sobota, 3 sierpnia 2019

Mielec „został się sam”


Telewizja Polska zawiodła Mielczan. Niby truizm, ale jeszcze niektórzy wierzyli. Właściwie to nawet nie wiadomo, kto zawiódł. Podejrzenia fejsbukowiczów są kierowane pod adresem rządzącej telewizją i Polską Partii, a pani Jaworowicz dostaje się niejako przy okazji.

Swoją drogą to przebrzmiała, pomarszczona gwiazda z dalekiej przeszłości, w którą niektórzy nadal są wpatrzeni jak w Gwiazdę Zaranną Wenus. Ale to tak mimochodem.

Przyznam, że nie miałem złudzeń, jak choćby pewnie bezpośrednia rozmówczyni prezesa Kaczyńskiego, że telewizja polska wraz z rządząca Partią rozwiąże Mielcowi problem Kronospanu.
Bo ten problem jest nierozwiązywalny. Można jedynie (i trzeba) minimalizować jego skutki. Do tego oczywiście potrzebne jest nieustanne działanie, zapoczątkowane słynnymi protestami, kierowanymi przez aktywnych mielczan (z których niektórzy załapali się na stołki i przestali wierzyć w to co głosili) i nieustająca kontrola powietrza nad miastem. Z nosem skierowanym na Kronospan.

Czy starczy aktywnym determinacji i czasu? Nie wiem. Mam dla nich wielki szacunek, mimo że nie do końca myślę tak samo jak oni o przyczynach i skutkach skażenia powietrza.

Ale to tacy cisi, nasi, mieleccy bohaterowie.

Pewnie rada miasta nie uczci żadnego z nich ulicą czy innym przywilejem, szczególnie gdy sama rada miasta, a szczególnie niektórzy jej członkowie, mają tak wiele „za uszami” w związku ze sprawą.
Jedni całkiem historycznie, inni bardziej współcześnie. Jedni sadzili drzewka i robili sobie ładne fotografie (to wiemy), drudzy protestowali przeciwko, ale potem szybko zapomnieli. Stali się „establiszmentem” mieleckim. A to zobowiązuje.
Establiszment establiszmentowi oka nie wykole.

Podobno wina jest po stronie samorządów. Że tak jest w Polsce źle ze środowiskiem. Tak powiedziała ponoć państwowa telewizja. Ja tam Prezydenta Wiśniewskiego za smród z Krono nie winię. Strzelił głupotę w kampanii wyborczej i teraz mu to opozycja wyciąga. Może wiedział, może nie wiedział, może wierzył, że mimo wszystko cos się uda zrobić? Ale się nie uda. Przynajmniej nie jemu.

No chyba że – jak radzi jeden z radnych opozycji, prawnik – wystąpi przeciwko Krono z powództwem cywilnym. Pomysł jest tak z czapy, że nawet pomysłodawca zabezpiecza się tym, że najpierw trzeba mieć ekspertyzę wielkiej, uznanej kancelarii prawnej. Ekspertyzę czego? Tego czy się da, czy czegoś bardziej konkretnego? Tego pomysłodawca nie sprecyzował. Jak i tego, o co niby prezydent miał się procesować. O smród nad Mielcem?

Trwa taka przepychanka polityczna w mieście, podlewana jakimiś wrzutami zupełnie gdzieś z boku. Jak ten, że w Mielcu nie ma żadnych ważnych koncertów. A np. w Stalowej Woli, rządzonej przez prezydenta z PiS są i to w dużej ilości. Ja tam jestem przeciwny sprawianiu obywatelom igrzysk za wspólne pieniądze. Każdy winien dzisiaj bawić się sam
.
Ale mimo tego uczestniczę w darmowych koncertach gwiazd X Festiwalu jazzowego w Kołobrzegu. Znowu Kołobrzeg może, a Mielec nie? Mielec też może. Byłem na świetnym koncercie klezmerów z USA. Za całe 40 złotych polskich.
Ale wrogów prezydenta to nie przekonuje. Dla nich Wiśniewski jest winien tego, że nie ma koncertów. I że śmierdzi.
No i za to, że w dniu 1 sierpnia deszcz rozgonił patriotyczną manifestację urzędników i oficjeli, a przy okazji zalał orkiestrę i jej instrumenty.
A Kołobrzeg zbudował sobie nowy amfiteatr. I wspaniały nowy Dom kultury, zwany RCK. Jak u nas za komuny.

I tak od smrodu nad Mielcem przeszedłem gładko do braku w Mielcu kultury. Rzekomego.
Ale chodzi mi o coś więcej.

Moi szanowni czytelnicy, jeśli są jeszcze takowi. Wydaje mi się, że dla Mielca nadchodzi nowy, zły czas.
Kiedyś rząd utworzył w Mielcu strefę ekonomiczną, by ratować Mielec. I uratował. Choć tak naprawdę Mielec uratował się sam, korzystając z podanej mu „wędki”. Przy okazji „kupił sobie” Kronospan. Ja nie uważam tego za coś złego, przeciwnie. Za złe uważam, że tak bardzo firmie w jej pierwszym, no, może drugim okresie działalności „poluzowano”.

Ale i nie o tym chciałem znowu pisać.

Bo wrócę do powyższej tezy: jestem przekonany, że na Mielec idzie zły czas. Co prawda przemysł jak na razie dostarcza pracy i pieniędzy, ale na nic i na nikogo już Mielec liczyć nie może. Jeszcze na te wybory coś się obieca, pewnie zrobi to i PiS, i PO-KO, ale nic nam nie dadzą. Mielec powoli będzie się zanurzał w stagnację materialną i mentalną.
Podzielona, bezsilna rada Miasta już niczego nie wymyśli. Zresztą od początku nie miała takiego potencjału.

Dlaczego Partia rządząca odpuściła sobie Mielec? Ano dlatego, że PiS chętniej daje pojedynczym jednostkom, tym bardziej biernym, a nie daje społecznościom, szczególnie tym aktywnym, a szczególnie gdy nie sprzyjają Partii rządzącej. A tak jest w Mielcu. Pamiętamy, że mimo nawały propagandowej  najwyższych władz, wybrano prezydenta Wiśniewskiego, a nie Kapinosa. Rządzący też pamiętają.

A jak będzie dalej?  Dalej będzie jeszcze gorzej. Słaby prezydent, marna Rada Miasta, bez charakteru i pomysłu. Może się zająć dziurami w jezdni i komarami, a nie rozwojem Mielca.
I nikt już drugi raz Mielcowi wędki nie poda. Zresztą co by miał i dla kogo łowić? Przecież nikt nie ma pomysłu na miarę powstania strefy. Ba, nawet na miarę powstania podstrefy.

Dla Mielca przychodzi czas stagnacji. Nie powiem, wegetacji, bo jednak ludziom nie żyje się źle. Ale Miasto jako organizm społeczny powoli zaczyna się zapadać. Wielu mnie wyśmieje. Zobaczymy za parę lat, kto miał rację.

Ps. To znaczy, ja już może nie zobaczę, bo wcześniej umrę, ale inni może mi przyznają rację. Pośmiertnie.
Racja wystarczy. Krzyż zasługi już dostałem. Od PiSu. Za krzewienie kultury.



środa, 24 lipca 2019

Inna kultura urzędników i posłów i śmierć na pasach


zdjęcie za hej.mielec

W Chorzelowie na przejściu dla pieszych zginął starszy człowiek.

To już kolejna, mielecka ofiara „polskiego przejścia dla pieszych” i braku kultury stanowiących prawo o ruchu drogowym polskich urzędników.
Ale także niefrasobliwości części polskich kierowców.

Jak jeżdżę po Mielcu, to obserwuję, że coraz więcej kierowców zatrzymuje się przez przejściami, by przepuścić pieszych, którzy jeszcze nie weszli na jezdnię, ale dopiero do tego się przygotowują. Sam też staram się takie osoby przepuszczać.

I nawet mniej robię to z troski o bliźniego swego, jak bardziej kierowany obawami o konsekwencje, które mógłbym ponieść, gdybym przechodnia na przejściu potrącił czy zabił. Już pal sześć procesy sądowe, ale może być tak, że trzeba zapłacić ofierze wypadku wielkie odszkodowanie, a i rentą do końca życia.
Rozsądni kierowcy zatrzymają się.
Nawet jak nierozsądni urzędnicy nie chcą zmienić prawa.

Sekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury, pan Rafał Weber, odpowiadając na interpelacje posłów, którzy przytaczali gotowe rozwiązania prawne z krajów Europy Zachodniej, powiedział, że „tamtejsi kierowcy do obowiązku ustępowania pierwszeństwa pieszym mającym zamiar wejść na przejście "są już przyzwyczajeni". Dodał też, że "nie wydaje się właściwym bezpośrednie przeniesienie do polskiego systemu prawnego rozwiązań funkcjonujących w innych państwach europejskich". Argumentował to tym, że "każde społeczeństwo europejskiej posiada inne uwarunkowania kulturowe, prawne, inżynieryjne, edukacyjne, czy też podejście do poszanowania prawa".

Cóż dodać, cóż ująć? Nasi kierowcy nie są przyzwyczajeni (choć duża część jest) to nie należy ich przyzwyczajać! Nie powiedział, co złego jest w „bezpośrednim” przeniesieniu rozwiązań z Europy do Polski. Bo pewnie sam nie wiedział.

A już argument, że Polacy mają inne uwarunkowania kulturowe, mimo że jeżdżą takim samochodami jak np. Niemcy, to już jest argument kuriozalny.

Ale pan minister powiedział jeszcze więcej. Stwierdził mianowicie, że „już z obecnego brzmienia przepisów rozporządzenie w sprawie znaków i sygnałów drogowych wynika to, że kierowca musi przepuścić pieszego oczekującego na chodniku”.W jego ocenie, z obowiązujących dziś przepisów już wynika, że kierowca zbliżając się do przejścia powinien się zatrzymać, "nie tylko jeżeli pieszy znajduje się na przejściu, lecz także wówczas, gdy z zachowania pieszego wynika, że może on wejść na to przejście".

I niech mi ktoś powie, że jak wynika taki stan prawny z analiz mądrych głów, to dlaczego nie można tego napisać w prawie drogowym jednym dosadnym zdaniem, by nikt nie miał trudności interpretacyjnych?
Ani policja, ani sąd, ani - przede wszystkim – kierowca zbliżający się do przejścia dla pieszych?

Na to pytanie pewnie nie znajdziemy dzisiaj odpowiedzi. Póki co pamiętajmy, ze poprzednią próbę załatwienia tej sprawy w 2015 roku storpedowali posłowie PiS. Dzisiaj to oni coś próbują naprawiać, ale jak widać po wystąpieniu ministra, mają inna kulturę. Jak reszta – według nich – Polaków.
Pamiętajmy też, że w ubiegłym roku zabito na pasach w Polsce 285 osób. To o 18 ofiar więcej niż rok wcześniej. Wśród tych ofiar na pewno jedna była z naszego powiatu. Teraz jest kolejna.

Pamiętajmy też, że za bezsensowny najczęściej pośpiech w przejeżdżaniu pasów możemy zapłacić całym życiem.
Ofiary, ale i swoim.

Ps. Pan radny Gacek apeluje do radnych powiatowych o załatwienie sprawy. Powiem tak: niech próbują, zawsze to coś da. Ale generalnie są „za krótcy” do tej sprawy.
Czas zaatakować posłów.




wtorek, 23 lipca 2019

Mielec po stronie miłości


Najważniejsza jest miłość. Ważniejsza niż chleb codzienny, praca i mieszkanie.
Polacy żyją miłością. Głównie miłością do samych siebie. Ale też miłością do innych. To proste, gdy ci inni to żona czy dzieci. Ale są jeszcze inni inni. Czy także do nich Polacy żyją miłością?
Trzeba zadać pytanie,  do jakich innych.
Bo gdy są bardzo inni, Polacy bardziej żyją brakiem miłości do nich.

Ci inni są najczęściej inni od Polaków, którzy ich nie kochają.
I choć często są podobni lub prawie tacy sami, to staramy się, by byli inni. Czynimy ich innymi.
Zapotrzebowanie jest obustronne. Czasami to my chcemy, by byli inni. Często jednak to ci inni bardzo chcą być innymi. I bardzo chcą odróżniać się od innych dla nich, czyli od nas.

Tak jest w przypadku ludzi nieheteronormatywnych. Nie wiem, kto wymyślił ten słowny dziwoląg, chyba ktoś inny, ale chodzi o  czyli lesbijki, geje, osoby biseksualne i transpłciowe – w skrócie „LGBT”.

To są ci nasi inni, którzy bardzo chcą być inni. I bardzo tę swoją inność wciąż podkreślają. Jednocześnie obrażając się na innych, którzy wypominają im, że są inni.
Podkreślają tę swoją inność także w tzw. marszach równości, które wg nich są marszami miłości.
Nie wiem do kogo miłości, może głównie do samych siebie. I do swoich obsesji.

Ja też jestem inny. Dla nich.
Ale nie staram się swojej inności, będącej podobno heteronormatywnością, podkreślać i eksponować. Jak podartych dżinsów albo odkrytych pośladków.
Po prostu jestem inny dla siebie samego.
I dla mojej inności nie żądam żadnych przywilejów.

Inni żądają. Chcą być tacy jak inni dla nich, czyli tacy jak ja. Chociaż doskonale wiedzą, że tacy być nie mogą. Wszak są nieheteronormatywni.
Zresztą nikt nie może być taki, jak jest inny.
To tak, jakby jednonożny człowiek chciał być biegaczem na 100 metrów.
Ja bardzo szanuję jednonożnych ludzi, szczególnie gdy są mądrzy i kochają bliźnich, ale roześmiałbym się w głos, gdyby mi mówili, że chcą wygrywać sprinty.

Albo jakby facet chciał zostać matką. Nie może, ale wszyscy inni wokół niego mówią, że może. I on w to wierzy. Bo jak jeden facet w związku na siłę nazywanym przez innych małżeństwem, jest mężem, a drugi żoną, to ten, który jest żoną może być matką. Logiczne? Oczywiście.
Ale nie dla innych. W tym dla mnie.

Polska żyje miłością. I Polacy także. Choć każdy inną. Bo miłości też są inne. Jak ludzie.

Wyrazicielem albo rzecznikiem  miłości innych został w Polsce Rzecznik praw obywatelskich – co by to nie znaczyło – dla którego wyrazem miłości człowieka do człowieka jest  warszawska Deklaracja LGBT. A raczej jej realizacja w praktyce. Dla tegoż Rzecznika strefy wolne od LGBT są samą nienawiścią, a nawet jej skrajnym wyrazem, czyli faszyzmem, albo lepiej, nazizmem, żeby przypadkiem nie urażać tych innych, którzy przyszli do nas w 1939 roku, a teraz z nienawiścią walczą. I za to rzecznik i inni inni ich bardzo chwalą.

Niemymi rzecznikami tej innej miłości w wydaniu mieleckim jest niema Rada Miasta Mielca, która nie umie albo boi się, albo jest po prostu inna od innych rad, które są odważniejsze, by wyrazić swoją miłość do którychkolwiek innych.

Miłość nas wyzwoli. Prawda?
A może Prawda nas wyzwoli? Prawda mówiona wprost w oczy. Że inny musi być inny, bo nigdy nie będzie taki sam z urodzenia, przyrodzenia, z nazwiska, adresu zamieszkania, preferencji do lubienia czekolady, miłości do prawa.

Wszyscy ludzie są inni. Każdy jest inny od wszystkich innych.

Ale jednocześnie wszyscy ludzie są równi. Równi wobec czego? Wobec prawa. Jakiego? Prawa człowieka?
A co to jest?
Prawo tworzyliśmy przez dwa tysiące lat, licząc Żydów, trzy tysiące. I w tym prawie każdy ma swoje przypisane mu role. Matka rolę matki, ojciec ojca.
Że czasami jedni i drudzy nie umieją być rodzicami, nie przekreśla tego prawa.

Jak przychodzą inni i mówią, że ich to prawo nie obowiązuje, bo oni mają swoje prawa człowieka, to ja mówię, że mnie ich prawa człowieka, które sobie wymyślili, też nie obowiązują.

A jak ci inni chcą zniszczyć moją cywilizację, moją kulturę, to tym bardziej stają się innym, bardzo innym, dla tych innych.
I niech mnie nikt nie szantażuje miłością do innych. Kocham bliźniego swego. Innego także. Ale kocham w ramach prawa, które zostawił mi Bóg.
Kochaj innego (bliźniego) swego, jak siebie samego.
I tak samo ich kocham. Jak siebie w tej odwiecznej kulturze.
Nie poza nią. Nie wbrew niej.

PS. Swoją drogą tak tchórzliwej rady miasta to jeszcze nasze miasto nie miało.

wtorek, 16 lipca 2019

Przymiarka do prywatyzacji Szpitala? Król jest nagi – dyr. Więcław w roli „dziecka Andersena”.

Przeczytałem na hej.mielec krótką notkę o wystąpieniu dyrektora Szpitala Powiatowego na sesji Rady Powiatu, traktująca o problemach naszego Szpitala, a potem ciekawy felieton pana Kacpra Strykowskiego, rozszerzający nieco spojrzenie na sprawę. I gdyby mówić o bieżącej sytuacji naszej lecznicy, to pewnie niewiele do tego felietonu bym dodał.
Może tylko to, że pan Więcław, dyrektor szpitala, wystąpił przez radnymi i całym mieleckim społeczeństwem w roli „dziecka Andersena” z bajki „Nowe szaty króla”.
Powiedział on w oczy obu opcjom politycznym, żeby nie udawały, że w minionych latach „uszyły” dla naszego szpitala wspaniałe nowe szaty, w których Szpital ten wygląda wspaniale, po królewsku, majestatycznie i władczo.
O tym, że ten okrzyk - „król jest nagi” - może być prawdziwy, świadczy fakt, że obciąża on tak samo krawców z PiS – u, którzy niedawno utracili władzę i swoje „maszyny do szycia”, jak i tych z SLD, potem Razem dla Ziemi Mieleckiej, naszego Mielca  i PSL – u, którzy szyli szaty przez długie lata, a teraz stanowią pracodawców mówiącego te gorzkie słowa Dyrektora Więcława.
Król więc jest najprawdopodobniej nagi, szanowna królewska gawiedzi, drodzy Mielczanie, i co najwyżej cztery listki figowe przykrywają jego starcze przyrodzenie. To te cztery oddziały, przynoszące zyski, czyli pracujące na siebie i dyrekcję.
Dla pociechy powiem, że nie oznacza to wcale, że król przestanie być królem, a szpital szpitalem.
Co najwyżej szybko owinie się go jakimiś starymi łachami, przegoni albo ukryje krawców, utnie część materiału, zakupionego na nowe szaty króla i go odsprzeda, zwolni część kuchcików, sprzątających i pielęgniarek, i jakoś to będzie.
Wszyscy, a radni w szczególności, będą starali się przetrwać do nowych lepszych czasów, kiedy limitów na zabiegi nie będzie, podatki na służbę zdrowia drastycznie wzrosną, a dodatkowo to co wykonane ponad kontrakt i tak zostanie zapłacone. Jak to już bywało.
Tym bardziej że zbliżają się wybory i może znowu dorzuci się trochę pieniędzy. Wszak żyje się nam coraz dostatniej. Szczególnie z budżetu. Jak banki oferują roczną lokatę za 2 % to ZUS waloryzuje wkłady emerytalnie o 9,2 %. Dla mnie fajnie, ale ktoś kiedyś za to zapłaci. Może właśnie służba zdrowia.
Ale wróćmy do rzeczy, czyli możliwego, nie bajkowego rozwoju sytuacji wokół szpitala.
Ja się nie łudzę, że sytuacja się poprawi. Będzie coraz gorzej z finansami państwa. Zaczynamy się rozpędzać. Opozycja też licytuje na obietnice. Grecja coraz bliżej, i to nie ta z wakacji.
I teraz jest dwa możliwe scenariusze, dotyczące Szpitala (albo trzeci łączny).
Po pierwsze - moim zdaniem - przedstawiając katastrofalną sytuację, pan dyrektor Więcław „urabia” radnych, mielczan i załogę szpitala pod drastyczne cięcia oszczędnościowe, jakie by one nie były.
Drugi scenariusz to mentalne przygotowanie społeczeństwa  do prywatyzacji szpitala.
Już kiedyś, w dobrych dla szpitala czasach, mówiono o jego prywatyzacji. Że niby byli chętni, nawet wymieniało się nazwiska. To pewnie plotki, ale może miały cień prawdy. Bo łatwo sprywatyzować dobrze działającą placówkę.
Potem co najwyżej poodcina się więdnące „członki”.
Mówiło się też, że są chętni na prywatyzację poszczególnych oddziałów, wymieniając w tym kontekście powstałą wtedy ProFamilię. Ale to też przestało mieć sens, gdyż znacząca część mieleckich kobiet jeździ i tak rodzić do Rzeszowa. Tylko oddziału położniczego na wszelki wypadek nie remontowano i dzisiaj straszy swoim socjalistycznym wystrojem całą okolicę.
Czy jednak można łatwo sprywatyzować szpital? Łatwo to go można przekształcić w spółkę prawa handlowego. Wtedy właściciel, czyli powiat, nie dołoży tych 10 mln, co się przewiduje na ten rok. Tylko co dalej?
Jest i trzeci powód tego dramatycznego wystąpienia dyrektora Więcława: połączenie opcji pierwszej i drugiej. Najpierw reżim oszczędnościowy, potem prywatyzacja. Nowa spółka będzie miała prościej.
Jak będzie, zobaczymy. Życzę powodzenia, panie Dyrektorze
Ps. Nie silę się na fachowość w sprawach stricte medycznych, ale na moją skromną wiedzę, nie ma racji mój szanowny kolega Kacper, pisząc, że „w odwodzie zostaje jeszcze zmiana formuły organizacyjno-prawnej, czyli przekazanie danego oddziału organowi zewnętrznemu – (…) gdzie nie ma żadnych limitów przeprowadzanych zabiegów”.
Limitów nie ma na położnictwie, na onkologii, przy ratowaniu życia zawałowcom (PAKS) i pewnie w wielu innych specjalnościach, ale na pewno nie we wszystkich. Bo niby dlaczego na endoprotezę stawu czeka się 4 lata? Więc ważne jest rozeznanie w całym tym systemie i wybieranie tego, co jest rentowne i co pozwoli sfinansować działania mniej rentowne, ale potrzebne w danej społeczności.
Ale ględzenie radnych, że szpital nie ma być dochodowy, świadczy o ich niewielkiej kulturze ekonomicznej.

poniedziałek, 15 lipca 2019

Król jest nagi – dyr. Więcław w roli „dziecka Andersena”, czyli wstęp do prywatyzacji Szpitala


Przeczytałem na hej.mielec krótką notkę o wystąpieniu dyrektora Szpitala Powiatowego na sesji Rady Powiatu, traktująca o problemach naszego Szpitala, a potem ciekawy felieton pana Kacpra Strykowskiego, rozszerzający nieco spojrzenie na sprawę. I gdyby mówić o bieżącej sytuacji naszej lecznicy, to pewnie niewiele do tego felietonu bym dodał.

Może tylko to, że pan Więcław, dyrektor szpitala, wystąpił przez radnymi i całym mieleckim społeczeństwem w roli „dziecka Andersena” z bajki „Nowe szaty króla”.

Powiedział on w oczy obu opcjom politycznym, żeby nie udawały, że w minionych latach „uszyły” dla naszego szpitala wspaniałe nowe szaty, w których Szpital ten wygląda wspaniale, po królewsku, majestatycznie i władczo.

O tym, że ten okrzyk - „król jest nagi” - może być prawdziwy, świadczy fakt, że obciąża on tak samo krawców z PiS – u, którzy niedawno utracili władzę i swoje „maszyny do szycia”, jak i tych z SLD, potem Razem dla Ziemi Mieleckiej, naszego Mielca  i PSL – u, którzy szyli szaty przez długie lata, a teraz stanowią pracodawców mówiącego te gorzkie słowa Dyrektora Więcława.

Król więc jest najprawdopodobniej nagi, szanowna królewska gawiedzi, drodzy Mielczanie, i co najwyżej cztery listki figowe przykrywają jego starcze przyrodzenie. To te cztery oddziały, przynoszące zyski, czyli pracujące na siebie i dyrekcję.

Dla pociechy powiem, że nie oznacza to wcale, że król przestanie być królem, a szpital szpitalem.
Co najwyżej szybko owinie się go jakimiś starymi łachami, przegoni albo ukryje krawców, utnie część materiału, zakupionego na nowe szaty króla i go odsprzeda, zwolni część kuchcików, sprzątających i pielęgniarek, i jakoś to będzie.

Wszyscy, a radni w szczególności, będą starali się przetrwać do nowych lepszych czasów, kiedy limitów na zabiegi nie będzie, podatki na służbę zdrowia drastycznie wzrosną, a dodatkowo to co wykonane ponad kontrakt i tak zostanie zapłacone. Jak to już bywało.

Tym bardziej że zbliżają się wybory i może znowu dorzuci się trochę pieniędzy. Wszak żyje się nam coraz dostatniej. Szczególnie z budżetu. Jak banki oferują roczną lokatę za 2 % to ZUS waloryzuje wkłady emerytalnie o 9,2 %. Dla mnie fajnie, ale ktoś kiedyś za to zapłaci. Może właśnie służba zdrowia.


Ale wróćmy do rzeczy, czyli możliwego, nie bajkowego rozwoju sytuacji wokół szpitala.
Ja się nie łudzę, że sytuacja się poprawi. Będzie coraz gorzej z finansami państwa. Zaczynamy się rozpędzać. Opozycja też licytuje na obietnice. Grecja coraz bliżej, i to nie ta z wakacji.

I teraz jest dwa możliwe scenariusze, dotyczące Szpitala (albo trzeci łączny).
Po pierwsze - moim zdaniem - przedstawiając katastrofalną sytuację, pan dyrektor Więcław „urabia” radnych, mielczan i załogę szpitala pod drastyczne cięcia oszczędnościowe, jakie by one nie były.

Drugi scenariusz to mentalne przygotowanie społeczeństwa  do prywatyzacji szpitala.
Już kiedyś, w dobrych dla szpitala czasach, mówiono o jego prywatyzacji. Że niby byli chętni, nawet wymieniało się nazwiska. To pewnie plotki, ale może miały cień prawdy. Bo łatwo sprywatyzować dobrze działającą placówkę.
Potem co najwyżej poodcina się więdnące „członki”.
Mówiło się też, że są chętni na prywatyzację poszczególnych oddziałów, wymieniając w tym kontekście powstałą wtedy ProFamilię. Ale to też przestało mieć sens, gdyż znacząca część mieleckich kobiet jeździ i tak rodzić do Rzeszowa. Tylko oddziału położniczego na wszelki wypadek nie remontowano i dzisiaj straszy swoim socjalistycznym wystrojem całą okolicę.

Czy jednak można łatwo sprywatyzować szpital? Łatwo to go można przekształcić w spółkę prawa handlowego. Wtedy właściciel, czyli powiat, nie dołoży tych 10 mln, co się przewiduje na ten rok. Tylko co dalej?

Jest i trzeci powód tego dramatycznego wystąpienia dyrektora Więcława: połączenie opcji pierwszej i drugiej. Najpierw reżim oszczędnościowy, potem prywatyzacja. Nowa spółka będzie miała prościej.
Jak będzie, zobaczymy. Życzę powodzenia, panie Dyrektorze



Ps. Nie silę się na fachowość w sprawach stricte medycznych, ale na moją skromną wiedzę, nie ma racji mój szanowny kolega Kacper, pisząc, że „w odwodzie zostaje jeszcze zmiana formuły organizacyjno-prawnej, czyli przekazanie danego oddziału organowi zewnętrznemu – (…) gdzie nie ma żadnych limitów przeprowadzanych zabiegów”.
Limitów nie ma na położnictwie, na onkologii, przy ratowaniu życia zawałowcom (PAKS) i pewnie w wielu innych specjalnościach, ale na pewno nie we wszystkich. Bo niby dlaczego na endoprotezę stawu czeka się 4 lata? Więc ważne jest rozeznanie w całym tym systemie i wybieranie tego, co jest rentowne i co pozwoli sfinansować działania mniej rentowne, ale potrzebne w danej społeczności.
Ale ględzenie radnych, że szpital nie ma być dochodowy, świadczy o ich niewielkiej kulturze ekonomicznej.


Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?

  Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?   Skończyły się Dni Mielca. Ponoć były fantastyczne. A już występ pani Chylińskiej –...