poniedziałek, 18 maja 2026

Robi się coraz ciekawiej. Z drogą 985 i ze szpitalem.

 


Zdjęcie Nowiny24 z protestu pracowników szpitala w 2014 roku przeciwko niskim płacom. Teraz płace są drastycznie wyższe, ale protesty są i będą.

 

Właściwie ważniejszy jest Szpital niż Droga, więc pokrótce o nim, bo awantura rozkręca się na całego. Pan Starosta Gacek popełnił – moim zdaniem - błąd, zaczynając załatwianie wielkich i wciąż rosnących problemów finansowych szpitala od ogłoszenia  planów ewentualnej konsolidacji ze szpitalem klinicznym.

 

A powinien – też moim zdaniem – ogłosić wszem i wobec, że gdy i tak wysokie zarobki personelu Szpitala zostaną (zgodnie z ustawą ) kolejny raz podniesione w lipcu, to będzie to kosztowało Szpital 30 mln złotych, a to już będzie „gwóźdź do trumny” i kfa.

 

Ja wiem, że i tak nikt z pracowników Szpitala by się tą goźbą nie przejął i nadal wszyscy żądaliby podwyżek płac, które „im się słusznie należą”, ale wypadłby z rąk oręż demagogiczny, który teraz na rózne sposoby używa się przy zbieraniu podpisów od okłamywanego społeczeństwa.

 

A gdyby jeszcze pan Starosta upublicznił (nie imiennie, ale statystycznie) jakie są płace w Szpitalu, inna byłaby rozmowa z mielczanami.

Wtedy można by wyciągać argumenty o tym, że niewiele się dla mielczan zmieni, a może nawet polepszy, a tak mleko się rozlało.

I nawet jak opozycji uda się doprowadzić do zmiany Starosty, czego mu bardzo nie życzę, i zostanie nim np pan Tymuła, mający receptę na obecny stan,  to będzie jeszcze gorzej., bo pieniędzy będzie jeszcze mniej, tak jak i przychylności władzy.

 

Tyle o Szpitalu, teraz o sprawie dla mnie znacznie ciekawszej, bo o nowej drodze wojewódzkiej 985.

 

Napisałem w ostatnim felietonie, że władze miejskie kupiły władzom powiatowym i gminnym prosiaka kłopotów, a same siedzą cicho i tylko liczą na propagandowe zyski z całej sprawy.

 

Otóż dowiaduję się, że wcale tak być nie musi. Że oprócz sprawy dogodzenia mieszkańcom Mielca szybszym i wygodniejszym dostępem do autostrady A4 liczą jeszcze na coś innego. Chcą, jak to się mówi, upiec dwie pieczenie na jednym ognisku.

 

Właściwie cała ta sprawa by mnie nie obeszła, bo ani drogą, ani jej przebiegiem nie jestem prawie wcale zainteresowany, tak jak nie ulegam namowom różnych zainteresowanych osób, oprotestowujących tę czy inną trasę alternatywną, gdyby nie absolutnie śmieszny fakt sprzed dwu lat.

Fakt, po którym mógłbym się ogłosić lokalnym prorokiem.

 

Otóż dnia 1 kwietnia 2024 roku opublikowałem felieton o takim tytule: „Zlikwidujemy Bazę MKS w Mielcu. Zrobimy tam tereny zielone”.

 

Przewidywałem w tym felietonie, pisząc oczywiście w tonacji żartu primaaprilisowego, że idąc na rękę mieszkańcom apartamentowców osiedla Stara Cegielnia, którzy prócz zieleni w doniczkach nie mają nic zielonego wokół, przyszły prezydent (miały być wybory) zrobi wielki gest:

 

Serce każdego przyszłego prezydenta, kto by nim nie był, zadrży na myśl, że ci biedacy nie będą mieli skrawka zieleni i na pewno zacznie on myśleć intensywnie, ba, nawet kombinować, jakby tu im ulżyć, poprawić ich los.

No i co wymyśli? To oczywiste. Postanowi zlikwidować emitującą duże ilości szkodliwych substancji bazę Miejskiej Komunikacji Samochodowej i na jej terenie wybudować mielczanom, wszystkim oczywiście, skwer zieleni połączony z placem zabaw dla dzieci i dorosłych.

I to jest wspaniała propozycja.”

 

Cały felieton na końcu w ps.

 

No i czego się dzisiaj dowiaduję? I nawet jeśli to nie są potwierdzone informacje, choć moi informatorzy biją się w pierś, że to prawda, to nie mogę tych informacji nie pokazać publicznie.

Bo moi informatorzy twierdzą, że baza MKS ma być przeniesiona na tereny przemysłowe przy obwodnicy Mielca i zlokalizowana na działkach o numerach 105/1 i 121/5.

I tak się jakoś przypadkowo składa, że przez te tereny zaproponowano poprowadzenie nowej drogi 985. To oczywiście jedna z trzech propozycji, ale ona chyba wywołała najwięcej protestów.

 

Powiem tak: jestem za tym, by Mielec miał jak najwięcej dobrze uzbrojonych terenów przemysłowych, na których można by budować nowe firmy dające ludziom pracę.

I tu się zasadniczo różnimy z moimi informatorami, którzy w tamtym rejonie mają swoje prywatne interesy i bardzo nie chcą ani drogi, ani przemysłu.

 

A jednak, prócz sprawy ewentualnego przeniesienia bazy MKS na te tereny i sprawy późniejszych losów terenów po bazie, jest jeszcze coś innego, niepokojącego. Przynajmniej mnie.

Ponoć te tereny przemysłowe zaoferowano Agencji Rozwoju Przemysłu, a ona propozycję zakupu odrzuciła. Dlaczego?  Przcież tuż obok jest duża strefa – park przemysłowy przy ulicy Inwestorów. Czy ARP nie widzi perspektyw rozwoju dla tego terenu?

Chyba że fakt, iż strefy kończą swoją działalność 1 stycznia 2027, jest tym czynnikiem, który zniechęca, albo wręcz uniemożliwia ARP dalsze inwestowanie?

 

Jeśli tak, to należy cała sprawę głęboko przemyśleć.

Ale jak patrzę na Tuszów Narodowy i inwestycje przemysłowe  przy obwodnicy, to świta mi iskierka nadziei, ze może nieme będzie tak źle. A na wszelki wypadek trzeba iść do wójta Głaza i popytać.

 

I to by było na tyle.

Jakby się stało tak, że sprawdzi się moja primaaprilisowa przepowiednia, to polecam się panom politykom  na przyszłość. Stawki mam niewysokie

 

 

 

 

 

 

 

 

Ps. Poniżej ten felieton sprzed dwóch lat

 

„Zlikwidujemy Bazę MKS w Mielcu. Zrobimy tam tereny zielone”

 

Jak donoszą źródła bliskie Urzędowi Miasta, w najbliższych kilku latach czeka Mielec rewolucja w transporcie miejskim. Pisało o tym Korso w dniu 29 marca, podając jednak niepełne dane dotyczące sprawy, informując jedynie o uzyskanej przez miasto dotacji na rozwój transportu publicznego w wysokości 69 mln złotych.

 

A to tylko wierzchołek góry lodowej, która zmierza w kierunku naszego miasta.

Ta dotacja i wynikające z niej konsekwencje to oczywiście ważna sprawa. Ważniejsze jest jednak ukryte. To znaczy było ukryte. Do dzisiaj.

 

Jak Państwo wiecie, w pobliżu bazy Miejskiej Komunikacji Samochodowej powstaje piękne osiedle domów bardzo dużych, w których niedługo zamieszkają mielczanie. Jakże się zdziwiłem, kiedy na mapie Googla odczytałem, że są to Apartamenty im. Jacka Klimka. Nie wiem, o jakim Jacku Klimku mowa, ale pewnie o jakimś naszym. Mieleckim.

 

Mieszkań dla mielczan nigdy za dużo, więc buduje się je w coraz innych miejscach. Akurat te budowane są w środku terenów przemysłowych. Dookoła najróżniejsze zakłady, z których część zapewne emituje w powietrze duże ilości pyłów czy szkodliwych gazów, jak zakłady produkcji betonu pana Pietrasa czy autobusy miejskiej komunikacji, mające tuż obok swoją bazę, nie wspominając już o dużym ruchu ulicznym tuż obok.

 

Na dodatek wokół budowanych apartamentowców beton jedynie. A jak będzie jakaś zieleń, to pewnie głównie w doniczkach i donicach. Możemy sobie wyobrazić, czym to grozi w lecie.

 

Serce każdego przyszłego prezydenta, kto by nim nie był, zadrży na myśl, że ci biedacy nie będą mieli skrawka zieleni i na pewno zacznie on myśleć intensywnie, ba, nawet kombinować, jakby tu im ulżyć, poprawić ich los.

No i co wymyśli? To oczywiste. Postanowi zlikwidować emitującą duże ilości szkodliwych substancji bazę Miejskiej Komunikacji Samochodowej i na jej terenie wybudować mielczanom, wszystkim oczywiście, skwer zieleni połączony z placem zabaw dla dzieci i dorosłych.

I to jest wspaniała propozycja

 

A co będzie z naszą komunikacją miejską, o którą tak wszyscy się troszczymy, dbając by była, jakakolwiek, a mimo to, a może dlatego, dodajemy jej co roku kilkanaście milionów złotych. Po to żeby była?

 

Jak Miasto dostanie dofinansowanie 69 mln złotych, o którym było na początku,  to sobie wybuduje nową bazę w takim miejscu, gdzie nie będzie nikomu przeszkadzała, np. przy ulicy Targowej, gdzie Miasto ma także swoje działki, aktualnie zarządzane przez MZBM. A gdyby i tam chciano wybudować tereny zielone – zieleni nigdy za wiele – to się MKS wyprowadzi gdzieś do strefy ekonomicznej i może jeszcze dostanie ulgi za nową inwestycję. A wtedy ją sprywatyzuje.

 

Rewolucja w komunikacji miejskiej jest coraz bliżej.

Więc panowie i panie , kandydaci na prezydenta Miasta Mielec, nie kombinujcie „po drobnemu” jaką linię zamknąć, o ile ograniczyć zatrudnienie, czy dopłacać, czy redukować dopłaty.

Młodzi ludzie potrzebują mieszkań, potrzebują też odpocząć po pracy.

Wasze powolne MKS – y nie są im do szczęścia potrzebne, czy będą za darmo, czy nie. I tak nimi nie jeżdżą, bo mają swoje samochody.

 

A nowe tereny zielone, nasz Nowy Mielecki Zielony Ład, potrzebne są nam wszystkim.

Choć niektórym znacznie bardziej.

 

A jakby ktoś miał wątpliwości, co do felietonu zawartości, to powiem tak: prima aprilis, ......

 

 

 

 

sobota, 16 maja 2026

Nie miała władza (mielecka) kłopotu, zafundowała sobie prosię.

 

 A nawet dwa. Chociaż to drugie to już chyba kupiono sporo wcześniej, ale chowano je przed ludźmi, aż wreszcie wylazło z nagła na podwórze i zaczęło grzebać w błocie.

W moim poprzednim felietonie zatytułowanym „Tunelem do Dębicy” https://andrzejtalarek.blogspot.com/2026/05/tunelem-do-debicy.html wyraziłem swoje wątpliwości co do możności uzyskanie zgody społecznej czyli tzw. consensusu w kwestii przebiegu planowanej nowej drogi wojewódzkiej  do Dębicy, oznaczonej numerem 985.

Nie chcę udawać proroka, bo przewidzieć to było łatwo i każdy, kto ma odrobinę rozsądku w głowie musiał to wiedzieć, że sprawa wywoła szeroką dyskusję i spore protesty.

Więc dlaczego władza mielecko – wojewódzka zdecydowała się na to działanie?

Można powiedzieć, że dlatego, iż jest odpowiedzialna, dalekowzroczna i stawiająca interes powiatu i jego mieszkańców ponad swoją popularność.

Wszak wszyscy wiemy, bo to widzimy w mediach, jak bardzo nasza władza stara się, by dobrze czynić mielczanom. Że czasami wychodzi to jej tak, jakby chciała dobrze czynić sobie, to tylko nasze złudzenie.

 

Ale bądźmy poważni. Dlaczego tak się dzieje, że prawie każdy chce nowej drogi, ale jeśli narusza ona czyjeś interesy, choćby najbłahsze, to już jej naprawdę nie chce. Ba, jest bardzo przeciw.

Co się zmieniło w naszym społeczeństwie, że oprotestowujemy wszystko jak leci, że „twierdzą nam będzie każdy próg, tak nam dopomóż Bóg” (to Konopnicka, ale w jakże innym znaczeniu).

Widzieliśmy to wcześniej na Śląsku, gdzie chciano poprowadzić linię kolejową do nowego lotniska, dzisiaj nazywanego Lotniskiem Polska, co natychmiast wywołało protest mieszkańców, mających sąsiadować z tą linią.

Ale przecież o ile nowa linia kolejowa obniża wartość gruntów sąsiednich, czasami drastycznie, to nowa droga kołowa generuje nowe tereny budowlane i inwestycyjne oraz wzrost cen gruntów przyległych. Czasami duży wzrost.

Widzę, jak rozwija się Tuszów wzdłuż obwodnicy Mielca, o której przebieg także kiedyś  toczono różnorakie spory. Może więc jednak chęć przyszłych zysków weźmie górę nad wygodą?

 

Tym niemniej trudno nie zadać sobie pytania, czy to Polska tak zmieniła się w latach dobrobytu, że każdy patrzy teraz tylko swego interesu, nie zawracając sobie głowy interesem ogólnym, czy może jednak zawsze tak było od czasu socjalizmu,  że najważniejsze było moje? Bo w socjalizmie był tylko interes społeczny i drogi można było budować łatwo, tyle ze nie było na to pieniędzy.

W przypadku drogi jednak trzeba także zadać sobie pytanie nawet nie o to, kto kupił to prosię, ale o to, kto je komu po zakupie podrzucił. Bo póki co jesteśmy na takim etapie sprawy, że na strzały wystawione są głównie władze gminne, szczególnie z Przecławia, ze starostą włącznie, a główni „winowajcy”, marszałek i władze Mielca,  spokojnie patrzą na cały ten zamęt, bo ich wyborcy za niego rozliczać nie będą. A nawet będą chwalić, że chcieli dobrze.

Bo lepiej mieć niż nie mieć. Każda droga się przyda, chociaż ta akurat niczego nam docelowo nie rozwiąże. Będziemy 5 minut szybciej na A4. Ale może dobre i to.

 

I to był pierwszy prosiak mieleckiej władzy.

 

Drugi to już nawet nie prosiak, a obecnie wielka maciora, którą hodowano od lat. Niby w ukryciu, by nikt prosiaka nie widział w środku miasta, ale tak naprawdę wszyscy czuli ten smrodek. Aż wreszcie się objawił w całej okazałości i gigantycznej wielkości: Mielecki Szpital Specjalistyczny im Biernackiego. Jeden głównych pracodawców w regionie i chyba taki, który oferuje zarobki, jakich nie uświadczysz gdzie indziej. A jednocześnie instytucja mająca żywotną wartość dla większości mielczan.

Mówią: nasz szpital. Mówią tak i posłowie, i radni, i starosta obecny  i były, z burmistrzami, a chyba i zwyczajni obywatele. Z żadną chyba instytucją w mieście nie ma tak silnej identyfikacji przeciętnego mielczanina. Nawet jak jednocześnie wiesza na niej tzw. psy.

No i co? Dlaczego Pana Starosta zdecydował się wypuścić pomiędzy ludzi to prosię, wyrośnięte w międzyczasie do wielkiej maciory? Też przecież myśli i wie, jaki będzie miał z nim problem. Pewnie już absolutnie nie miał innego wyjścia.

Nie chcę się tu wymądrzać nad służbą zdrowia w Polsce, nad jej reformą, a raczej tym, czego i tak nie będzie. Nie moje poletko. Niemniej jako obywatel widzę, że koszty leczenia rosną jak na drożdżach. Kiedyś, kilka lat temu, na rezonans czekało się miesiącami lub płaciło drogo. Teraz rezonanse mamy byle gdzie. I częstość ich zlecania jest o wiele większa. Bo to pewniejsza diagnoza. I każdy, ja także, woli mieć rezonans, niż macanie czy rentgen. Ale jednocześnie wszyscy wiemy, że to kosztuje: amortyzacja, obsługa etc. A wynik opisuje lekarz, który kiedyś na kontrakcie brał 150 złotych za godzinę, a teraz pewnie bierze 300 złotych lub znacząco więcej (sądząc o tym ze stawek w gabinetach prywatnych, obecnie w Mielcu 300 zł za wizytę, co daje za godzinę przy kilku pacjentach…).

Kiedyś na operację zaćmy czekało się kilka lat, teraz czeka się dwa miesiące. A często nie jest to choroba, której nie można przenosić pół roku czy nawet rok.

No i co z tego? – powie ktoś. Ma być. No tak. Ma być. Wojsko też ma być. I też jest w podobnie gównianym stanie jak publiczna służba zdrowia. I równie dużo na nie łożymy. I emerytury wczesne też mają być. A dla wojska jeszcze wcześniejsze. A są grupy społeczne, np. rolnicy, którzy na służbę zdrowia płacą prawie nic, a mają taką samą opiekę jak inni. Jak inni Polacy, ci płacący, ale też jak inni, np obcokrajowcy. Itd, itp.

A pieniędzy jest ile jest.

A władzę mamy w Polsce taką, jak na chwilę przed rozbiorami, niewładną uchwalić czegokolwiek kontrowersyjnego.

Ktoś napisał, że w sprawie szpitala Mielec zasługuje na prawdę. Może i zasługuje, ale kto tak naprawdę chce prawdy o stanie szpitala? Komu jest ona potrzebna? Ludzie chcą, by mówić im to, co sami myślą. Każda prawda jest źle odbierana. Bo ma być najlepiej. Dla pacjentów, a szczególnie dla personelu. I innej opowieści nikt nie przyjmie.

Bo za służbę zdrowia odpowiada rząd i on ma ją naprawić. Jak mówi były starosta, pan Tymuła, który przez kilka lat także hodował to prosię, należy szpitale oddłużyć i będzie dobrze. Nie dodaje przy tym, ile to już razy polskie szpitale były oddłużane i że to nic nie zmieniło. I protestując przeciwko działaniom władzy obecnej, powiatowej, mieleckiej, nie dodaje, że władza powiatowa, dębicka, pisowska, też chce łączyć dębicki szpital  z Rzeszowem.

Ale nie jest też do końca tak, że ludzie nie oczekują prawdy. Ale tej innej prawdy. Bo nie przyjmują bajania o cudownym rozmnożeniu wszystkiego, jak tylko połączymy się ze szpitalem klinicznym. I oczekują, że ktoś im powie, że po połączeniu ze szpitalem klinicznym będzie gorzej, że wszystkim, a szczególnie personelowi, się pogorszy. I natychmiast taką prawdę odrzucą.

Jak mówi pan Starosta Gacek, lepiej coś próbować zrobić wtedy, kiedy jeszcze można, niż próbować robić, gdy już nie będziemy mieli żadnych argumentów. Pewnie wie, że chyba czeka nas katastrofa szpitalna, dlatego wypuścił to prosię, którego sam nie kupił, a które rosło od lat na wikcie każdej po kolei władzy.

Jakoś mu wierzę, że chce jak najlepiej w tym najgorszym, co nas czeka i wierzę, że inaczej się nie da.

 

Ale mamy jeszcze trzecie prosię. Tu aż się prosi, by zapytać, po co nam te prosię. To kolej do Kielc, którą lansuje pan Starosta. Z wytyczeniem trasy będzie jak przy drodze 985 tylko gorzej. Bo na tym nikt nie zarobi. A po drugie, czy to nam naprawdę jest potrzebne? Czy nie wystarczy szybka kolej do Krakowa i przesiadka na pociąg na północ?

No ale ja nie jestem rolnikiem, a Pan Starosta przynajmniej był, więc może wie, co robi, kupując sobie takie prosię.

Powodzenia

 

 

czwartek, 7 maja 2026

Tunelem do Dębicy

  



W połowie marca napisałem felieton zatytułowany „Mielec na zawsze w czarnej d..ziurze komunikacyjnej? Czyli o Mielcu, mieście za lasem”.

W marcu dyskutowano w Mielcu o komunikacji kolejowej, o połączeniu Mielca z Kielcami. Ja zaś w felietonie pisałem o marnym stanie skomunikowania drogowego Mielca ze światem.

I zamiast marzyć o kolei, proponowałem doprowadzić do Mielca drogę krajową. Tę, która będzie budowana z Rzeszowa przez Kolbuszową do Warszawy. Bo wszystkie większe (i mniejsze) miasta Podkarpacia i ogólnie COP u mają takie drogi, prócz Mielca.

Pisałem w marcu: „Inne miasta COP – u, jak Stalowa Wola, Ostrowiec Świętokrzyski, Starachowice, miały więcej szczęścia. W nich krajówek nie zlikwidowano z końcem ubiegłego wieku. I dzisiaj pomiędzy S9 w Skarżysku Kamiennej a Starachowicami (a w przyszłości także Ostrowcem) budowana jest nowa krajówka nr 42 w formacie GP, czyli dwujezdniowej trasy szybkiego ruchu. Stalowa Wola jest świetnie skomunikowana, bo obok ma S19, wiec i Rzeszów i Warszawa są łatwo osiągalne, a teraz rozbudowuje się krajówka S74 do Kielc. Żyć nie umierać”.


 

Nikt się tym moim felietonem nie przejął. Zakwalifikowano go, wraz z autorem, do sfery czystego fantazjowania. Mielec i krajówka? Wariat.

No i po dwu miesiącach w Mielcu rozgorzała dyskusja o budowie drogi do Dębicy. Nie do Rzeszowa, nie do Warszawy, ale do Dębicy. Czyli do autostrady. Koszt od miliarda do 1,5 miliarda, zależnie od wersji. A wersji jest trzy. Przedstawił je pan Marszałek Ortyl. A potem do przedstawiania dołączyli Prezydent, Starosta i burmistrz Przecławia. No i żeby było śmieszniej, żadna z wersji nie uzyskuje akceptacji społecznej.

Już dawno nie widziałem takiego emocjonalnego zaangażowania się władz wszelakich w jakiś projekt. Nie wiem dlaczego? Może dla odtrąbienia sukcesu? Jak do tej pory najlepiej nam idzie w Mielcu działalność kulturalna (piszę to bez ironii) , a inne tak jakby trochę utykają. No, takie zwykłe codzienne zarządzanie miastem i powiatem, bez jakiś fajerwerków. Chyba że nam szpital przeniosą do Rzeszowa – ale wtedy szybkie połączenie, które proponowałem, tym bardziej by się przydało.

Jak napisałem, nikt tych dróg w proponowanej wersji nie chce. To znaczy ci mieszkający po wschodniej stronie Wisłoki chcą, by wybrać wersję biegnącą po zachodniej stronie rzeki, a ci mieszkający po zachodniej stronie Wisłoki wolą, by wybrano wersję biegnącą jej wschodnią stroną.

Ci z zachodniej strony może by się zgodzili, ale jakby drogę poprowadzić wyłącznie lasami, na co raczej nie zgodzą się Lasy Państwowe. Podobnie zresztą myślą ci ze wschodniej strony Wisłoki. Ale Lasy Państwowe po wschodniej stronie też pewnie się nie zgodzą. Takie tereny piękne, leśne,  wartościowe przyrodniczo, nie daj Bóg. Nasza piękna Puszcza Sandomierska (żartuję, oczywiście, to tylko Mieleckie Lasy Przemysłowe. Ale też piękne)

Nikt jakoś w tej dyskusji nie bierze pod uwagę tego drobnego faktu, że w pewnym miejscy ta droga, obojętne w której wersji, przekroczy granicę powiatu mieleckiego, a tam też żyją ludzie podobnie myślący i co byśmy nie uradzili w naszym powiecie może być zakwestionowane w powiecie dębickim.

W tej całej dyskusji jakoś umyka też refleksja zasadnicza: a po co nam ta droga za półtora miliona, która tyle kontrowersji budzi?

Tak, wiem, obecna droga do Dębicy jest bardzo zatłoczona i trzeba rozładować ruch samochodów. Tyle tylko, że w  pobliżu tej drogi (także przy niej) mieszkają tysiące ludzi, którzy nią jadą do pracy w Mielcu i nadal będą nią jeździli, bo przy tej drodze mieszkają.

Powie ktoś, że będzie szybciej do autostrady. O ile? Może o 5 minut. 5 minut za półtora miliona.

Dzisiaj jechałem do Dębicy i liczyłem czas jazdy od ronda w Rzochowie do ronda w Pustyni. 21 minut. Jechałem o 8.30 a wracałem o 9.50. Spaliłem średnio 5,4 litra między Mielcem i Dębicą, na tym kawałku byłoby pewnie jeszcze mniej. Jeśli będę jechał szybszą drogą pięć minut krócej, spalę więcej.  

Odnoszę wrażenie, że władza chce uszczęśliwić kogoś na siłę. Albo może nie tak. Chce zrobić miły prezent mieszkańcom Mielca za półtora miliarda, który tak naprawdę niewiele mielczanom da, ale za to będzie na koszt mieszkańców podmieleckich wsi.

Ale czy na ich koszt? Bo cały powiat żyje z Mielca, z jego fabryk, urzędów, szpitala, to mógłby coś dać od siebie, no nie? Czyli pozwolić przeprowadzić drogę obok wsi, w której się mieszka.

Ale kto by z własnej woli na to pozwolił?

No to zaproponuję inne rozwiązanie: poprowadźmy drogę tunelem. Wtedy nikt nie będzie z drogą sąsiadował, nie trzeba będzie budować drogich mostów – dwóch – nad Wisłoką, bo tunel będzie pod Wisłoką, czas jazdy skróci się do 10 minut, a na czas wojny przybędzie nam miejsc schronienia, które warszawiacy mają w metrze, a my, nie mając innych, schowamy się w tunelu.

Bo Putin już podał termin wojny z Polską, a Mielec jest na liście celów ataku.

Więc zamiast budować drogę, zróbmy tunel – schron.

 

Wtedy wszyscy będą zaspokojeni. A w jakby co, będziemy w nim hodować pieczarki lub mieć piwnicę do trzymania wina.

 

 

 

 

piątek, 27 marca 2026

Daliśmy dzieciom do rąk granaty bojowe. Teraz chcemy ich ratować instrukcjami obsługi?

 


 

Kilka dni temu napisałem felieton pośrednio dotyczący hejtu, a bezpośrednio sprawy ograniczenia dostępu dzieci do platform społecznościowych.

Spotkał się z niewielkim zainteresowaniem czytelników, prawie dziesięciokrotnie mniejszym od felietonu o wykluczeniu komunikacyjnym Mielca.

 

Przewidywałem, że wielu ludzi nie rozumie problemu, innym sprawa jest obojętna lub wręcz są za, „bo dzieci nie miałyby co z sobą zrobić i zawracałyby głowy dorosłym”, a tak to mają Internet.

 

Oczywiście odezwało się parę osób, którym sprawa zarówno hejtu jak i dostępu dzieci do Internetu jest nieobojętna. Nie było wśród nich nikogo z władz. Też mnie to nie za bardzo zaskakuje. W końcu  władza dość namiętnie korzysta z Internetu, by wypromować siebie i swoje dokonania. Więc może chce, by dzieci ją oglądały na smart fonach? Czy tak, szanowna władzo?

 

Akurat moja odpowiedź na list od Prezydenta Leyko zbiegła się z wielce reklamowaną przez mieleckie media, szczególnie Korso,  i (niektóre) mieleckie siły polityczne, z udziałem kulturalnych instytucji miejskich, akcją dzieci (i nauczycieli) jednej z mieleckich szkół, zatytułowanej #niehejtuję. Ładnie ubrane na pomarańczowy (od niedawna trumpowy) kolor dzieciaki, z filmem pokazującym całe zło hejtu, wzruszały. Jak to dzieci.

 

Poczytałem o tej akcji, słusznej i potrzebnej, ale niewiele załatwiającej realnie, i takie mi przyszły do głowy myśli.

Pomyślałem, że ta pomarańczowa akcja uczniów to rozpaczliwa próba, zainicjowana zapewne przez dorosłych, mająca z jednej strony uświadomić dzieci , że hejt to zło, ale z drugiej strony ma uspokoić sumienia dorosłych. No, staramy się, próbujemy, coś robimy. Więcej nawet, niż inni. Ale sprawy załatwić do końca nie możemy.

 

Dobrze, że się staracie Państwo, choć rzeczywiście do końca załatwić sprawy sami nie możecie.

 

Bo sytuacja wygląda tak, że daliśmy dzieciom do rąk granaty bojowe, nie znając ich przeznaczenia i siły rażenia, a teraz w panice dajemy im do rąk instrukcje obsługi, wierząc, że są na tyle mądre i że nie zabiją siebie i innych.

 

Bo hejt zabija. Na różne sposoby. Ale nie tylko hejt. Także Internet zabija. Zabijają media społecznościowe. Zabijają, kaleczą psychikę dziecka, ale także degradują fizycznie jego mózg. On naprawdę gorzej się rozwija i dziecko w przyszłości jest mniej sprawne intelektualnie.

 

Pewnie taka akcja jest jakimś wyjściem awaryjne, ratunkowym.

Ale prawda jest taka, i trzeba ją przyjąć niezależnie od  tego, że będzie bardzo droga i trudna w realizacji , że jedynym ratunkiem dla naszych dzieci jest odebranie im tych granatów bojowych. Czyli ograniczenie dostępu do mediów społecznościowych.

 

Pewnie jestem jak ten biblijny głos wołający na pustyni, którego nikt prawie nie słyszy. Próbowałem zainteresować sprawą Korso, ale chyba mam w nim takie same „tyły”, jak i w hej.mielec . Słowem, pustynia.

Ale Korso przynajmniej ma piękne nekrologi. Oby nie musiało ich zamieszczać w związku z hejtowaniem dzieci przez dzieci.

 

 

 

 

A dalej to już tylko (i znowu) mój felieton sprzed dwu dni, którego mało kto przeczytał. Może tym razem będzie lepiej?

 

Piątego lutego tego roku wystosowałem do Pana Prezydenta Swoła list, w którym podniosłem problem  uzależnienia dzieci od platform społecznościowych oraz konieczności podejmowania – przy braku uregulowań prawnych, sejmowych czy rządowych – jakiś działań zapobiegawczych i edukacyjnych przez organy samorządowe, mające w swym władztwie szkoły podstawowe.

 

Napisałem m.in.: „Chodzi mi oczywiście o sprawę wychowania dzieci przez BigTechy zamiast przez rodziców, szkołę, czy nawet, choć coraz mniej licznie, przez Kościół.

Statystyki są porażające. ¼ nastolatków spędza w dni robocze ponad 7 godzin w Internecie,

58% dzieci z przedziału 7 – 12 lat korzysta z Internetu, czyli prawdopodobnie wielka część z nich ma jakieś konta, w tym aż 800 tys. dzieci ma konto na Tik Toku. Prawie 60 % z nich doświadczyło różnych form internetowej przemocy seksualnej

O wpływie powyższego na stan umysłów naszych dzieci piszą fachowcy. Są katastrofalne”.

 

Tytuł mojego felietonu nie wynika z treści pisma do Pana Prezydenta, jako że ja jestem zwolennikiem działań radykalnych, a walka z hejtem, uświadamianie dzieciom i rodzicom jego szkodliwości, są bardzo, bardzo potrzebną - ale tak naprawdę nie załatwiającą niczego, albo bardzo mało - działalnością edukującą społeczeństwo.

 

Akurat 19 marca dzieci naszych szkół podstawowych (SzP nr 3 i inne) przeprowadziły akcję #niehejtuję. Uczniowie - na znak, że nie akceptują hejtu w swoim otoczeniu - ubrali się na pomarańczowo. Do akcji dołączyli m.in. nauczyciele i pracownicy placówki.

 

Doceniając tę działalność nie sposób nie zauważyć, że walka z hejtem, jakby nie była słuszna, ma wielki sens i konieczność  tylko wtedy, gdy dzieci mają w ręku smartfony, a w nich nieograniczony dostęp do mediów społecznościowych.

Gdyby dzieci szkół podstawowych nie miały dostępu do platform społecznościowych, jak to zrobiono choćby w Australii i jak to się już robi w innych krajach, natężenie walki z hejtem w Internecie zapewne zmalałoby wielokrotnie, choć zapewne nie zniknęłoby wcale.

Może np. przeniosłaby się do hejtu w relacjach człowiek - człowiek, czyli tzw. plotek szeptanych.

 

Mój list do Pana Prezydenta postulował to, co władze miasta rzeczywiście robią – edukacja, edukacja, edukacja. Tak wynika z odpowiedzi na mój list, którą otrzymałem od Pana Prezydenta Leyko.

Pan Prezydent wskazywał w piśmie na przykłady takich działań, jak choćby udział pedagogów i psychologów szkolnych w konferencjach profilaktycznych dotyczących zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży, dyrektorów i wicedyrektorów szkół w Kongresach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej w temacie „Ochrona dzieci i młodzieży w cyfrowym świecie” czy „szacunek i odporność społeczna – edukacja wobec hej tu, AI i wyzwań przyszłości”.

Jako przykład kompleksowych szkoleń i warsztatów dla wszystkich grup społeczności szkolnej były organizowane w ostatnim czasie w kilku szkołach działania Fundacji HejtOFF.

 

Chwała władzom za te działania. Oglądnąłem sobie materiały Fundacji HejtOFF i onee tylko potwierdziły mój wniosek przedstawiony powyżej: uczą jak walczyć z hejtem.

I tyle. I fajnie. Tyle tylko, że nie są to sposoby na ograniczanie uzależnienia od Internetu, od mediów społecznościowych, które u dzieci wprost degraduje trwale mózgi. Tłumaczy, że hejt jest be, że szkodzi, że prowadzi do samobójstw. No i dobrze.

Tylko że to nie spowoduje, że dziecko, trzymając w ręku telefon, nie skusi się, by komuś ze znajomych dokopać, na kogoś napluć, zmieszać z błotem etc.

 

Od czasu napisania mojego listu do Pana Prezydenta zmieniło się to, że – odsądzana od czci i wiary, choćby za wychowanie zdrowotne – pani minister Nowacka wprowadza zakaz korzystania z telefonów w szkołach podstawowych. To fajnie. Ale to nie załatwia najważniejszej sprawy. Konieczny jest prawny zakaz korzystania z platform społecznościowych przez dzieci szkół podstawowych i stworznie przepisów do egzekucji tego zakazu.

Wiadomo, że takie prace w Sejmie trwają i podobno jest konsensus obu stron politycznego frontu. Zobaczymy, co się zdarzy. Oby nie było tak, że po uchwaleniu w Sejmie, zatwierdzeniu w Senaciee, pan ambasador Rose obieca Prezydentowi Nawrockiemu, że oni takie algorytmy stworzą, że będą chronić polskie dzieci i żeby ustawy nie podpisał.

Mam nadzieję, że tak się nie stanie, aleje nie wykluczam tego.

 

Ale jeśli się stanie, to dopiero rozpocznie się wielka praca naszych szkół, ich kadry pedagogicznej, naszych prezydentów, burmistrzów, ale i rodziców, by jakoś zmienić życie dzieci oderwanych od smart fonów, by je wypełnić nową treścią, może książkami, może spotkaniami w realu, może wspólnymi, organizowanymi imprezami, by nie zgłupiały bez Internetu do końca, nie pobłądziły w tym świecie, gdzie dla wielu z nich drogowskazami byli patoinfluenserzy, gdzie mogły rozwijać swoją seksualność na bez problemu osiągalnym portalu pornhub czy w rozmowach z groomingami, zamiast na wyklinanej lekcji wychowania zdrowotnego.

 

Wierzę, że panowie Prezydenci, dyrektorzy szkół dostaną taką okazję, by się wykazać przed rodzicami, ze dają radę problemowi. Ale także, ze uświadomią rodzicom, że eteż muszą uczestniczyć w tym procesie. Z zaangażowaniem większym, niż kadra ucząca.

No bo są rodzicami.

 

Ps. Ze względu na niechęć do pisania rozwlekle, a dzisiaj ludzie nie lubią dużo czytać, wszystkich, którzy są ciekawi makabrycznych zagrożeń płynących z uzależnienia dzieci od mediów społecznościowych polecam Raport Klubu Jagielońskiego w tej sprawie. Poniżej adres do tego raportu, a jeszcze niżej kilka wyjątków z jego wstępu. Raport jest długi, ma ok. 90 stron.

 

https://klubjagiellonski.pl/wp-content/uploads/2025/05/zatrzymac-smartwice-raport-klub-jagiellonski-2025.pdf

 

5. Od około 2010 r. obserwuje się systematyczny spadek dobrostanu psychicznego wśród młodszych pokoleń. Wcześniej wzorce zdrowia psychicznego były różne w zależności od

regionu. Jednak od 15 lat sytuacja ulega zmianie globalnie, a młodsze pokolenia zaczęły doświadczać coraz większych problemów psychicznych. Ten spadek dobrostanu zbiegł się

z upowszechnieniem smartfonów i Internetu.

6. Wzrost liczby odnotowywanych przypadków problemów takich jak depresja, stany lękowe, samotność, samookaleczenia czy samobójstwa zdaniem wielu autorów nie wynika jedynie

z większej świadomości społecznej zjawisk ani redukcji stygmatyzacji problemów zdrowia psychicznego, ale świadczy po prostu o większej liczbie zachorowań. Wskazuje się, że

jednym z głównych katalizatorów tego kryzysu jest korzystanie ze smartfonów, w tym w szczególności z mediów społecznościowych.

 

10. Jednym z najbardziej znaczących efektów późniejszego posiadania pierwszego smartfonu jest zmniejszenie liczby myśli i intencji samobójczych. U kobiet, które otrzymały swój pierwszy smartfon w wieku 6 lat, średnia intensywność tych myśli wynosiła 5,8 w dziewięciopunktowej skali (gdzie wyższe wartości oznaczają większy wpływ na zdolność do funkcjonowania).

W przypadku kobiet, które dostały smartfon w wieku 18 lat, wartość ta spadała do 3,6

 

22. Co czwarty polski nastolatek ma od pięciu do ośmiu kont na portalach i platformach społecznościowych, a o 36% posiada nawet więcej niż osiem takich kont.

  

Ps2. Podkarpacie jest na pierwszym miejscu Polsce gdy chodzi o uzależnienie od Internetu dzieci klas szóstych i młodzieży szkół średnich. (na takiej grupie ktoś robił badania)

 

 Ps3. O małej skuteczności apeli o ograniczenie hejtu może chyba świadczyć apel, jaki hej.mielec zamieściło na swojej stronie w roku 2019. Czy miał on jakiś wpływ na czytelników portalu? Wątpię. Choć fakty zna pan redaktor naczelny, który także włączył się w akcję dzieci ze SzP nr 3 przeciwko hejtowi

 

 

 

 

 

czwartek, 26 marca 2026

Z Panem Prezydentem Mielca o hejcie i beznadziejnej z nim walce.

 


 

Piątego lutego tego roku wystosowałem do Pana Prezydenta Swoła list, w którym podniosłem problem  uzależnienia dzieci od platform społecznościowych oraz konieczności podejmowania – przy braku uregulowań prawnych, sejmowych czy rządowych – jakiś działań zapobiegawczych i edukacyjnych przez organy samorządowe, mające w swym władztwie szkoły podstawowe.

 

Napisałem m.in.: „Chodzi mi oczywiście o sprawę wychowania dzieci przez BigTechy zamiast przez rodziców, szkołę, czy nawet, choć coraz mniej licznie, przez Kościół.

Statystyki są porażające. ¼ nastolatków spędza w dni robocze ponad 7 godzin w Internecie,

58% dzieci z przedziału 7 – 12 lat korzysta z Internetu, czyli prawdopodobnie wielka część z nich ma jakieś konta, w tym aż 800 tys. dzieci ma konto na Tik Toku. Prawie 60 % z nich doświadczyło różnych form internetowej przemocy seksualnej

O wpływie powyższego na stan umysłów naszych dzieci piszą fachowcy. Są katastrofalne”.

 

Tytuł mojego felietonu nie wynika z treści pisma do Pana Prezydenta, jako że ja jestem zwolennikiem działań radykalnych, a walka z hejtem, uświadamianie dzieciom i rodzicom jego szkodliwości, są bardzo, bardzo potrzebną - ale tak naprawdę nie załatwiającą niczego, albo bardzo mało - działalnością edukującą społeczeństwo.

 

Akurat 19 marca dzieci naszych szkół podstawowych (SzP nr 3 i inne) przeprowadziły akcję #niehejtuję. Uczniowie - na znak, że nie akceptują hejtu w swoim otoczeniu - ubrali się na pomarańczowo. Do akcji dołączyli m.in. nauczyciele i pracownicy placówki.

 

Doceniając tę działalność nie sposób nie zauważyć, że walka z hejtem, jakby nie była słuszna, ma wielki sens i konieczność  tylko wtedy, gdy dzieci mają w ręku smartfony, a w nich nieograniczony dostęp do mediów społecznościowych.

Gdyby dzieci szkół podstawowych nie miały dostępu do platform społecznościowych, jak to zrobiono choćby w Australii i jak to się już robi w innych krajach, natężenie walki z hejtem w Internecie zapewne zmalałoby wielokrotnie, choć zapewne nie zniknęłoby wcale.

Może np. przeniosłaby się do hejtu w relacjach człowiek - człowiek, czyli tzw. plotek szeptanych.

 

Mój list do Pana Prezydenta postulował to, co władze miasta rzeczywiście robią – edukacja, edukacja, edukacja. Tak wynika z odpowiedzi na mój list, którą otrzymałem od Pana Prezydenta Leyko.

Pan Prezydent wskazywał w piśmie na przykłady takich działań, jak choćby udział pedagogów i psychologów szkolnych w konferencjach profilaktycznych dotyczących zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży, dyrektorów i wicedyrektorów szkół w Kongresach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej w temacie „Ochrona dzieci i młodzieży w cyfrowym świecie” czy „szacunek i odporność społeczna – edukacja wobec hej tu, AI i wyzwań przyszłości”.

Jako przykład kompleksowych szkoleń i warsztatów dla wszystkich grup społeczności szkolnej były organizowane w ostatnim czasie w kilku szkołach działania Fundacji HejtOFF.

 

Chwała władzom za te działania. Oglądnąłem sobie materiały Fundacji HejtOFF i onee tylko potwierdziły mój wniosek przedstawiony powyżej: uczą jak walczyć z hejtem.

I tyle. I fajnie. Tyle tylko, że nie są to sposoby na ograniczanie uzależnienia od Internetu, od mediów społecznościowych, które u dzieci wprost degraduje trwale mózgi. Tłumaczy, że hejt jest be, że szkodzi, że prowadzi do samobójstw. No i dobrze.

Tylko że to nie spowoduje, że dziecko, trzymając w ręku telefon, nie skusi się, by komuś ze znajomych dokopać, na kogoś napluć, zmieszać z błotem etc.

 

Od czasu napisania mojego listu do Pana Prezydenta zmieniło się to, że – odsądzana od czci i wiary, choćby za wychowanie zdrowotne – pani minister Nowacka wprowadza zakaz korzystania z telefonów w szkołach podstawowych. To fajnie. Ale to nie załatwia najważniejszej sprawy. Konieczny jest prawny zakaz korzystania z platform społecznościowych przez dzieci szkół podstawowych i stworznie przepisów do egzekucji tego zakazu.

Wiadomo, że takie prace w Sejmie trwają i podobno jest konsensus obu stron politycznego frontu. Zobaczymy, co się zdarzy. Oby nie było tak, że po uchwaleniu w Sejmie, zatwierdzeniu w Senaciee, pan ambasador Rose obieca Prezydentowi Nawrockiemu, że oni takie algorytmy stworzą, że będą chronić polskie dzieci i żeby ustawy nie podpisał.

Mam nadzieję, że tak się nie stanie, aleje nie wykluczam tego.

 

Ale jeśli się stanie, to dopiero rozpocznie się wielka praca naszych szkół, ich kadry pedagogicznej, naszych prezydentów, burmistrzów, ale i rodziców, by jakoś zmienić życie dzieci oderwanych od smart fonów, by je wypełnić nową treścią, może książkami, może spotkaniami w realu, może wspólnymi, organizowanymi imprezami, by nie zgłupiały bez Internetu do końca, nie pobłądziły w tym świecie, gdzie dla wielu z nich drogowskazami byli patoinfluenserzy, gdzie mogły rozwijać swoją seksualność na bez problemu osiągalnym portalu pornhub czy w rozmowach z groomingami, zamiast na wyklinanej lekcji wychowania zdrowotnego.

 

Wierzę, że panowie Prezydenci, dyrektorzy szkół dostaną taką okazję, by się wykazać przed rodzicami, ze dają radę problemowi. Ale także, ze uświadomią rodzicom, że eteż muszą uczestniczyć w tym procesie. Z zaangażowaniem większym, niż kadra ucząca.

No bo są rodzicami.

 

Ps. Ze względu na niechęć do pisania rozwlekle, a dzisiaj ludzie nie lubią dużo czytać, wszystkich, którzy są ciekawi makabrycznych zagrożeń płynących z uzależnienia dzieci od mediów społecznościowych polecam Raport Klubu Jagielońskiego w tej sprawie. Poniżej adres do tego raportu, a jeszcze niżej kilka wyjątków z jego wstępu. Raport jest długi, ma ok. 90 stron.

 

https://klubjagiellonski.pl/wp-content/uploads/2025/05/zatrzymac-smartwice-raport-klub-jagiellonski-2025.pdf

 

5. Od około 2010 r. obserwuje się systematyczny spadek dobrostanu psychicznego wśród młodszych pokoleń. Wcześniej wzorce zdrowia psychicznego były różne w zależności od

regionu. Jednak od 15 lat sytuacja ulega zmianie globalnie, a młodsze pokolenia zaczęły doświadczać coraz większych problemów psychicznych. Ten spadek dobrostanu zbiegł się

z upowszechnieniem smartfonów i Internetu.

6. Wzrost liczby odnotowywanych przypadków problemów takich jak depresja, stany lękowe, samotność, samookaleczenia czy samobójstwa zdaniem wielu autorów nie wynika jedynie

z większej świadomości społecznej zjawisk ani redukcji stygmatyzacji problemów zdrowia psychicznego, ale świadczy po prostu o większej liczbie zachorowań. Wskazuje się, że

jednym z głównych katalizatorów tego kryzysu jest korzystanie ze smartfonów, w tym w szczególności z mediów społecznościowych.

 

10. Jednym z najbardziej znaczących efektów późniejszego posiadania pierwszego smartfonu jest zmniejszenie liczby myśli i intencji samobójczych. U kobiet, które otrzymały swój pierwszy smartfon w wieku 6 lat, średnia intensywność tych myśli wynosiła 5,8 w dziewięciopunktowej skali (gdzie wyższe wartości oznaczają większy wpływ na zdolność do funkcjonowania).

W przypadku kobiet, które dostały smartfon w wieku 18 lat, wartość ta spadała do 3,6

 

22. Co czwarty polski nastolatek ma od pięciu do ośmiu kont na portalach i platformach społecznościowych, a o 36% posiada nawet więcej niż osiem takich kont.

  

Ps2. Podkarpacie jest na pierwszym miejscu Polsce gdy chodzi o uzależnienie od Internetu dzieci klas szóstych i młodzieży szkół średnich. (na takiej grupie ktoś robił badania)

 

 Ps3. O małej skuteczności apeli o ograniczenie hejtu może chyba świadczyć apel, jaki hej.mielec zamieściło na swojej stronie w roku 2019. Czy miał on jakiś wpływ na czytelników portalu? Wątpię. Choć fakty zna pan redaktor naczelny, który także włączył się w akcję dzieci ze SzP nr 3 przeciwko hejtowi

 

 ps4 zdjęcie ze strony https://www.edziecko.pl/starsze_dziecko/7,79350,24789763,grooming-patostreamy-i-spolka-na-co-narazone-sa-dzieci-w.html

 

Robi się coraz ciekawiej. Z drogą 985 i ze szpitalem.

  Zdjęcie Nowiny24 z protestu pracowników szpitala w 2014 roku przeciwko niskim płacom. Teraz płace są drastycznie wyższe, ale protesty są...