardziej – często za przyzwoleniem i zachętą politycznych, mieleckich mocodawców, chociaż pewnie także jak ten morderca z Gdańska, zmotywowani nachalną propagandą - dokładają swoje do tej śnieżnej kuli nienawiści, która przetacza się prze Polską. Tej nienawiści, która – niezatrzymana – może nas zniszczyć. Niezależnie od tego, z której strony twarz nam się kurczy, gdy czytamy o tym, co się dzieje.

czwartek, 10 stycznia 2019

Wyrzucić religię z mieleckich szkół?


Niezastąpiona do awantur pani Nowacka ze swej partyjnej kanapy zwanej bardzo na wyrost Inicjatywą Polską wystąpiła z kolejnym rewolucyjnym projektem: dość z finansowaniem nauki religii w szkołach. Prócz tego zaproponowała zaprzestanie finansowania składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne duchownych oraz likwidację Funduszu Kościelnego.

Propozycja w sam raz na kampanię wyborczą, jeśli Koalicja Obywatelska chce przegrać najbliższe wybory. Zapewne jest część społeczeństwa, które – wrogie Kościołowi – zechce poprzeć jej pomysły. Jestem jednak przekonany, że będzie to mniejszość, nawet jak film Kler oglądnęło 5 mln ludzi..
Należy też pamiętać, że podobny, choć znacznie szerszy projekt, pani Nowacka zapowiadała już w ubiegłym roku, ale jakoś nic z tego nie wyszło.

Skoro jednak temat stanął publicznie, może warto mu się przyjrzeć. Nauczanie religii w szkole budzi emocje od dość dawna, umiejętnie podgrzewane przez środowiska wrogie Kościołowi.
Argumentacja takiego wniosku jest dość szeroka. Podnosi się sprawę kosztów katechetów (ponad 1,3 mld złotych rocznie), ale także argumentuje, że „Lekcje te nie mają obecnie wiele wspólnego z nauką i rozwojem intelektualnym — ich charakter jest z reguły czysto konfesyjny. Służą one w przeważającym zakresie formowaniu wiernych.”
To taki głupi argument w stosunku do nauki religii, że mogą podnosić jedynie ludzie bardzo bezczelni lubo ograniczonym pojmowaniu, czym jest religia.

Kolejny argument – to brak zatwierdzania programu nauki religii przez władze publiczna, chociaż te finansują naukę i ilość godzin religii w programie.

Ja zaczynałem naukę religii w szkole podstawowej nr 5, w 1958 roku. Pamiętam jeszcze śp. ks. Lazarowicza, jak przechadzał się korytarzem szkoły na I piętrze. Potem władza nas wyrzuciła i resztę edukacji religijnej odbywaliśmy w maleńkim (nieistniejącym już) baraczku przy ulicy Cyranowskiej, w bardzo trudnych warunkach. Jak dzisiaj słyszę od starych ludzi, że „było tak fajnie”, to powiem, że się dziwię.
Tak, warunki lokalowe, jakie ma parafia, zmieniły się radykalnie. Ale też zmieniły się czasy. Inaczej i często daleko mieszkamy, inaczej dochodzimy/dojeżdżamy/lub jesteśmy dowożeni do szkół, prawie wszystkie matki pracują, inny jest czas pracy rodziców, inne są wymagania bezpieczeństwa dla uczniów, tak lokalowe, jak i w ruchu ulicznym czy np. dotyczące możliwości porwań dzieci lub jakiegoś ich zaginięcia.
Wszystko jest inne.
I twierdzenie, że dawniej tak było, nie oznacza, że teraz może tak być. I że rodzice, którzy chcą dla swoich dzieci nauki religii, wyraża na to zgodę. Zgodę na przedwyborcze fanaberie jakiejś paniusi z Warszawy, chociaż i żądania miejscowych wrogów Kościoła.

Państwo jest od zaspokajania potrzeb obywateli. Jeśli ludzie chcą nauki religii w szkole dla swoich dzieci, to państwo winno im to zapewnić. Tak jak daje ludziom 500plus, którego pani Nowacka na pewno nie zabierze, ani nie będzie o to wnioskowała, tak jak finansuje się KRUS rolnikom, tak jak daje się im służbę zdrowia, na która nie łożą, tak jak finansuje się wczesne emerytury policjantów czy strażaków, nie mówiąc już o sędziach i innych funkcjonariuszach państwowych, jak płaci się nauczycielom za trzy lata płatnych urlopów.
Nie jestem, w obecnym stanie prawnym przywilejów stworzonych dla wielu grup społecznych, zrozumieć, dlaczego spora grupa obywateli, których istnienia w naszym społeczeństwie oczekuje zdecydowana większość obywateli, ma być choćby wyłączona choćby z systemu zabezpieczenia społecznego?Na podobnych zasadach można by zaproponować, by urzędnik, który całe życie żył z budżetu, a który nie dał społeczeństwu dzieci, które będą łożyły na jego emeryturę swoją pracą, żeby także był wyłączony z systemu emerytalnego. Na dodatek dla mnie często taki urzędnik ( w tym co dał społeczeństwu) jest o wiele mniej wartościowy niż ksiądz.

Jest i druga przyczyna mojego przekonania, że nauka religii winna być w szkole i winna być przez państwo finansowana.

Uważam mianowicie, że państwo nie tylko powinno kształcić dzieci i młodzież, ale także ich kształtować. Nie wystarczy do bycia dobrym obywatelem jedynie znajomość geografii (Google), historii (też Google), a nawet języka polskiego (w dużej mierze też Google). Potrzeba jeszcze wpajać młodym wartości, wokół których mogą się jednoczyć (przynajmniej ci rozumniejsi), które będą kształtowały ich jako obywateli, których chcielibyśmy mieć. Może to być robione poprzez naukę religii różnych wyznań, albo naukę etyki. Ale należy młodym przekazywać zasady, co w życiu jest dobre a co złe. Bez tego zginiemy.

Oczywiście zawsze pozostaje pytanie o formę takiego przekazu. Jak to zrobić najlepiej. Jak ktoś mi powie, że księża tego nie umieją, a cywilni, z przypadku brani, nauczyciele etyki, zawsze to zrobią dobrze, to mu się roześmieję w twarz. Tak jak są dobrzy i źli nauczyciele księża, tak są dobrzy i źli cywilni nauczyciele etyki. Ale jestem przekonany, że w polskim systemie oświaty, marnie opłacanym, feudalnym wręcz w zarządzaniu, nie zawsze kierującym się jakością nauczycieli, którzy jakże często cechują się serwilizmem i biernością, znacznie więcej jest dobrych uczących księży, niż przypadkowych nauczycieli etyki, choć pewnie także  cywilnych katechetów, którzy na ogół mają złą opinię.


Ale jest i przyczyna druga`(prim), dlaczego uważam, że nauka religii (i etyki) jest naszym dzieciom i wnukom potrzebna.
Pewnie nie wszyscy, łącznie ze mną, umieją to wyartykułować, ale wielu z nas czuje, że zbliża się koniec świata, jaki znaliśmy, do jakiego się przyzwyczailiśmy, w jakim nam przez ostatnie lata (a Europejczykom trochę dłużej) było dobrze żyć. I jakiego byśmy chcieli nadal.
Ale to się kończy. Nie tylko z powodu zbliżającego się zderzenia cywilizacji chrześcijańskiej z muzułmańska czy jakąś inną. Choć to będzie czynnik zasadniczy.
Ale także dlatego że zupełnej zmianie uległa struktura społeczeństwa.
Eric Hobsbawm jako pierwszy zwrócił uwagę na to, że współcześnie właściwie znikła klasa chłopska, a znika tzw. proletariat. Te osoby, które były kiedyś przypisane do tych grup, zalały współczesną kulturę. Efektem tego jest to gwałtowne uproszczenie rzeczywistości  (widać to choćby po poziomie centralnych imprez sylwestrowych) - doszło do niego, bowiem trzeba było dostosować przekaz do nowych odbiorców. Także obniżyć poziom szkolnictwa. Wszyscy wszak obywatele mają równe prawa być równymi.

Z takim społeczeństwem nic się nie da zrobić. Każdy ma komórkę, nowy samochód, ale z drugiej strony to w dużej części są dzicy ludzie - tylko żyjący wśród nas.
Na dodatek moralność dla dużej części tych ludzi – nawet jak formalnie czują się członkami kościołów - także została uproszczona. Żeby nie powiedzieć, że często zanika, nie jest potrzebna. Czy sytuację poprawią lekcje etyki? Nie wierzę.

Jednocześnie zmienia się gwałtownie całe otoczenie polityczne. Nikt na dzisiaj nie wie, co się wyłoni, kto będzie dominował, jaki system polityczny powstanie? Już widać, że demokracja umiera, a dochodzi do głosu cos takiego jak demokratyczny populizm (coś jak demokracja ludowa, tylko z przywódcą poza Moskwą), albo najprymitywniejsze formy nacjonalizmu.

I w tej sytuacji należy jeszcze zabrać społeczeństwu podstawy, na których stworzyliśmy tę odchodząca cywilizację? Ewangelię? Moralność? To i co, że wywiedzioną z Biblii? A ma ktoś inną?
Jak mówi, że ma, to kłamie. Nie ma niczego.

No to jeszcze na koniec o rozdziale państwa i Kościoła. Tak, uważam, że tam, gdzie nie ma lekcji etyki, lekcje religii w szkole trzeba próbować ustawiać na początku i końcu zajęć lekcyjnych. Na tyle, na ile to możliwe.
Bo rozumiem, że lekcji etyki nasi wojownicy o świeckość państwa nie chcą wyprowadzać poza szkoły?  Tylko lekcje religii? I to ma być równość obywateli wobec prawa?
No i z religii winno być osobne świadectwo. Z etyki także. Które się komuś pokaże lub nie.

Niezależnie od moich poglądów religijnych, żadna z ponad 15 hal fabrycznych i budynków, które przez ponad 20 lat działalności zawodowej było mi budować i oddawać do użytku, nie była poświęcona przez księdza.  Ale za to poświęciłem swój dom, który wybudowałem dla rodziny, a później kapliczkę przed nim, poświęconą Bogu i pamięci Rodziców.
I żal czasem tych księży, proszonych do święcenia byle wychodka, bo „tak wypada”.
I niech mi nikt nie mówi, że jest przymus zapraszania księdza na otwarcie byle czego albo i czegokolwiek.
Ale jednocześnie niech nikt nie opowiada mi bzdur, że niewierzący są w Polsce prześladowani, tak jak inni próbując uskuteczniać narrację odwrotną, też kłamią.

To sprawa każdego człowieka z osobna, czy powiesi sobie krzyż nad swoim biurkiem. I każdemu pozwólmy z tym pozostać sam na sam. Ale nie zabierajmy mu szansy, by wybrał samodzielnie, gdy dorośnie i będzie świadomy (mniej lub bardziej) tego co czyni.


Korporacja Pana Boga.

Jestem wierzącym i praktykującym katolikiem.   Życzę więc sobie i Kościołowi, a i wszystkim wierzącym i praktykującym katolikom w Po...