niedziela, 8 lutego 2026

Recenzja (będąca prologiem) zbioru wierszy „Summa…”, autorstwa Ryszarda Mścisza

 


Boski ruch i szczęścia zatrzymanie

 

Za sprawą Boskiej tajemnicy, którą asymilujemy w swoim życiu (i poprzez nie), w pulsie bliskich serc, objęciach czułej pamięci i nawet w cieniu kresu życia dojrzewa szczęście, które trzeba łowić, pielęgnować, umieć przeżyć. W bogatym zbiorze poezji Andrzeja Talarka Summa… osiąga ono wymiar dostępnego ludzkiego doświadczenia oraz głębię filozoficznego oglądu rzeczy i wnikania w siebie, które prowadzi do tej dostępnej człowiekowi samowiedzy. W wierszu Wszystko jest tak jak ma być te próby szukania istoty, jądra egzystencji prowadzą do konstatacji: „Wszystko było tak jak miało być/ i wszystko jest tak jak ma być/ bo inaczej nie byłbym szczęśliwy”. Jej zwerbalizowanie wymaga wszakże lat życiowych doświadczeń, faustycznej wręcz życiowej wędrówki i dojrzewania do prawdy („dopóki dąży, błądzi człowiek”), a także ciągłego zadawania pytań, które czasem niosą odpowiedzi, czasem zaś są wartością same w sobie: „Powracające pytania/ o sens i drogę/ na początku poszukujące/ na końcu retoryczne”.

Summa… Andrzeja Talarka to 86 wierszy, które podzielone są na 5 cykli: Żywioły, Czekając na życie, Moje codzienności, Wieś we mnie oraz W czasie i poza nim. Siłą rzeczy wybiórcze omówienie może jedynie dotknąć zarówno poetyckiego świata myśli, jak twórczej formy. Drogi do osiągnięcia stanu, który Leopold Staff określił „pogodny mądrym smutkiem”, są u Andrzeja Talarka różne. Miłość do bliskich (żony, dzieci, wnuków), wiara

w Boga (wszakże często daleka od „wiary naiwnej”), radość twórcza, optymistyczna filozofia życia (choć nie w duchu Panglossa z Kandyda Woltera i zarazem Leibniza – „wszystko jest najlepsze na tym najlepszym ze światów”), zapewne także pewna konstrukcja psychiczna, która łączy się z wychowaniem, środowiskiem z lat dziecięcych.

Nieobce są Talarkowi odwołania i konotacje biblijne. Na przykład w wierszu Wrastanie wyraźny wydaje się przypowieściowy, mądrościowy charakter rozważań, język jest stylizowany na Biblię. Tajemna (dla człowieka) istota natury, jej doskonałość, Boska wielkość, „istność” i małość ludzkiej niewiedzy, ograniczoność myśli to wyznaczniki naszego osadzenia w świecie i ułomnego postrzegania, które wszakże rodzi w człowieku taką myśl: „dlaczego są pytaniem trawa malwa i drzewo/ trzcina wiatrem wygięta moje w niebo wrastanie”. Obrazowy i metaforyczny, wymowny obraz rodzenia się wiary – jak rodzenia się człowieka – odnajdziemy w utworze Wiara. Mamy tu pomruki, skowyt utajonej wiary i wymowne, wieloznaczne spotkanie z „zakamuflowanym” Chrystusem, który jest „jak z krzyża zdjęty”, nędzny i cierpiący, ale ożywia się wobec rozbudzania się wiary w człowieku, możliwości prowadzenia go ku niej. W tym i innych wierszach (jak choćby Uśmiech Boga) dochodzi do głosu różewiczowski dylemat, wymiar wiary – traconej i odzyskiwanej (jak w jego wierszach Cierń czy Bez).

Miłość do bliskich staje się u poety ostoją człowieczeństwa, wiary, a także owej pogody ducha, do której świadomie dąży. W pełnym uroku i pięknej metaforyki wierszu poświęconym żonie (Żona) kryją się myśli o wymiarze zarówno bardzo osobistym,

wręcz intymnym, jak i uniwersalnym: „Moja żona jest/ i nie ma ważniejszego zdania na tym świecie”; „W jej dłoniach mieszczą się nasze dzieci/ dom pies moje myśli dotyka ich łagodnie”. Podobnie wzruszające i mądre zarazem słowa dedykuje swojej matce, choć

– na zasadzie pewnego paradoksu – stwierdza, iż nie poświęcił jej takich poetyckich słów, na jakie by zasługiwała: „Nie napisałem dla Niej wiersza na miarę/ bo słowa były za małe aby opisać/ Jej wielkość”. Pod tym względem twórczej „sprawczości” matka jest niczym Bóg: „I tylko Bogu jeszcze/ nie napisałem słów na miarę”. Wiersze poświęcone dziadkom, synowi, wnukowi i te dedykowane Kasi, wnukom, Zosi, Marysi, Kazikowi, Heli, Ani, Radkowi mają

wiele intymnego ciepła, ale także owej empatii, chęci wczuwania się w ich uczucia, które niejednokrotnie prowadzi co patrzenia ich oczami, prowadzenia swoistego (wykreowanego) dialogu z nimi. W wierszu Pytanie taki dialog przynosi nader ciekawe przemyślenia. Podmiot mówiący zadaje dzieciom pytanie, dlaczego tak późno przyszły – wszak nie doczeka ich pięknych (dorosłych) chwil w życiu. One zaś odpowiadają, iż przyszły w jedynej możliwej,

najwłaściwszej chwili: „ta wąziutka szczelinka czasu/ otworzona przez Boga/ stworzyła nasze dłonie i oczy/ tworzy nasze myśli”.

Wnuki poety są w jakiejś mierze jego twórczymi muzami, stymulatorami poczynań w tym względzie. W autotematycznym wierszu Jaśminowo podmiot mówiący odkrywa w sobie – dzięki nim – prawdziwą twórczą wielkość, staje się wręcz czarodziejem czy stwórcą: „jestem bajkoopowiadacem/ zmyślaczem niestworzonego/ więc dla dzieci twórcą/ czymś na kształt czarodzieja/ albo nawet stwórcy”. Ma nawet władzę nad snami dzieci dzięki „umiejętności bajkowania świata”.

Ruch, wędrowanie (dosłownie i w sensie symbolicznym) to dla Andrzeja Talarka nader istotny atrybut poetyckiego świata. On pozwala dojrzewać, widzieć więcej i lepiej, smakować życie, wychodzić poza siebie i zaglądać w głąb siebie, dokonywać swoistej wiwisekcji. W wierszu Ruch pojawiają się wręcz elementy profetyzmu z tym związane – mowa jest o „wszechruchu” świata ludzi i zwierząt. Podkreśla także tę jego wartość utwór Na początku…, dedykowany Kazikowi. Robienie czegoś, aktywność przeciwstawione są negatywnemu brakowi działania: „jesteś  ucieleśnieniem ruchu (…) jesteś boski”.

Oczekiwanie na narodziny, na życie, a nawet na śmierć, stają się także ostoją egzystencji, źródłem duchowej harmonii. W Krokach, dedykowanych Radkowi, mamy wsłuchiwanie się w nieistniejące jeszcze jego kroki, potem ciszę i miękkość dotyku istnienia,

wreszcie „radość błękitną”. Życie w jego trwaniu, nieustanych początkach pokazuje poeta w dedykowanym Ani wierszu Kropeczka. Określa ją jako „dopełnienie wszystkiego/ co robiłem idąc/ w to miejsce mojego czasu”, finalnie zaś konstatuje: „Cała moja droga/ ma twoje zakończenie”. Ta cisza oczekiwania, intymna cisza bliskich serc, jest niczym wyciszenie, konsolacja, którą przynosi natura. Unifikacja, zespolenie z naturą, jakaś symbioza, wcielenie

się w nią ma miejsce w dedykowanym Kazikowi wierszu Cisza. Poeta odnajduje tu w sobie prawdziwą, wolną od cywilizacyjnego szumu mądrość, osnowę rzeczy: „W ciszy leśnej myślę szumem drzew/ śpiewem ptaków”; „słowa moich myśli zbyt małe/ by wpisać ciebie w szelest/ nadchodzący”.

Kreśląc zręby swojej osobowości w wierszu Wiem, kim jestem, poeta dokonuje swoistej autoprezentacji: podaje pewne dane osobowe, mówi o zainteresowaniach i konstrukcji psychicznej, wartościach, którymi żyje, pewności i niepewności, mieszance

spokoju i zwątpienia, która mu towarzyszy: „wątpię więc jestem/i boję się/ wątpię bo jestem/ człowiekiem małej wiary”. Szukając w sobie twórczej iskry Bożej, pierwocin osobowego i artystycznego „ja”, w wierszu Zawracam poeta stwierdza: „Słowa rodzi mi stajenka/ i pole aż po las dalekie/ a śmierć pośród pól/ je zbiera”. Mamy tu obraz tworzenia, rodzenia się słów lekkich jak ptaki budujące gniazda, „puchu słów”. Jednakże poeta mówi też, iż owa lekkość słów nie była mu dana od razu, nie pojawiła się naturalnie, samoistnie: „Jestem z gliny/ ulepiony ciężką chłopską dłonią/nie z prochu ziemi lekkiego Bożym tchnieniem”. Wymowność obrazu, procesu rozbudzania słów, źródeł inspiracji – wiary i życia, „twórczy” dualizm, kontrastowy obraz życia i śmierci obecne w tym wierszu stają się rękojmią osobowości poety. Poety, który potrafi wydobywać dla wnuków pogodne, ciepłe opowieści z wewnętrznej „chłodni” (wiersz Lodownia) i przeżywać oraz oddawać ekstatyczną radość z chwili, które jeszcze pozwala wykrzesać z siebie siły fizyczne, twórcze, duchowe: „Jestem szczęśliwy zdarzeniami/ z mozaiki zmagań z czasem” (Wciąż jestem).

„Chłopskość”, która została poecie zaszczepiona, ma jakiś archetypiczny wymiar, leży u podstaw jego osobowości, została unaoczniona, na swój sposób „zdefragmentowana” w cyklu wierszy Wieś we mnie, na który składają się między innymi wiersze: Płoty, Jaskółki, Kobyła, Psiak, Kopki, Zagony czy Pastuch. W Zagonach mamy cały sztafaż chłopskiego losu, pojawiają się także „refleksy” biblijne, które odzwierciedlają się w owej prostej księdze życia.

Dróżki, ścieżki, aleje, wertepy, ale też drogi o znaczeniu przenośnym, symbolicznym („to także słowo uczucie podanie ręki (…) początek i koniec rozmowy/ miłości/ początek i koniec/ z życiem pośrodku”) z wiersza Droga łączą się z uciekaniem „wzrokiem za wioskowy horyzont gdzie konie/ swobodne jak marzenie” (Słyszę tętent koni). Z drugiej strony mamy uosobienie porządku (wręcz wojskowego), piękno i spokój, senność znaczącą pracowite realia

jako istotę chłopskiej egzystencji (Kopki). W tym prostym świecie za pan brat z naturą, w którym psie „oczy są takie ludzkie/ jakbym widział oczy dziecka” (Psiak), a krowa epigonka” – „przeżuwa czas dawno miniony/ zielony śliną młodości” (Krowa polna), życie toczy się harmonijnie i bezpiecznie.

Wszakże płynie korytami, jakie wyznacza czas, poeta – jak wszyscy – mu podlega. W wierszu Moje wiosny wyznaje: „Przepływają przeze mnie kluczami ptaków/ wybudzane z odrętwienia zimy”, zaś w utworze Wino: „Chciałbym smakować życie jak wyborne wino”. Wciąż pragnie cieszyć się życiem, czerpać z jego zasobów, chociaż wiek ma swoje prawa i nie jest tak, jak było w młodych latach: „a jednak/ choć każdego ranka budzi mnie jakiś ból/ mniejszy lub większy/ przypominając o trwaniu/ o istnieniu/ to cierpiąc/ chcę istnieć i trwać/ bo to jest piękne” (wiersz Trwanie). Pragnienie życia musi obcować z wizją śmierci, myśleniem o niej, rodzeniem się pytań natury eschatologicznej. W wierszu Jeszcze tylko zapach końca podmiot mówiący formułuje pytanie retoryczne: „czy ujmę dłoń/ której ślubowałem na wieki”, zaś w Schodach, ujmujących metaforycznie różne etapy życia, stwierdza: „trudno pokonać ostatni stopień/ zatrwożenie wielkością przestrzeni/ zamyka się nieskończona za nami/ gdy idziemy pod rękę z cieniami doliny”.

Uroki życia w różnych jego odsłonach, które poezja Andrzeja Talarka oddaje, te, które wybiórczo odkryłem, wspierają barwne, sugestywne obrazy Natalii Talarek-Oswald i Tomasza Mrozowskiego. Recepcja poezji z tomu Summa… jest dzięki temu wzbogacona, poniekąd zwielokrotniona. To „kompendium” poetyckiego świata, jakie proponuje nam poeta, przyniesie każdemu czytelnikowi własne odkrycia, umożliwi swoje podejście do przybliżonych przeze mnie problemów i utworów, ale także odkrycie wielu innych, które w tym obszernym zbiorze się znalazły. Zachęcam wszystkich do zajrzenia do intrygującego poetyckiego świata Andrzeja Talarka, który deklaruje, iż „dostał więcej niż oczekiwał/ więc stara się zdążyć” (słowa z wiersza Przepisywane z testamentu).

Ryszard Mścisz

 

 

wtorek, 3 lutego 2026

Kalesonowa

  

 

Jaskinia Studnisko 2013 rok - autor kubush

 

 Zmienia się nam język, zmienia się znaczenie pojęć. To co kiedyś było oczywistą oczywistością, dzisiaj zupełnie zostało zapomniane lub funkcjonuje co najwyżej jako relikt językowy we wspomnieniach dziadeczków lub babć, albo, w najlepszym razie, gdy nie wypadło z języka używanego na co dzień, stało się pojęciem tak wieloznacznym, że w sumie nic nie znaczącym, jak choćby słowo rewolucja.

Ja jednak dzisiaj nie o zawiłościach języka, bo od tego są panowie profesorzy Miodek i Bralczyk. Ja dzisiaj o kalesonach i wywiedzionej z tego pojęcia nazwie jaskini: Kalesonowa.

 

Nie wiem, czy młodzi ludzie wiedzą, co to kalesony. Sam w ich miejsce, choć bardzo rzadko, zakładam elastyczne getry. I ciepło i wygoda. Więc pewnie to słowo umiera lub już umarło.

Kiedyś kalesony to był prawie obowiązkowy element męskiej bielizny zimowej. Długie, bawełniane, białe gacie, z rozporkiem z przodu, które w wielkie mrozy wkładało się pomiędzy spodnie. a slipy czy spodenki. Żeby było ciepło. Ich białe nogawki często było widać nad skarpetkami, które także nie były takie elastyczne i prawie jednorazowe jak teraz.

Tak ja się cerowało skarpetki, tak też zszywało się kalesony, by jak najdłużej służyły.

 

Ich podstawową wadą był kolor. Biały. Niestety, mocz jest żółtawy. No i wszystko wiadomo. Po praniu stawały się coraz lichsze, bardziej żółte, a okolice rozporka to już całkiem wyglądały fatalnie. Powie młodzież: można było wyrzucić. No, można. Ale potem trzeba było kupić następne, a był okres, kiedy to naprawdę nie było proste.

 

Może z racji powszechnej (choć głównie męskiej, bo kobiety tylko prały kalesony we franiach) świadomości istnienia tego męskiego stroju, a może z racji jego rozmiarów, ściśle przylegających do łydek i ud, no i może trochę z racji jego biało żółtego koloru, jego nazwa jako pierwsza nasunęła się męskiemu odkrywcy przedziwnej konstrukcji skalnej w Podlesicach koło Zawiercia. 

 

Pewnie było tak, bo przekazy o tym milczą, że jak znalazł tę dziurę w ziemi pierwszy grotołaz i do niej wpełznął, a potem okazało się, że nie mógł z niej za nic w świecie wypełznąć z powrotem, najpierw się śmiał, potem był coraz mniej wesoły, wreszcie zafrasował się straszliwie. Bo nie wiedział co dalej. Jeśliby pełzł do przodu, mogłoby się okazać, że nie ma z tej dziury wyjścia i a nie ma miejsca na zrobieniu obrotu o 180 stopni, by wypełznąć z powrotem do wejścia. Bo w jaskini owej ruch mógł być tylko taki, jak w założonych na męskie nogi kalesonach porusza się, no, powiedzmy, mrówka. Albo pchła. Wyżej … nie podskoczysz. Cały czas na brzuchu. No, nie tylko. Na piersiach i udach, zdzierając czubki cholernie drogich wtedy butów turystycznych, górskich.

 

Na dodatek ta ciemność. Biało żółta. Bo to skała wapienna. To znaczy kolor był mało widoczny i został rozpoznany nieco później. Bo coś takiego jak lampa czołówka nie istniało. Tylko górnicy w kopaniach węglowych Śląska takie mieli, zasilane z wielkiego akumulatora przytroczonego do paska. Grotołazom zostawała licha latarka na baterie płaską 4,5 Volta.

 

Więc jak już nasz pierwszy eksplorator postanowił, że jednak się wycofa, bo nie wiadomo, co go tam dalej czeka i może już na zawsze zostanie w dziurze, do której żadne pogotowie ratunkowe nie dotrze, koledzy stojący na zewnątrz jako pierwsze zobaczyli buty i kalesony. I tak się zaczęli śmiać (jak to studenci), że postanowili jaskinię nazwać Kalesonowa.

Tak jak żona Kalesona. Bo tak się wtedy mówiło: Talarek, Talarkowa.

I nikt się z nazywaczy nie zastanowił, że kalesony są wyłącznie w liczbie mnogiej. A pojedyncza, ten kaleson, nie istnieje. No cóż, ale to byli studenci Politechniki. Więc można im wybaczyć.

 

I tak odkryłem przed Państwem samą jaskinię, o której więcej będzie poniżej, jak i perypetie z jej nazwaniem.

Ale jak już ją odkryto i nazwano, to wtedy w Gliwicach założono Akademicki Klub Grotołazów, do którego, nie razem, nie w tym samym czasie, zapisał się Belfegor, a potem Tomek i ja.

 

A jak już się zapisaliśmy, to zostaliśmy kursantami. Przed nami była nauka eksploracji jaskiń i nauka wspinania skałkowego. Bo w jaskiniach nie tylko porusza się na brzuchu w tak zwanych zaciskach, choć to ważna umiejętność, ale także wspina skałkowo i zjeżdża na linach.

No i przyszedł dzień, kiedy po porcji wiedzy teoretycznej pojechaliśmy w Skałki Zawierciańskie. W Podlesicach jest wielki kompleks wapiennych skał, zwany Górą Zborów, głównie służących wspinaniu, ale znajdowała się tam także nasza jaskinia. Kalesonowa właśnie.

 

Wyjeżdżaliśmy z Gliwic w „Skałki” w sobotę po zajęciach na Politechnice. Pociągiem do Zawiercia, a potem zapchanym do niemożliwości pekaesem do Kroczyc czy Podlesic.

Tak było naszym pierwszym razem.

Zaraz po przyjeździe instruktor powiedział: zaczynamy. Zrzuciliśmy szpeje w jednym miejscu i wio. Pierwszy był Tomek. Zawsze był odważniejszy i silniejszy. Przez chwilę widziałem jego pionierki, potem nastała cisza. Po jakimś czasie, trwało to kilkanaście minut,  usłyszałem wielki ryk śmiechu zza skał, gdzie przy „Rozporku” usadowili się cwaniacy, który już kiedyś te dziurę pokonali. Zatkali wylot jakimiś pniakami i biedny Tomek, jak już tam się pojawił, musiał te narzuty odwalić, by wyczołgać się na powierzchnię. Wyglądał jak młynarz albo kanalizator po wypełznięciu z suchego ścieku.

 

Potem przyszła kolej na mnie.

Wcześniej przypominałem sobie intensywnie, czy nie mam lęku ciasnych pomieszczeń, zwanego klaustrofobią. Bo jakby tak dopadło mnie coś w środku, jakaś duszność, poty, kołatanie serca, połączone z panicznym lękiem, że już z tej dziury nie wyjdę, nie byłoby ciekawie. Chyba jednak w przeszłości nic nigdy podobnego mnie nie spotkało.

Andrzej, masz lęk ciasnych pomieszczeń – zapytał Lech, nasz instruktor. Bo jak masz, to spadaj. Chyba nie mam – odpowiedziałem.

No to właź. I wlazłem.

Na początku było tak, jak pisałem. Dziura, na szczęście sucha, taka  w sam raz na szczupłego człowieka. A ja wtedy ważyłem 68 kilo. Niezbyt dużo, gdyby tak popatrzeć dzisiaj na mnie.

Zacząłem się czołgać. Moją latarkę z baterią 4,5 volta trzymałem w zębach. Miała takie druciane zawiesie, w sam raz na dolną szczękę. W kasku budowlanym, który skądś wcześniej zdobyłem, nie było jakiejś wypustki czy dziurki do zaczepienia, ale i tak byłem szczęśliwy, że go mam, bo co rusz uderzałem głową w górną część kamiennej rury, pełnej wypustek, obniżeń, szczelin, słabo związanych ze ścianą popękanych kawałków.

 

Po jakiś dziesięciu, piętnastu metrach doczołgałem się do zakrętu, za którym rura się trochę rozszerzała. Nie na tyle, by myśleć o zwrocie i ucieczce (zresztą nie było od czego uciekać), ale wystarczająco, by rozeprzeć się wygodnie i złapać głębszy oddech płucami. Bo wentylacja była dobra. Myślę, ze jakby zapalił ognisko przy wlocie, to dym można by zobaczyć w wylocie. Ciąg był dobry. Być może w ten sposób ktoś kiedyś ocenił, że jest przelot.

 

Po zakręcie i opuszczeniu tego kawałka jelita grubego, znowu zaczęło się jelito cienkie. Nawet bardziej cienkie, niż poprzedni jego kawałek. Wyglądało to tak, jakbym od strony odbytu chciał wejść do żołądka. Tak mi się wtedy skojarzyło, bo zapomniałem z tego wszystkiego, że jestem wewnątrz fasetowych kalesonów, a nie wewnątrz faceta.

 

Zapierałem się butami i popychałem całe ciało do przodu. Byle do przodu. Byle dalej. A raczej bliżej wyjścia. Skała mnie obłapiła, jak potem czasem żona udami. Ale wtedy daleko mi było do takich skojarzeń, bo i do żony było daleko. Nie w przestrzeni, ale w czwartym wymiarze. Ręce zdały się na niewiele. Pamiętam, ze musiałem przekręcić się z trudem na plecy i odpychać stopami i pośladkami. Było w tym wiele ze znanych facetom skojarzeń seksualnych, ale tylko wtedy, jak leżą w łóżku. Mnie wtedy ten stan nie kojarzył się z czymkolwiek miłym, a już z aktem seksualnym najmniej.

Pchałem całe ciało butami, szorowałem brzuchem o sufit, hełm zaczepiał daszkiem o występy skalne, ale przynajmniej nie pozwalał na zdjęcie mi skalpu.

Ludzkich artefaktów po drodze nie było wiele. Kawałek jakiejś tkaniny, wyrwanej z rękawa czy nogawki, zapałki, które pewnie wypadły z kieszeni, potem niedopalony pet (że też ktoś był tak naiwny, że pozował na Jamesa Deana, pewnie żałował pozy) i chyba nic więcej.

Gdy na chwile wypadła mi z zębów latarka i zgasła, zrozumiałem powiedzenie „być w czarnej dupie”. To była chwila, bo latarkę zaraz znalazłem, ale taka chwila, o której można by powiedzieć za poetą: „chwilo, nie trwaj”.

 

Ten drugi odcinek był najgorszy. Wypchałem z niego ciało i znowu znalazłem się w kawałku jelita grubego. Krótki odpoczynek, pozbieranie myśli i dalej do przodu. Znowu zakręt, chyba niezbyt ostry i trzecia prosta. Tam już było łatwiej. Czołgałem się na brzuchy, takim czołganiem żołnierskim, gdy pod ciałem mieszczą się ręce i na nich można się przesuwać.

 

Przypomniałem sobie, że zbliżam się do „rozporka” i pamięć ryczących starszych kolegów, gdy Tomek kończył swoją kalesoniadę, nasunęła mi oczywiste przypuszczenie, że i mnie szykują jakąś niespodziankę. Żeby nie było łatwiej, żeby dopełnić treningu.

I rzeczywiście. Jak doszedłem do miejsca, gdzie było szerzej, i gdzie cała ta rura zakręcała do góry, stwierdziłem, ze w wylot wsadzonych jest kilka pniaków i żeby wyjść, muszę każdego z nich wypychać do góry, by wypadł z dziury na płaskie poletko, na którym siedzieli koledzy, popijając coś rozgrzewającego, opowiadając sobie głupie dowcipy o grotołazach w czarnej dziurze  i rechoczących jak stado dzieciaków.

 

Po chwili dołączyłem do towarzystwa umorusany jak robotnik rolny po młócce.

Nazajutrz mieliśmy się uczyć zjazdów w dół.

To jest naprawdę fascynujące, kiedy stajesz 20, 30 metrów nad podłożem, przywiązujesz linę do jakiejś dziury w skale, owijasz ją wokół rąk, tak że przechodzi też przez plecy, stajesz na skraju przepaści i idziesz po skale w dół. Pionowo do skały. Fakt, to już wyższa szkoła jazdy skałkowej. My na początku zjeżdżaliśmy na dół jak pakunki. Ale z czasem byliśmy coraz lepsi.

 

Ale najpierw sen. Pod okapem skalnym, bo namiotów nie było.

 

Ps.W Górze Zborów jest także inna jaskinia, Głęboka, największa jaskinia tych rejonów Jury, ale nią zajmiemy się innym razem. Zresztą do niej każdy może wejść z przewodnikiem. A do Kalesonowej nie.

Tyle tylko, ze może tam  nie trafić, jak zapyta, gdzie jest Kalesonowa. Bo może ktoś zee wstydu, że nosił kalesony, albo przyszło młode pokolenie, które nie znało tego pojęcia i teraz jaskinia nazywa się jaskinią Berkową. Głupie, nie? A cala Kalesonowa ma długość tylko 58 metrów. Tylko!!!

 

 

 

niedziela, 1 lutego 2026

Jak przejechałem Niżne Rysy na Żabim Koniu

 

Fotografie gór z Wikipediii Adama Opioły, portrety marka ze strony lojanci.pl i pośmiertne z mediów


 Poniżej będzie o najgłupszej wyprawie mojego życia. A może tylko najbardziej szalonej? Górskiej wyprawie.

W wakacje 1975, w lipcu, po skończeniu studiów, a przed obroną dyplomu, pojechałem z Tomkiem w Tatry, by się powspinać, sprawdzając tym samym tę naszą wspinaczkową wiedzę skałkową, nabytą w przeciągu dwu minionych lat. Zrobiliśmy kilka niezbyt trudnych dróg, dzisiaj pamiętam Zachód Grońskiego, Filar Grońskiego w Żabiej Turni Mięguszowieckiej, jakąś drogę na Niżnim Żabim Szczycie i jeszcze jedną, która wyleciał mi z pamięci, przyglądnąłem się Zamarłej Turni i na szczęście nie próbowałem, no i chodziłem z oczami w Górę, gdzie na Kazalnicy wisieli na linach najlepsi z najlepszych.

Drogi, które zrobiliśmy, były w sam raz na nasze możliwości techniczne, nie przekraczające chyba 4+ stopnia trudności. I tak siedzieliśmy z Tomkiem we Włosienicy na taborisku, zawierając nowe znajomości, oglądając przygody Małolata ze strażą graniczną   (WOP), która za brak dowodu (miał 15 lat) wciąż go zatrzymywała, wywoziła, a on wracał, czy zazdroszcząc mu dróg na Mnichu. Siedzieliśmy przed namiotem, trochę nie wiedząc co dalej począć, więc urządzaliśmy sobie wyścigi z plecakiem (10 kg), kto z Morskiego Oka wejdzie do Czarnego Stawu w czasie poniżej 10 minut (zawsze wygrywał Tomek, ale dzisiaj ja mam tylko rozwalone kolano, a on wymienione stawy biodrowe), a potem na przełęcz pod Chłopkiem.

I tak jednego dnia podszedł do nas Marek Zygmański zwany Belfegorem, który  był członkiem Gliwickiego Klubu Grotołazów, jak i my obaj.


 

Był to facet rok starszy, ale już doświadczony o wiele bardziej niż my. Mniej może we wspinaczce górskiej, bardziej w jaskiniach, ale jednak. Do tego facet dysponował niesłychaną kondycją fizyczną.

Problem z Markiem był jednak taki, że w środowisku taterników i grotołazów ciągnęła się za nim opinia, że jest pechowy i wszyscy raczej wybierali do wypraw kogoś innego, jeśli tylko mogli, nie Marka.

A dlaczego ta opinia za nim się ciągnęła? W grudniu 1973 roku Marek prowadził wyprawę studentów Politechniki Gliwickiej w Tatry Zachodnie, celem eksploracji jaskini. Najpierw miała to być chyba Ptasia Studnia, ale była zajęta i zdecydowali się na Bandzioch Kominiarski w dolinie Kościeliskiej w masywie Kominiarskiego Wierchu. A pech polegał na tym, że w czasie bardzo długiego podejścia do tej jaskini, w warunkach tak ekstremalnych, że trudnych do wyobrażenia (śnieg od piersi, wiatr i wczesna noc grudniowa) zmarło w odstępie godziny dwóch z pięciu członków wyprawy. Zmarli z wyczerpania (link do filmu poniżej).

Było śledztwo prokuratorskie, dużo się o sprawie mówiło. A wspinacze są przesądni. Więc dmuchali na zimne.

 

My z Tomkiem nie byliśmy przesądni. I jak Marek przyszedł do nas i dowiedział się, że aktualnie brak nam pomysłów na taternicką przyszłość, a lenistwo niedługo nas zabije, powiedział: to chodźmy jutro razem, coś się wymyśli. Może pójdziemy na Niżne Rysy, może na jakiegoś Żabiego Konia, albo coś tam innego się wymyśli.

Już to powinno być czerwonym światełkiem w naszych głowach, ale nie było.

 

Rano, skoro świt, czyli tak około piątej nad ranem, zerwaliśmy si z wyrek, zjedliśmy coś marnego, bo tak się wtedy jadało, i popędziliśmy za Markiem w górę.

Tomek znowu był najszybszy w podejściu między Morskim Okiem i Czarnym Stawem, i nawet pomyślałem, że ten Belfegor nie taki chojrak, jak mówią.

 


Ściana Niżnych Rysów, jak na nią patrzeć z Czarnego Stawu albo i od Morskiego Oka, robi wrażenie. Można powiedzieć, że imponuje swoim ogromem. Fakt, nie jest to góra trudna dla wspinaczy, za wyjątkiem Tomkowych Turni skala trudności lokuje się gdzieś w okolicy 4, może 5.

Jak już doszliśmy do Czarnego Stawu i skierowaliśmy się ścieżka w stronę Rysów, te 600 metrów ściany kazało nam stanąć, wpatrzeć się w nią i puścić wodze fantazji.

To fantastyczna góra, pomyślałem sobie. Dobrze byłoby na ni ą wleźć. Robi wrażenie, pomyślał Tomek. Ale chyba nie jest za trudna? Dałbym radę.

Co, podoba się wam? – odezwał się Marek.

Podoba. No to chodźmy. Najkrótszą możliwą drogą od ścieżki, na wprost przez piargi, doszliśmy do podstawy ściany. Marek prowadził. Wiedział, którędy iść? Nie wiem. Myśleliśmy, że wiedział. I poszliśmy. Teraz już nie pamiętam, zresztą nigdy nie omawialiśmy przebiegu trasy, ale chyba szliśmy Żlebem Orlowskiego. I fajnie się szło. Bez asekuracji, każdy gonił jak kozica, bo sił mieliśmy każdy za dwóch, a Marek chyba za trzech.

Każdy oczywiście myślał, ze jak będzie trudniej, to się będziemy asekurować, ale w potrójnej ocenie ciągle nie było trudno, a trudniej to już wcale.

 

Tak gdzieś w połowie ściany nagle zaczęło być trudniej. Okazało się, że przez długą, płaską jak nachylony pod kątem 45 stopni stół kuchenny ścianę, prowadzi wąziutka półka, lekko pod górę,  po której trzeba było skręcić w prawo i iść, iść, iśćććć coraz wolniej, coraz ostrożniej, bo zjazd z niej mógł być na 200 metrów przynajmniej w dół. A i sama półka też miała chyba z 200 metrów długości, chociaż może mniej, ale strach miał wielki oczy.

Asekuracja!!! Gdzie jest lina???

 

Była lina, ale nie była woli. My byliśmy odważni. I najpierw Tomek jak facet w cyrku idący po linie nad przepaścią, zaczął pokonywać to diabelstwo. I przeszedł. Potem przyszła kolej na mnie. Wszedłem ostrożnie, modląc się w duszy, by nie popatrzeć w dół i jakoś mi się to udawało przez większość długaśnej półki. Jak spojrzałem i zadrżałem, co to może mi się stać,  a mama czeka w domu, byłem już prawie po drugiej stronie. Tej lepszej stronie.

Marek jakoś przeszedł bez emocji, ale jak dotarł do nas, to wyglądał na niepewnego i jakby zgaszonego. Potem jeszcze prosto, bezpiecznie do góry i po  całej godzinie i dwudziestu minutach od wejścia w ścianę byliśmy na szczycie. To był chyba Południowy Szczyt Niżnych Rysów. Sam nie mogłem w to uwierzyć. Wszak na te normalne Rysy idzie się prawie trzy godziny. Chwila odpoczynku i pomaszerowaliśmy na Rysy. Dumnie patrzyliśmy na ceprów, oni zaś dziwili się, od jakiej my to strony idziemy. Ale liny na nas wisiały, wiec odpowiedź była oczywiste.

To co robimy? – zapytał Marek. Może Żabi Koń? Tam jest super! Ani Tomek, ani ja nie mieliśmy pojęcia, co to znaczy Żabi Koń. Ale mieliśmy niebawem się dowiedzieć.

 


Przytoczę opis za Wikipedią

O Żabim Koniu Władysław Cywiński pisze: nie imponuje ani wysokością ścian, ani też wysokością bezwzględną. Jest jednak wśród taterników bardzo popularny. Swoją zasłużoną popularność zawdzięcza kształtowi. Jego grań to typowy koń skalny (Koń skalny – bardzo wąski odcinek grani, który podczas przejścia często pokonywany jest okrakiem), w widoku z Rysów  jest ostra jak żyletka. To właśnie ta ostra grań powodowała, że w początkowym okresie taternictwa wydawał się nie do zdobycia. Jego grań przez wielu taterników jest uważana za najpiękniejszą w całych Tatrach.

 

Szczyt długo uchodził za zbyt trudny do zdobycia. Wszystkie drogi taternickie prowadzące na niego należą do trudnych. Mimo mało imponującej wysokości Żabi Koń od dawna należy do najpopularniejszych turni tatrzańskich wśród taterników, a jego północna ściana była przez pewien czas uznawana za najtrudniejszą w Tatrach[5]. Od południowej strony ma wysokość 120 metrów, od północnej 150 m[7].

 


Oczywiście, jak jest super, to idziemy. Zresztą po sprincie na Niżne Rysy nie mieliśmy co zrobić z czasem. No i poszliśmy. Szło si z górki, aż się doszło. Trochę nam zrzedły z Tomkiem miny, jak trzeba było pokonać Żabią Przełęcz Wyżnią. Ale udało się i wylądowaliśmy na KONIU. Dla mnie to była żyleta, o ścianie z jednej strony pochylonej pod jakimiś 60 stopniami, a drugiej ściany nie widziałem dokładnie, bo mogłem tylko tam zerkać, trzymając się kurczowo ostrza żylety i przesuwając się po niej w kierunku Żabiej Przełęczy.

I by się nam pewnie udało, gdyby nie pech. Tak, pech. Wreszcie się zjawił. Późno, ale się zjawił. Nie wierzyliśmy w niego, ale się zjawił. A tak wszystko szło dobrze do tej pory.

 

Jakby otworzyło się nad nami niebo. Kapać zaczęło, gdy byliśmy na Żabiej Przełęczy Wyżnej. Ale to się zdarza.  Ale jak kurczowo trzymałem się dłońmi ostrza żylety, zaczęło tak straszliwie lać, jakby się niebo nad nami rozwarło. Beczki wody. Jeden patrzył na drugiego, mimo lipca dłonie zaczęły nam grabieć, nogi więzły w mokrych spodniach, z butów lała się woda. To koniec, pomyślałem. Patrzyłem na Tomka i widziałem, że też ma nietęgą minę. Może też widział koniec. Jakoś doczołgaliśmy się do przełęczy, Markowi udało się do czegoś przyczepić linę i powoli, jak mumie sztywni, zaczęliśmy się ewakuować w dół.

Potem chyba na kolejnej linie zjechaliśmy do Kotła pod Rysami (chyba tak). Lin nie udało się odczepić, więc zostały (ktoś je potem zabrał, sprawdzaliśmy).

Zupełnie mokrzy, sztywni, głodni ruszyliśmy w drogę powrotną. Oczywiście przez Rysy.

Ja dziękowałem Bogu, ze się kolejny raz udało, Tomek chyba myślał podobnie.

Najgorzej było z Markiem.

Jakby uderzył w niego piorun. Szedł daleko za nami, powoli, zgarbiony, minę miał grobową.

Jak dowlekliśmy się do taboriska, niezbyt dobrze pamiętam. Ale to była jedna z gorszych dróg, jakie mi przyszło w życiu pokonywać.

 

Marka już nigdy więcej nie spotkałem. Wyjechałem ze Śląska. Wczoraj dowiedziałem się, że umarł 4 lata temu. Cześć jego pamięci. Niech spoczywa w pokoju. Był dzielnym facetem.

 


Nie wiem, czy pech w życiu go opuścił, ale chyba tak, bo potem był przewodnikiem tatrzańskim.

 

I tak mi się znowu zebrało na wspomnienia.

 

 

 

 

poniedziałek, 26 stycznia 2026

Czy nauczycielom i rodzicom jest wygodne, gdy dzieci korzystają ze smartfonów i platform społecznościowych

 

zdjęcie za Nowyświat24.com

Lewicowa minister Nowacka, tarcza strzelnicza prawicy i Kościoła (zresztą i ja ją krytykowałem, ale z innych pozycji), wyszła z inicjatywą, przed którą stchórzył choćby superprawicowy minister Czarnek z PiS, wytrącając tym samym oręż (przynajmniej z jednej ręki) jej najzagorzalszym krytykom.

Postanowiła przedstawić projekt ustawy, zabraniającej dzieciom do lat 15 korzystania z platform społecznościowych.

 

Ta inicjatywa spowodowała, że z dnia na dzień  stała się moją ulubioną członkinią rządu Tuska.

Zakazać dzieciom korzystania z Tik Toka i innego badziewia! Skierować zainteresowania dzieci ku innym dziedzinom! Uratować społeczeństwo przed całkowitym rozpadem.  Piękna idea. Ale jak to z ideami bywa, niesłychanie trudna do realizacji. Z wielu powodów. Poniżej trzy z nich.

 

Pierwszym, choć ostatnim w kolejce do protestów, jest ambasador USA pan Rose, który, w trosce o interesy koncernów amerykańskich zapewne namówi (czytaj: zmusi) pana prezydenta do zawetowania tej ustawy pod byle pretekstem. Zresztą zapewne część opozycji zagłosuje tak jak chce uwielbiany pomarańczowy prezydent zaprzyjaźnionego kraju.

 

Tym niemniej nie uważam powyższej przyczyny za najistotniejszą. Bo ważniejsze moim zdaniem są dwie kolejne.

Większość rodziców będzie przeciwna wprowadzeniu takich regulacji z dwu powodów. Jednym z nich jest głęboka niewiedza i bezrefleksyjność (nazwijmy to delikatnie)  w podejściu do katastrofalnego wpływu mediów na młode umysły, ich psychikę, rozwój dzieci i na katastrofalne skutki tego stanu dla społeczeństwa. W wielu aspektach, nie będę ich tu wymieniał by nie zaciemniać sprawy. Widomym objawem tego stanu jest wręczanie smartfonów do zabawy już dzieciom w przedszkolach, a dopełnieniem dawanie jako prezentów komunijnych, dziś w miejsce słynnego dawniej roweru,  na którym obecnym dzieciom nie chce się jeździć.

Cześć rodziców ma świadomość, ze smart fon jest szkodliwy, ale dla swojej wygody godzi się na sytuację, gdy ich dziecko, w zastępstwie innych zajęć, których rodzice nie umieją, nie mogą lub zwyczajnie nie chce im się z braku czasu, ma zgodę na korzystanie ze smartfonów. Dla zabicia czasu i dania świętego spokoju rodzicom.

 

Z podobnego powodu, choć na innej płaszczyźnie, za smartfonami dla dzieci są dyrektorzy i nauczyciele szkół, wraz z organizującymi ich pracę kuratoriami, którzy byliby zmuszani do zaoferowania dzieciom innych zajęć w miejsce odstawionego na siłę narkotyku sieci społecznościowych. A wszyscy wiemy, jak dzisiaj jest z namówieniem nauczycieli do większej aktywności.

Oj, kiedyś to byli nauczyciele, ale to se ne wrati.

 

No i doszliśmy z powrotem do Sejmu i Pani Minister Nawrockiej, która pewnie wielkiego wsparcia nie dostanie w swoich działaniach. Bo wprowadzenie tej ustawy to tylko wielki kłopot dla ospałego, rozleniwionego społeczeństwa, które tylko patrzy , by pójść na wcześniejszą emeryturę, nie zastanawiając się nad tym, zę te dzieci, wychowane na smart fonach, których jest z dnia na dzień mniej, nie będą w stanie utrzymać rosnącej rzeszy starych ludzi. Seniorów. Takich jak ja.

Ale kto by się tym martwił.

 

A garstka świadomych, zatroskanych rodziców, którzy chcą ratować nie tylko swoje dzieci, ale także, przy okazji, mniej rozumne, ale potrzebne nam wszystkim do egzystencji wspólnej  społeczeństwo, zostaną bez wsparcia razem z panią Nowacką, której będzie się zarzucało likwidację lekcji religii i z tego kolejny być może rząd będzie chciał ją rozlicząć.

 

No i oczywiście z próby wprowadzenia edukacji seksualnej. Bo niby po co, jak dzieci wszystko, i więcej, mają w smartfonach.

 

I to by było na tyle

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

czwartek, 15 stycznia 2026

Czy artysta ma duszę?

 


Gustav Klimt Death and life

 

Miałem dzisiaj ciekawe zdarzenie, które sprowokowało mnie do postawienia sobie pytań o duszę. Duszę artysty i duszę jego dzieła.

 

Odpowiedź na pytanie o duszę artysty może być dość prosta. Artysta, jak każdy człowiek, albo wierzy w duszę i ją ma, albo nie wierzy i jej nie ma (choć teolog i tak by powiedział, że ma).

Oczywiście można duszę artysty potraktować metaforycznie, abstrahując od jej religijnej definicji i postaci. Wtedy oczywiście mamy większy problem, bo jak już ktoś się zapuści w takie, indywidualnie ocenne rejony, to łatwo może wejść na pole dowolnych interpretacji, z których nic nie wynika.

 

Ale zostawmy artystę z jego duszą lub bez, a skoncentrujmy się na jego dziele.

Bo dzieło artysty, także tego, który w istnienie swojej duszy nie wierzy, może mieć duszę lub jej nie mieć.

I tu wkraczamy w obszar tak trudno definiowalny, że właściwie nie powinno się go dyskutować.

 

Dusza dzieła. Jest czy nie ma? I kto to może stwierdzić? Czy istnieje jakaś kategoria krytyków artystycznych, którzy mają prawo zdecydować, czy dane dzieło ma duszę, czy jej nie ma?

Trudna sprawa.

O ile z duszą artysty jest łatwo, to z duszą dzieła niesłychanie trudno. Tym bardziej, że ludzie doszukują się często duszy w działach artystów zupełnie duszy pozbawionych, ba zdecydowanie krytykujących taki zabobon jak dusza.

 

Mogę na swoją odpowiedzialność powiedzieć, że z dziełem artysty jest tak, że dla jednych ma ono duszę, a dla innych nie ma. I nie ma żadnych kryteriów, które by ułatwiały identyfikację takiej duszy.

Pomocna w tym możę być jedynie artystyczne (i nie tylko) wykształcenie i ogólna wrażliwość.

Ale obie te cechy jednemu podpowiedzą, że duszę w dziele widzi, a drugiemu wręcz odwrotnie.

 

I jak ma zareagować artysta, któremu ktoś powie/napisze, że w jego dziele nie widzi/słyszy/czuje duszy? Ano może odpowiedzieć, że dla ciebie nie ma w moim dziele duszy, a dla wszystkich innych jest. No i tyle.

I będzie to absolutna prawda. Ale tak odpowie tylko ten, kto jest pewien swojego dzieła, który nie ma ukrytych kompleksów, zahamowań etc.

 

Dlaczego o tym piszę?

Dostałem od jednego z artystów, nie mieleckiego, ale z Mielcem związanego, po moim krótkim komentarzu, nie żadnej analizie, taką wiadomość.

pisze mi Pan , że moje rysunki nie mają duszy, a na okładce swoich wypocin umieszcza Pan z dupy wycięcty fragment obrazu Klimta, jakim prawem, ma Pan pozwolenie, pewnie nie, ale ukraśc zawsze można, żenada, że trzeba się podpierać znanymi dziełami, bo pewnie Pańskie banalne wynurzenia muszą czymś przyciągnąć....piszę tak, bo skoro Pan nie dostrzega duszy to jest Pan płytkim ignorantem, nudnym , banalnym i bez żadnego polotu i pewnie takie są Pańskie wypociny podpierane powszechnie znaną ikonografią; więc wnoszę stąd, że nie ma Pan nic , ale to absolutnie nic do powiedzenia, poza zwykłym pierdoleniem

 

Jak pisałem powyżej, jeden widzi w czymś dusze, drugi nie. I obaj mają rację. Ale tak zareagować może ten, kto jest pewny swego dzieła.

Nie napiszę, od kogo tę wiadomość dostałem. Dla mnie facet ma po prostu kompleksy. I na tym skończę

 

 

Ps

Dodam tylko, że jako malarz winien wiedzieć, że istnieje coś takiego, jak domena publiczna i obrazy Klimta też do niej się zaliczają i można z nich korzystać. I jeszcze dodam, że przeładowanie obrazów dziwnościami niekoniecznie – w mojej opinii – czyni je bardziej tajemniczymi, a przez to uduchowionymi.

Wystarczy pójść do BWA w Rzeszowie i wejść na wystawę obrazów Beksińskiego. Tam człowiek wchodzi jak do świątyni i odruchowo mógłby się pomodlić. A już na pewno dotyka transcendencji.

I to tyle

 

 

 

Recenzja (będąca prologiem) zbioru wierszy „Summa…”, autorstwa Ryszarda Mścisza

  Boski ruch i szczęścia zatrzymanie   Za sprawą Boskiej tajemnicy, którą asymilujemy w swoim życiu (i poprzez nie), w pulsie bliskich...