piątek, 7 lutego 2020

Z cyklu - sexfelietony: Felieton rozpoczynający - Czy pamiętamy o Lilith?




Felietonik napisany 29.01.2009

W każdej działalności, w pisaniu felietonów także,  przerwy dobrze robią i sprowadzają nowe pomysły. Pisałem kiedyś o różnych, tzw. poważnych sprawach, aż mi się znudziło. Pomyślałem sobie, że przecież tyle jest innych, także ciekawych tematów do felietonów. Na przykład kobiety i mężczyźni. Warto spróbować, co z tego wyjdzie. Więc próbuję. Z założeniem, że  nie będą to felietony do końca poważne, chociaż takich spraw będą dotykały.
Od dzisiaj rozpoczynam cykl zatytułowany „Felietony o kobietach” A przy okazji i o mężczyznach.
Zacznijmy więc od samego początku. Od Adama i od … No właśnie.

Czy pamiętamy o Lilith?

Jeśli ktoś uważnie czytał Księgę Rodzaju to zauważył, że Bóg stworzył Kobietę dwa razy. Za pierwszym razem została stworzona w tym samym czasie co Adam, tak jak on, nie z jego żebra, lecz z prochu ziemi. Tą kobietą była Lilith.  Jak mówi różnego rodzaju i pochodzenia  tradycja rabiniczna, nie zgodziła się ona  ze służalczą rolą wobec Adma, swego męża,  ponieważ uważała się za równą mu i, znowu według tradycji , prawdopodobnie podczas stosunku płciowego nie chciała współżyć, leżąc pod Adamem. Ostatecznie uciekła od swego męża (według innych wersji wygnał ją z Raju sam Bóg), a Adam otrzymał za żonę Ewę, którą Stwórca powołał do istnienia z żebra mężczyzny.

Takim sposobem, posługując się tradycją i logiką,  doszliśmy do stwierdzenia faktu istnienia dwóch grup kobiet, tych zależnych od mężczyzn i tych od nich niezależnych. Kobiet, które są akceptowane przez współczesne religie i kobiet z grupy emancypantek, sufrażystek itp. To oczywiście wszystko domniemywania i trochę żarty zapewne, ale czy czegoś istotnego  w tym, opartym na Biblii, rozumowaniu  nie ma? W Piśmie każda jota ma znaczenie, o czym wiedzieli dawni, żydowscy skrybowie, przepisujący Torę.

Tak więc pierwsze koty za płoty, albo lepiej, początek został zrobiony.

Z cyklu - sexfelietony: 1. Jak kobiety robią to, co robią?


Felieton z 21.02.2010 r.

Zdecydowana większość (aż 78 proc.) Polek dobrze ocenia swoje życie seksualne. I to jest bardzo pozytywne. Mając często niezbyt lekkie życie, rekompensują je sobie w stosunkach seksualnych  z mężczyznami.  Z roku na rok spada u nas wiek inicjacji seksualnej. Dziś już 19 proc. dziewcząt w wieku 15 lat (i mniej) ma ją za sobą. Co ósma 18 - latka miała trzech lub więcej partnerów. Zadbane, i mniej zadbane też,  a według nich zaniedbywane żony także coraz częściej, podobno częściej niż mężczyźni (jak to możliwe?) zdradzają swoich małżonków.  Najciekawsze jednak, że 28 proc. badanych kobiet nie stosuje  w ogóle środków antykoncepcyjnych, a 25 proc. używa metod wysoce zawodnych - stosunku przerywanego oraz kalendarzyka małżeńskiego. Tu wręcz ciśnie się na usta pytanie:  jak to możliwe, że w kraju, gdzie jeszcze prócz powyższego,  oficjalne wykonano w ubiegłym roku kilkadziesiąt aborcji i gdzie aborcja na życzenie, czyli ze względów „socjalnych”  jest zagrożona więzieniem, rodzi się najmniej dzieci w Europie. Statystycznie Polka ma 1,24 dziecka - najmniej w całej Europie a w efekcie mamy kryzys demograficzny - rocznie na świat przychodzi ok. 350 tys. Polaków, o ponad 100 tys. mniej niż w 1990 r. Jak to wszystko jest możliwe, gdy na dodatek Polka wychodzi za mąż nadal bardzo młodo - średnio przed 24 rokiem życia; Francuzka przed 28, Skandynawki po trzydziestce. Niestety, jak to pokazano powyżej, małżeństwa nie łączy się w Polsce z płodzeniem dzieci.  Przy tym wszystkim wskaźnik zatrudnienia kobiet w Polsce jest jednym z najniższych w Unii i wynosi 51,2 proc., gdy w Europie pracuje średnio 62,9 proc. kobiet (w Czechach 57 proc., w Danii - 75,1 proc.). Co te nasze Polki robią w domu, nie pracując i nie wychowując dzieci?  Kto mi odpowie?

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Mieleckie parafie - rodziny czy organizacje



Tomasz Terlikowski, kiedyś uważany za ultraortodoksę katolickiego, dzisiaj idzie w swym pisaniu  w poprzek drogi polskiego episkopatu. By nie powiedzieć, że całkiem w drugą stronę. Oczywiście nie w sprawach ortodoksji katolickiej, ale sposobu działania tak episkopatu jak i jego poszczególnych biskupów czy nawet kapłanów.

Ostatnio przeczytałem jego wypowiedź o odpowiedzialności za Kościół, jaka spoczywa na ludziach świeckich. Jest to szczególnie ważne teraz, gdy Kościół traci wiernych i pozycję, a mimo to jego „struktury hierarchiczne skupione są na „obronie swoich” i uciszaniu „niepokornych”(cytat z artykułu).

I pisze dalej Terlikowski, że „choć oczywiście w Kościele są różne powołania, różne posługi, a także istnieje hierarchia, to w niczym nie narusza to podstawowej prawdy o tym, że świeccy są dokładnie tak samo Kościołem, jak duchowni, i że mają wobec owego Kościoła dokładnie takie same obowiązki i są za niego dokładnie tak samo odpowiedzialności (choć na innych polach).”

Dzisiaj wysłuchałem kazania mieleckiego księdza Tomasza, z parafii MBNP, który, pewnie nieświadomie, w jakiś sposób nawiązał do poruszanego tu tematu odpowiedzialności świeckich za swoją parafię. Czyli za Kościół w ogólności. Zakładam, że ksiądz Tomasz prezentował oficjalne stanowisko naszego księdza Proboszcza, bo raczej inaczej być nie może.

Nawiązując do przypadającej dzisiaj pierwszej niedzieli Słowa Bożego, niedzieli modłów za powodzenie V Synodu Diecezji Tarnowskiej oraz do słów z czytań mszalnych, gdzie św. Paweł napominał wiernych, by „żyli w zgodzie i by nie było wśród was rozłamów; abyście byli jednego ducha i jednej myśli”, porównał parafię do wielkiej rodziny wiernych, w której to parafii-rodzinie rolę ojca rodziny pełni ksiądz proboszcz, a wierni stanowią dzieci tej rodziny. I chociaż Kościół należy do wszystkich, także do dzieci jak zaznaczył ksiądz Tomasz - to odpowiedzialność za rodziną spoczywa na jej głowie, czyli na księdzu proboszczu.

Oczywiście wcześniej zachęcał wiernych do włączanie się w życie parafii, do czynnego w nim udziału.

I naszły mnie takie myśli. Jakże daleko nasz Kościół, każda (chyba) tarnowska parafia, jest od tego, co widzimy choćby w Niemczech czy Stanach Zjednoczonych, gdzie wierni rzeczywiście przejęli odpowiedzialność za swój Kościół.
W Niemczech próbuje o tym przypominać tzw. „droga synodalna”, omijając zapisy prawne i tworząc ciało, w którym głos świeckich i biskupów będzie się liczył dokładnie tak samo. W Ameryce gdyby nie świeccy i ich odwaga i determinacja, nie doszłoby do procesu oczyszczenia Kościoła z pedofilii i kryjących ją biskupów. Nieco podobnie stało się w Polsce w przypadku abp Paetza, ale to wyjątek, który potwierdza słabość, bezruch i bezradność polskich cywilnych katolików, nie mających za sobą takiego wsparcia organizacyjnego, jakie mają katolicy amerykańscy. Bo na prasę katolicką w tych sprawach w Polsce liczyć nie można.
Tak w prasie jak i samym kościele najważniejszą wartością pozostaje „posłuszeństwo i unikanie dyskusji na trudne tematy”.

I pomyślałem sobie, że nawet jakby przyjąć na chwilę, że mielecka parafia ma być jak rodzina, to na pewno nie taka, jaką pamiętają dzisiejsi proboszczowie. Czyli taką, gdzie słowo ojca było ostateczne i nie podlegające dyskusji, gdzie dzieci miały jedynie słuchać i milcząco wypełniać jego polecenia. A jak się już zbuntowały, jak miały inne zdanie, jak nie pomogły kary, w tym cielesne, to można ich było wyrzucić z domu, z rodziny. A Broń Boże z dziećmi się nie dyskutowało.

Obserwuję dzisiejsze wychowanie moich wnuków i jestem pełen podziwy dla ich rodziców. Oni wszystko swoim małym dzieciom tłumaczą. Tak by dzieci, nawet jak podejmują decyzję po myśli rodziców, robiły to w pełnym przekonaniu, że same tę decyzję podjęły. Powiedziałem kiedyś synowi, że dzisiaj dzieci wychowuje się przez negocjacje. Kiedyś wychowywało się przez rozkazy i kary. Pewnie bym już tak nie umiał, ale tak jest dobrze.

I mam wrażenie, że o takiej formie rodziny, w której słowo ojca było ostateczne i nie dyskutowalne,  myślą niektórzy nasi hierarchowie, przyrównując do niej czy to parafię, czy diecezję.

A taka rodzina, szanowni księża, skończyła się i już nie wróci. I żądanie od starcychludzi, swoich wiernych, nie mówiąc już o młodych wiernych, by byli posłuszni jak te dzieci w tej dawnej rodzinie, jest dzisiaj wyrazem braku rozeznania w świecie. Więcej, jest wyrazem błądzenia w nim.

Nie można wzywać do współpracy na rzecz rodziny – parafii zakładając, że będzie tak, jak ustali ojciec proboszcz, a wszyscy przyjmą jego wersję, kiwając głowami i jeszcze się uśmiechając. Bo tak nie będzie. Tak można sobie znaleźć jedynie klakierów, którzy stworzą parafialną statystykę dla potrzeb biskupa, ale nie wniosą do parafii niczego konstruktywnego.

Jak więc może wyglądać praca świeckich na rzecz swojej parafii, na rzecz Kościoła? Czy nośne ideologicznie i bardzo ładnie w uszach brzmiące a i budzące dobre skojarzenia w sercu, przyrównywanie parafii do rodziny ma jeszcze jakikolwiek sens?
Czy uzurpowanie sobie, bo dla mnie to uzurpacja, drobnej cząstki przymiotów Boga Ojca, który jest był, jest i będzie, i którego Słowo jest ostateczne i niedyskutowane (a przynajmniej takie powinno być) przez proboszcza czy biskupa, jest dzisiaj dopuszczalne i sensowne?
Dla mnie parafia czy diecezja z jej wiernymi to na poziomie ziemskim pewna forma organizacji. I jak każda organizacja musi mieć swojego przywódcę. Czy to będzie biskup, czy proboszcz.
I jak w każdej organizacji ostatecznie liczy się głos przywódcy. Ale mądry przywódca słucha głosu swoich podwładnych. Bo sam nigdy nie jest wszystkowiedzący, jak Bóg.
Więcej, mądry przywódca szczególnie ceni opinie odrębne od tych, które sam ma. Bo swoje opinie to on już ma. A jak podwładni będą mu przedstawiali tylko takie opnie jakie już ma, to po co mu tacy podwładni? Chyba ze jest tak nadęty władzą, że uważa, że jest jak sam Bóg nieomylny.

Kiedyś zatrudniłem nowego pracownika. W dyskusji, która rozgorzała, zapytał nieśmiało: panie dyrektorze, czy ja mogę mieć swoje zdanie? Odpowiedziałem mu: panie Januszu, ja już swoje zdanie mam i jeśli pan będzie miał moje zdanie, to na cholerę jest mi pan potrzebny.

W polskim Kościele liczy się tylko ślepe posłuszeństwo. Nikt nie ma prawa mieć swojego zdania. To jedna z przyczyn tego, że Kościół tylko dołuje w ostatnim czasie.
Niestety, jestem pesymistą. Nie wierzę, że cośkolwiek się w tej sprawie zmieni. Szczególnie gdy zmieniać/nie zmieniać będą proboszcze i biskupi, wyposażeni w takie opinie świeckich, które  są identyczne z ich opiniami. Bo w przypadku innego zdania nie będą więcej doradzali.

I tak będzie do czasu, kiedy nie poczują się nie ojcami rodzin w starym stylu, ale przywódcami nowoczesnych organizacji, gdzie liczy się efektywność,  a nie „moja racja”.
Albo racja biskupa.


niedziela, 26 stycznia 2020

Mielecka Parafia: rodzina czy organizacja?


Tomasz Terlikowski, kiedyś uważany za ultraortodoksę katolickiego, dzisiaj idzie w swym pisaniu  w poprzek drogi polskiego episkopatu. By nie powiedzieć, że całkiem w drugą stronę. Oczywiście nie w sprawach ortodoksji katolickiej, ale sposobu działania tak episkopatu jak i jego poszczególnych biskupów czy nawet kapłanów.

Ostatnio przeczytałem jego wypowiedź o odpowiedzialności za Kościół, jaka spoczywa na ludziach świeckich. Jest to szczególnie ważne teraz, gdy Kościół traci wiernych i pozycję, a mimo to jego „struktury hierarchiczne skupione są na „obronie swoich” i uciszaniu „niepokornych”(cytat z artykułu).

I pisze dalej Terlikowski, że „choć oczywiście w Kościele są różne powołania, różne posługi, a także istnieje hierarchia, to w niczym nie narusza to podstawowej prawdy o tym, że świeccy są dokładnie tak samo Kościołem, jak duchowni, i że mają wobec owego Kościoła dokładnie takie same obowiązki i są za niego dokładnie tak samo odpowiedzialności (choć na innych polach).”

Dzisiaj wysłuchałem kazania mieleckiego księdza Tomasza, z parafii MBNP, który, pewnie nieświadomie, w jakiś sposób nawiązał do poruszanego tu tematu odpowiedzialności świeckich za swoją parafię. Czyli za Kościół w ogólności. Zakładam, że ksiądz Tomasz prezentował oficjalne stanowisko naszego księdza Proboszcza, bo raczej inaczej być nie może.

Nawiązując do przypadającej dzisiaj pierwszej niedzieli Słowa Bożego, niedzieli modłów za powodzenie V Synodu Diecezji Tarnowskiej oraz do słów z czytań mszalnych, gdzie św. Paweł napominał wiernych, by „żyli w zgodzie i by nie było wśród was rozłamów; abyście byli jednego ducha i jednej myśli”, porównał parafię do wielkiej rodziny wiernych, w której to parafii-rodzinie rolę ojca rodziny pełni ksiądz proboszcz, a wierni stanowią dzieci tej rodziny. I chociaż Kościół należy do wszystkich, także do dzieci jak zaznaczył ksiądz Tomasz - to odpowiedzialność za rodziną spoczywa na jej głowie, czyli na księdzu proboszczu.

Oczywiście wcześniej zachęcał wiernych do włączanie się w życie parafii, do czynnego w nim udziału.

I naszły mnie takie myśli. Jakże daleko nasz Kościół, każda (chyba) tarnowska parafia, jest od tego, co widzimy choćby w Niemczech czy Stanach Zjednoczonych, gdzie wierni rzeczywiście przejęli odpowiedzialność za swój Kościół.
W Niemczech próbuje o tym przypominać tzw. „droga synodalna”, omijając zapisy prawne i tworząc ciało, w którym głos świeckich i biskupów będzie się liczył dokładnie tak samo. W Ameryce gdyby nie świeccy i ich odwaga i determinacja, nie doszłoby do procesu oczyszczenia Kościoła z pedofilii i kryjących ją biskupów. Nieco podobnie stało się w Polsce w przypadku abp Paetza, ale to wyjątek, który potwierdza słabość, bezruch i bezradność polskich cywilnych katolików, nie mających za sobą takiego wsparcia organizacyjnego, jakie mają katolicy amerykańscy. Bo na prasę katolicką w tych sprawach w Polsce liczyć nie można.
Tak w prasie jak i samym kościele najważniejszą wartością pozostaje „posłuszeństwo i unikanie dyskusji na trudne tematy”.

I pomyślałem sobie, że nawet jakby przyjąć na chwilę, że mielecka parafia ma być jak rodzina, to na pewno nie taka, jaką pamiętają dzisiejsi proboszczowie. Czyli taką, gdzie słowo ojca było ostateczne i nie podlegające dyskusji, gdzie dzieci miały jedynie słuchać i milcząco wypełniać jego polecenia. A jak się już zbuntowały, jak miały inne zdanie, jak nie pomogły kary, w tym cielesne, to można ich było wyrzucić z domu, z rodziny. A Broń Boże z dziećmi się nie dyskutowało.

Obserwuję dzisiejsze wychowanie moich wnuków i jestem pełen podziwy dla ich rodziców. Oni wszystko swoim małym dzieciom tłumaczą. Tak by dzieci, nawet jak podejmują decyzję po myśli rodziców, robiły to w pełnym przekonaniu, że same tę decyzję podjęły. Powiedziałem kiedyś synowi, że dzisiaj dzieci wychowuje się przez negocjacje. Kiedyś wychowywało się przez rozkazy i kary. Pewnie bym już tak nie umiał, ale tak jest dobrze.

I mam wrażenie, że o takiej formie rodziny, w której słowo ojca było ostateczne i nie dyskutowalne,  myślą niektórzy nasi hierarchowie, przyrównując do niej czy to parafię, czy diecezję.

A taka rodzina, szanowni księża, skończyła się i już nie wróci. I żądanie od starcychludzi, swoich wiernych, nie mówiąc już o młodych wiernych, by byli posłuszni jak te dzieci w tej dawnej rodzinie, jest dzisiaj wyrazem braku rozeznania w świecie. Więcej, jest wyrazem błądzenia w nim.

Nie można wzywać do współpracy na rzecz rodziny – parafii zakładając, że będzie tak, jak ustali ojciec proboszcz, a wszyscy przyjmą jego wersję, kiwając głowami i jeszcze się uśmiechając. Bo tak nie będzie. Tak można sobie znaleźć jedynie klakierów, którzy stworzą parafialną statystykę dla potrzeb biskupa, ale nie wniosą do parafii niczego konstruktywnego.

Jak więc może wyglądać praca świeckich na rzecz swojej parafii, na rzecz Kościoła? Czy nośne ideologicznie i bardzo ładnie w uszach brzmiące a i budzące dobre skojarzenia w sercu, przyrównywanie parafii do rodziny ma jeszcze jakikolwiek sens?
Czy uzurpowanie sobie, bo dla mnie to uzurpacja, drobnej cząstki przymiotów Boga Ojca, który jest był, jest i będzie, i którego Słowo jest ostateczne i niedyskutowane (a przynajmniej takie powinno być) przez proboszcza czy biskupa, jest dzisiaj dopuszczalne i sensowne?

Dla mnie parafia czy diecezja z jej wiernymi to na poziomie ziemskim pewna forma organizacji. I jak każda organizacja musi mieć swojego przywódcę. Czy to będzie biskup, czy proboszcz.
I jak w każdej organizacji ostatecznie liczy się głos przywódcy. Ale mądry przywódca słucha głosu swoich podwładnych. Bo sam nigdy nie jest wszystkowiedzący, jak Bóg.
Więcej, mądry przywódca szczególnie ceni opinie odrębne od tych, które sam ma. Bo swoje opinie to on już ma. A jak podwładni będą mu przedstawiali tylko takie opnie jakie już ma, to po co mu tacy podwładni? Chyba ze jest tak nadęty władzą, że uważa, że jest jak sam Bóg nieomylny.

Kiedyś zatrudniłem nowego pracownika. W dyskusji, która rozgorzała, zapytał nieśmiało: panie dyrektorze, czy ja mogę mieć swoje zdanie? Odpowiedziałem mu: panie Januszu, ja już swoje zdanie mam i jeśli pan będzie miał moje zdanie, to na cholerę jest mi pan potrzebny.

W polskim Kościele liczy się tylko ślepe posłuszeństwo. Nikt nie ma prawa mieć swojego zdania. To jedna z przyczyn tego, że Kościół tylko dołuje w ostatnim czasie.
Niestety, jestem pesymistą. Nie wierzę, że cośkolwiek się w tej sprawie zmieni. Szczególnie gdy zmieniać/nie zmieniać będą proboszcze i biskupi, wyposażeni w takie opinie świeckich, które  są identyczne z ich opiniami. Bo w przypadku innego zdania nie będą więcej doradzali.

I tak będzie do czasu, kiedy nie poczują się nie ojcami rodzin w starym stylu, ale przywódcami nowoczesnych organizacji, gdzie liczy się efektywność,  a nie „moja racja”.
Albo racja biskupa.


piątek, 24 stycznia 2020

Dzwoni wnuczek po 50 tysięcy


Wciąż mnie zadziwia, a moje zdziwienie rośnie z każdym następnym przypadkiem, ilość naiwnych, którzy dają się nabrać na słynne już i – wydawało by się – powszechnie znane oszustwo na tzw. „wnuczka”.

Nie pomagają szkolenia policyjne seniorów, nie pomagają apele w kościołach, wydawać by się mogło, najskuteczniejszym środku przekazu dla ludzi starych, nie pomaga przekaz w TVP. Nic nie pomaga.
Media wciąż donoszą, że kolejna osoba wybrała z banku, wyciągnęła ze skarpety,  15, 50 czy 100 tys. i dała obcemu.

Nie wiem czy psychologowie lub socjologowie przyglądali się sprawie. Może. Nic o tym nie wiem. Dla mnie te fakty pokazują stan mentalny polskiego, podstarzałego, niedouczonego społeczeństwa, najczęściej emerytów, oddzielonych od codziennej egzystencji jakby szklaną taflą .

Ci ludzie żyją w niby szklanej, emerytalnej bańce, nie mający za bardzo innego kontaktu ze światem, jak seriale telewizyjne i sączący się jad nienawiści kanałów informacyjnych, bańce przepełnionej często niedostatkiem, czy wręcz biedą. Wyalienowują się oni całkowicie z „normalnego” świata, który gdzieś za oknem i żyją w jakiejś ułudzie, w której nieobecni często na co dzień krewni są jedynym ważnym elementem, spinającym ich jeszcze ze światem. I gdy ktoś mówi przez telefon, że stała się tragedia wnuczkowi, niewidzianemu przez lata, wtedy przestają myśleć.
Wszystko dla rodziny. Nawet jak rodzina ma ich gdzieś.

To smutne, bardzo smutne, że takie desperackie działania stają się dzisiaj karykaturą zanikających w społeczeństwie więzów rodzinnych, którzy ci starzy  ludzie mieli za coś może najważniejszego na świecie.

Fakt jednak pozostaje faktem. Poziom świadomości starych ludzi nie wzrasta, a maleje. I to im więcej się im mówi ze wszystkich stron i ze wszystkich mediów. Zapewne nawet  kościelne informacje przesypiają, podobnie jak kazania, lub nie zauważają, pogrążeni w modłach przez śmiercią.

Ale żeby nie było tak, że dziadek nastaje tylko na dziadków, trzeba powiedzieć dla równowagi o drugiej nodze społecznej naiwności, by nie powiedzieć głupoty, połączonej tym razem z chciwością.
Bo nie tylko staruszkowie dają się robić w konia. Fakt jednak faktem, że najczęściej ci głupsi z obywateli i ci bardziej chciwi. Bo niejako odroślem powyższych kwestii są sprawy typu AmberGold, w których naiwni wierzą, że można dostać oprocentowanie 5 czy 10 razy wyższe niż w banku. A na to nabierają się i starzy i młodzi, i niewykształceni, i czasami trochę poduczeni.  Bo dla bardziej wykształconych są afery typu Get Back. Tam się inwestuje. A to brzmi dumnie. Prostak tego nie wymówi.

Wspólnym mianownikiem w tych sprawach, podobnie zresztą jak w zaciąganiu kredytów we frankach jest to, że według poszkodowanych winne jest zawsze państwo, które nie dopilnowało, nie pouczyło. Nigdy chciwość zainteresowanych. Nigdy ich skłonność do ryzyka czy hazardu.
Zawsze państwo.

Reasumując: przekręty na wnuczka będą nadal, piramidy finansowe także, a głupi samorządowcy będą trzymać nie swoje pieniądze w podejrzanych bankach.

I żeby domknąć koła absurdu należy czekać, że i za przekręty „na wnuczka” poszkodowani także obciążą państwo. A co? Nie można?
Teraz państwo jest z obywatelem. Szczególnie tym mniej zaradnym. By nie powiedzieć, głupszym.


Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?

  Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?   Skończyły się Dni Mielca. Ponoć były fantastyczne. A już występ pani Chylińskiej –...