czwartek, 22 września 2022

Prognoza (2007)


zdjęcie za: Miasto Mielec

 

Odmaluj swoją wioskę a odmalujesz cały świat. To oczywiście mógł powiedzieć ktoś tak wielki, jak Lew Tołstoj a za nim powtórzyć jeden z moich ulubionych muzyków, wielki kompozytor i wykonawca, Astor Piazzolla, twórca tango nuevo.

 

Minęło kilkanaście tygodni od dnia publikacji mojego pierwszego felietonu w Korso. Mam nadzieję, że kolejne są lepsze od poprzednich i mam nadzieję, że są na tyle ciekawe, by czytelnicy nie żałowali czasu poświęconego na ich czytanie. Na początku nie wiedziałem do końca, o czym będę pisał w lokalnej gazecie, jaką jest Korso. Łatwo jest pisać o wielkiej polityce , o moralności , o ciekawostkach w świecie, ale to robią inni, lepiej i szybciej, a zadaniem gazety lokalnej jest pisanie o sprawach lokalnych. Warunek podstawowy tego pisania to - moim zdaniem - zaciekawienie czytelników. Zainteresowanie ich naszym pisaniem o naszych zwykłych, codziennych, często szarych z pozoru, sprawach. Trzeba próbować to robić tak, aby - jak pisał Tołstoj - poprzez problemy naszego miasta pokazywać problemy świata. Nie jest to łatwe i nie wiem, czy mi akurat to się uda. Będę jednak próbował.

 

Stanisław Lem, nasz wielki przepowiadasz przyszłości, wyśmiewał się z futurologów, którzy w prosty sposób, bazując na danych z zastanej rzeczywistości, usiłowali przewidywać przyszłość, stosując głównie arytmetykę, mnożąc i dodając. Jakie są pożytki z tak nieskomplikowanego przewidywania ? Zapewne trening umysłowy, powiększenie - z konieczności - zasobu informacji o świecie i - być może - jakieś tam małe natchnienie dla czytelników. Prognozy przyszłości robi się najczęściej dla świata lub jego znaczącej części. W prognozach dla kraju prym wiodą politycy a efekty takich prognoz zdołaliśmy poznać w ostatnich kilkunastu latach. Szczerze mówiąc, nie znam nikogo, kto spróbowałby prognozować dla tak małego organizmu, jakim jest miasto czy otaczający je region. Może dlatego, że taka prognoza i tak musi być ściśle skorelowana z prognozą dla świata, na którą stać jedynie wielkie umysły czy zespoły ludzkie.

 

Gdy patrzę wstecz na ostatnie kilkadziesiąt lat, to stwierdzam, że rozwój Mielca przebiegał od jednego znaczącego – żeby nie powiedzieć, przełomowego – wydarzenia do drugiego, od jednego kryzysu do drugiego. Trwanie Mielca w latach międzywojennych zakłóciło powstanie COP – u i budowa fabryki wraz z osiedlem mieszkaniowym, napływ ludzi „ze świata”, gwałtowna zmiana sposobu życia. Dwa lata później wojna, z jej nie do końca spisanymi konsekwencjami. Potem wyzwolenie, rządy Rosjan w fabryce, wojna koreańska i wyścig zbrojeń oraz - związana z tymi wydarzeniami - rozbudowa WSK i Mielca. W kolejnych latach zapaść, plotki o likwidacji lotnictwa i epoka Gierka, wielki eksport na wschód aż do roku 1989. Kolejna zapaść fabryki i miasta, którą zakończyło powstanie specjalnej strefy. Po drodze wejście do NATO i UE. Jesteśmy obecnie w fazie szybkiego rozwoju gospodarki polskiej i mieleckiej. Władze wszystkich firm i instytucji mają swoje przewidywania i prognozy. Najczęściej są one liniowe, z jakimś tam zapasem bezpieczeństwa. A takie prognozy sprawdzają się, jako - tako, w okresach pomiędzy kryzysami. Firmy martwią się o siebie i tak musi być. Każda rodzina martwi się o siebie, choć niektórzy liczą na pomoc innych. Rząd martwi o państwo, a o Mielec i najbliższy region muszą martwić się jego mieszkańcy, poprzez swoje władze miejskie i powiatowe.

 

Kiedyś skrytykowałem ankietę, którą jakaś firma na zlecenie władz miasta wykonywała , a która to ankieta ma posłużyć planowaniu rozwoju miasta w najbliższych latach. Takie działanie jest oczywiście potrzebne i – zasadniczo - celowe. Coś tam daje, określając potrzeby mieszkańców i ich miasta w przyszłości, bazując na potrzebach aktualnie określanych przez mieszkańców.

 

Jednocześnie jest to przykład na linowe przewidywanie przyszłości. Jak wszystko będzie dobrze, to będziemy potrzebować ileś tam chodników, miejsc pracy, basenów itd. Dwanaście lat temu planowaliśmy rozwój i zagospodarowanie mieleckiej strefy. I chociaż przekroczona została ilość nowych miejsc pracy, to strefa wygląda zupełnie inaczej, niż to przewidywaliśmy wtedy. Ale co będzie jak znowu nastąpi wydarzenie nieprzewidywalne, dramatyczne? Najprostszą odpowiedzią jest, że nie da się planować rozwoju pod nieprzewidywalne wydarzenia. Czy można tak odpowiedzieć? Oczywiście że nie. Czy nasi poprzednicy usiłowali przewidzieć przyszłość Mielca? Pewnie niektórzy tak . Czy ich działanie w przeszłości dało pozytywny efekt obecnie? Ja uważam, że jak najbardziej tak. A co łączyło poprzednie okresy naszego miasta, idącego od przełomu do przełomu? Jeden był wspólny element wszystkich kolejnych okresów – to przyjazd do Mielca wykształconych ludzi, głównie inżynierów, a później intensywne kształcenie kolejnych, już na miejscu, w różnego rodzaju filiach wyższych uczelni, przede wszystkim technicznych.

 

I jeśli trzeba pamiętać ostatniemu dyrektorowi WSK, Tadeuszowi Ryczajowi, budowę infrastruktury technicznej fabryki i miasta, to przede wszystkim trzeba pamiętać okres jego dyrektorowania, jako okres intensywnego kształcenia kadr, głównie technicznych. Stworzona w Mielcu kultura techniczna, której np brakuje w Tarnobrzegu, jest większym magnesem dla inwestorów niż istniejąca tu infrastruktura. Jeśli dziś mamy kłopot ze stadionem, to jednocześnie mamy intensywny rozwój miasta, za którym stoją wykształceni ludzie. Nie wiadomo, jaka będzie przyszłość. Szkoda wysiłku, by w oparciu o dane z dzisiaj, żmudnie liczyć ilość metrów kwadratowych czegoś tam, za trzydzieści parę lat. Jedyną prawdziwą inwestycją w przyszłość, która ma wielkie szanse oprzeć się przyszłym kryzysom - nieciągłościom w rozwoju miasta, jak powiedziałby inżynier – jest inwestycja w kształcenie ludzi. To pewnie też jest prognozowanie liniowe, oparte na dotychczasowych doświadczeniach. Ma ono jednak tę zaletę, że zrealizowany produkt takiego prognozowania jest niesłychanie elastyczny, o wiele bardziej niż wybudowane hale, których nie da się przenieść, bardzie niż baseny, chodniki, nawet mieszkania. Myślę, że myślenie o przyszłości Mielca to myślenie o kształceniu ludzi w nowoczesnych specjalnościach, ludzi którzy tu zostaną, którzy swoje umiejętności będą rozwijać i dostosowywać do zmieniających się potrzeb. Myślenie o przyszłości to – moim zdaniem – utworzenie w Mielcu uczelni, lub filii uczelni technicznej i tworzenie warunków, by wykształceni ludzie w Mielcu zostawali lub do niego przyjeżdżali.

 

 

 

sobota, 17 września 2022

Święty (patron) dla Mielca

 

Festa di Santa Agata w Katanii

15 lat temu, jako pierwszy w Mielcu, proponowałem wybranie dla Mielca jakiegoś świętego z "biglem" na patrona, a to po to, żeby w dniu jego święta można było zrobić powszechną zabawę (nie odpust) dla wszystkich mielczan, wierzących i nie. I nawet zaapelowałem o to do władz miasta i czterech mieleckich proboszczów.  No i wybrali. No i mamy patrona, a raczej patronkę, czy Matkę Bożą Nieustającej Pomocy. 

O jakiejkolwiek zabawie w dniu jej święta oczywiście nie ma mowy. Jest za to odpust i jak ktoś spełni warunki, będzie miał odpuszczoną karę w czyśćcu.

Dobre i to. :)

Moje wspomnienia z podróży na Sycylię utrwalam sobie, oglądając bardzo często Sicilia Channel. Kto ma platformę Cyfra + może wybrać 257 kanał i zobaczy tam, prócz piękna Sycylii, jak może wyglądać lokalna telewizja z misją. Ta telewizja nadawana z Katanii ogranicza się do nadawania filmów i reportaży, pokazujących piękno Sycylii, jej zabytki, muzea, piękną przyrodę, zwyczaje, tradycję, lokalne rozgrywki sportowe, trochę rozrywki i niewiele wiadomości. Nie o misji mediów chciałem tu jednak mówić. Jesienią i na początku każdego roku, w lutym, miasta wschodniej Sycylii bawią się na festach. To coś na kształt lokalnego karnawału. Z tego co mi wiadomo, festom patronują lokalni święci. Zaczyna się cała impreza wyprowadzeniem z kościoła, w którym „urzęduje” patron miasta jego figury na specjalnych nosidłach – w Acireale (miasto obok Katani, w którym ma miejsce największa festa na Sycylii) wielką figurę niesie około pięćdziesięciu młodych, rosłych mężczyzn, a wielu innych usiłuje dopchać się do niesienia. W zeświecczonej Sycyli, w której kościoły są dość puste, takie tłumne i gorliwe uczestnictwo w procesji budzi moje zdziwienia. Oczywiście, po całym uroczystym wstępie – którego w całości nie miałem okazji oglądać – zaczyna się trwająca do rana zabawa, z muzyką, tańcami, fajerwerkami, winem i śpiewem. A zabawa Sycylijczykom udaje się bardzo dobrze. Zazdroszcząc im luzu i tych zabaw pomyślałem sobie, czy taka zabawa byłaby możliwa w ponurej Polsce. Nasze święta narodowe są cierpiętnicze i pewnie nic z tym zrobić się nie da. Nawet święto Matki Boskiej, czy to 3 maja, czy 15 sierpnia jest tak poważne, że pewnie Matka Boska w niebiosach dostaje dreszczy.

Jak tak myślałem, to wymyśliłem coś, co pewnie nie wszystkim się spodoba, ale co może być odwróceniem tradycji cierpiętniczego obchodzenia świąt w Polsce, jeśli się przyjmie. Chciałem mianowicie zaproponować sześciu najważniejszym ludziom w Mieście, czyli Panu Prezydentowi, Panu Staroście i czterem Księżom Proboszczom, aby wraz z mieszkańcami wybrali patrona Mielca, jakiegoś świętego z „biglem”, którego święto wypada w miesiącach letnich, np. świętego Marka czy nawet św. Mateusza (21 września już zimno), wcześniej celnika, a więc człowieka wtedy nieświętego. I ustanowili na ten dzień święto Mielca połączone z wielką festą, na wzór sycylijski. Święto dla wierzących i niewierzących, pod patronatem tegoż świętego i tych sześciu najważniejszych osób, z wielką zabawą, z dobrymi imprezami. Oczywiście, dla tych, którzy chcieliby się modlić, byłyby msze, dla tych, spragnionych wyłącznie zabawy, byłaby zabawa.

Aby zapoznać się z tradycją sycylijską w tej materii - a katolicyzm włoski i jego otoczka jest bardzo polska, bo z Włoch wzięliśmy zwyczaje kościelne, malowidła, symbole itd. – możemy w lutym wysłać do Acireale delegację Mielca, aby na miejscu zobaczyła jak bawią się sycylijczycy i przeniosła tę zabawę do Mielca a potem do Polski.

 

Mit o Dolinie (Lotniczej)


Zdjęcie za Lotnicze Podkarpacie

Ten felieton napisałem 15 lat temu. Nabijałem się trochę w nim z tworu zwanego Doliną Lotniczą, ale czy słusznie? Co prawda kryzys nieco przyhamował rozwój produkcji lotniczej w regionie, ale Rzeszów radzi sobie świetnie. jak Mielec? Chyba nie tak świetnie. Chyba raczej zaczynamy pikować. Jest wojna i Sikorsky, ale czy to nie za mało?

I Pan stworzył Dolinę. Wielkie Drzewo rosło w jej centralnym miejscu. Nad Drzewem Słońce, Władca Przestworzy, dawca życia. Gałęzie Drzewa obsiadły Ptaki Doliny, zmęczone lotami ku Słońcu. Ptaki - dzieci Drzewa i Słońca, owoce ich odwiecznego związku. Drzewo było potężne. Ogromny pień wczepiony niezliczonymi korzeniami w dno Doliny, zdawał się zmierzać do Nieba. Rozłożyste gałęzie podpierały chmury, płynące ponad Ziemią, dawały ich niepewnym na wietrze kształtom, ulotne poczucie pewności, wręcz ochronę przed upadkiem. Drzewo, z głębokości Pod -Ziemi, niosło pokarm Dzieciom – Ptakom. Bardziej doświadczonym w lotach, zapewniało bezpieczeństwo w chwili odpoczynku, młodym i małolotnym, dawało przewagę wysokości, umożliwiającą start do pierwszych lotów, do popisów przed stworzeniami pełzającymi i biegającymi w cieniu Drzewa. Gdy Wszechświat - Res - wchodził w Sferę Dawania Życia, gałęzie Drzewa wiły się w gniazda, w których wraz ze Słońcem poczynały Święte Jaja - Ovum. Sfera Trwania zaczynała z nich nowe - lotne i ulotne zarazem - życia i rozwijała je jak skrzydła młodych ptaków. Wylatywały wtedy ze swych gniazd, najpierw nieśmiało, pomiędzy konary Drzewa, potem coraz dalej i dalej, wyżej i wyżej, do Słońca, do ich Ojca i Stwórcy. Całe niebo nad Doliną zacieniały skrzydła coraz większych ptaków, ptaków coraz śmielszych i coraz doskonalszych. Dnem Doliny płynęła Rzeka, której źródeł można by szukać w głębinach Pod - Ziemi, pomiędzy splątanymi korzeniami Drzewa. Za Doliną kierowała swe wody w cztery strony świata. Niosła w nich spadłe pióra z ptasich skrzydeł. Ludzie, daleko od Doliny, łapali pióra, przypinali do ramion, machali niezdarnie rękami. Nie wzlatywali w Niebo. Zazdrościli. U źródeł rzeki, w Dolinie, którą nazwali Res-Ovum a potem Res-Ovia, coraz większe Ptaki zaczynały swoje życie, coraz wyżej wzlatywały. 

 To co napisałem powyżej to oczywiście „święta jaja”, które przyszły mi do głowy, gdy postawiłem sobie zadanie napisania mitu , który mógłby być u początku Doliny Lotniczej, a po przeróbce każdej innej Doliny. Już dziś Doliny zaczynają w Polsce być lokalnymi mitami. Dolina Lotnicza, Dolina Krzemowa przy A 4 od Wrocławia do Krakowa, za chwilę będą inne doliny. Ja naprawdę znam dwie Doliny, prawdziwe, z krwi i kości, będące sukcesem nie wirtualnym lecz realnym. Jedna to Dolina Przemysłowa w Mielcu a druga to Dolina Aluminiowa w Stalowej Woli. Nie stoi za nimi propaganda, lecz ciężka praca. Są tworami zbudowanymi od podstaw, od korzeni. Samo nazywanie, nie poparte stworzoną materią, cudów nie czyni, chociaż czy zawsze? Co to jest Dolina Lotnicza, o której tak wiele się ostatnio mówi. Dla mnie to przede wszystkim świetny, na wpół wirtualny, produkt marketingu, którego efekty są jednak jak najbardziej pozytywne i realne – dla Rzeszowa i dla Prezesa Dareckiego. Dolina Lotnicza to Stowarzyszenie Grupy Przedsiębiorców Przemysłu Lotniczego. Obecnie jest to 56 firm. Jednym z głównych celów DL jest organizacja i rozwijanie efektywnego kosztowo łańcucha dostawców. Co to znaczy w przełożeniu na praktykę, nie wiem. Wiem, że związki z lotnictwem, trochę większe niż bilety lotnicze, ma połowa firm zrzeszonych w stowarzyszeniu. Wiem też, że Dolina, z założenia podkarpacka, rozciąga się od Kalisza przez Bielsko, Rzeszów do Świdnika. Nie jest to oczywiście najważniejsze. Istotnym jest, o czym wspomniałem wcześniej, że to pojęcie wpisało się w świadomość nie tylko decydentów, ale i mieszkańców Podkarpacia. Powoli wpisze się w świadomość mieszkańców Polski. Mielca w Dolinie Lotniczej jest niewiele. Tak naprawdę możemy zbierać pióra płynące Wisłoką i próbować przypinać je sobie do ramion. I zazdrościć Rzeszowowi. Bardziej jeszcze komicznie brzmi to w sytuacji procesujących się zarządów Aeroklubu. Nowy chciał coś zrobić i umiałby, lecz nie może, stary mógł, chciał, lecz nie umiał. Wróćmy jednak do promocji Mielca, o której zacząłem pisać w poprzednim numerze Korsa. Jakie elementy, bardziej rzeczywiste lub bardziej wirtualne - jak Dolina - mogłyby w niej pomóc. Bo to, że promocja miasta ma sens i przekłada się na pieniądze dla jego mieszkańców, na gospodarkę, chyba nie trzeba przekonywać. Gdy się nad tym zastanawiałem, przypomniała mi się niedawna przeszłość. Rzeszów i Kalisz produkowały silniki lotnicze i nikt o tym prawie nie wiedział, Mielec robił samoloty z tymi silnikami i był sławny. I skojarzenie nasunęło mi się samo. Kto będzie podziwiał silnik w Black Hawk, prawie nikt, natomiast samego Czarnego Jastrzębia, wyprodukowanego w Mielcu, będzie podziwiało wielu. Polacy lubią samoloty a jeszcze bardziej wojskowe samoloty. Czy film o Czarnym Jastrzębiu, latającym nad Mielcem, przy wtórze piosenki Marka Bałaty, nie ma szansy wpisać się w świadomość Polaków bardziej niż największa, od morza do Bieszczad, Dolina Lotnicza? Jestem przekonany , że ma. Wykorzystajmy tę szansę dla Mielca.



 

wtorek, 13 września 2022

Tłuszcza - z wakacyjnną dedykacją dla tych, którzy jeszcze są szczupli

I

Moi dziadkowie byli bardzo szczupli. Można rzec, stosując dzisiejsze miary, że byli chudzi. Moi rodzice byli szczupli. Jedynie pod koniec życia, gdy był sam i z trudem się poruszał, Ojciec troszeczkę przytył. Mowy jednak nie ma, by sklasyfikować go jako osobę grubą.

Praca fizyczna, a nade wszystko mała ilość cukru w codziennym pożywieniu, czyniła ciała ludzi bliskimi ideału, który zostawił nam Antyk. Przypuszczam, że tak było przez wszystkie minione wieki, a odstępstwa od ogólnej normy w postaci grubego szlachcica Zagłoby, czy podobnych mu z magnackiego czy szlacheckiego stanu, były raczej nieliczne i były w większości przypadkami chorobowymi, których wtedy jeszcze nie potrafiono nazwać, niż zobrazowaniem patologii w żywieniu.

Bo i cóż mogło sprawić, że ówcześni ludzie tyli? No, może poza naprawdę bogatymi próżniakami.  Przecież nie tyje się tak bardzo od tłustego jedzenia, które na owe czasy jakoś można sobie było wyobrazić, jak od cukru, którego wtedy było mało albo wcale, gdy nie liczyć rzadkiego i drogiego miodu.

Tak więc w swojej masie, nazywanej wtedy wcale nie pejoratywnie słowem „tłuszcza”, bo tylko opisującym wielką ilość czegoś, ludzie przez stulecia byli szczupli. Byli tacy antyczni. Nawet jeśli nie każdemu los i brak chorób pozwolił się cieszyć pięknym ciałem.

Nie mogło być inaczej, jeśli w okresie renesansu w Europie spożycie cukru trzcinowego sprowadzanego z Dalekiego  Wschodu wynosiło ok. 1 łyżki na głowę w ciągu roku, a kosztował on 10 razy więcej od drogiego przecież miodu.

Rewolucję w produkcji cukru z buraków w Europie zapoczątkował Napoleon Bonaparte, blokując import cukru trzcinowego z Ameryki i stawiając na produkcję cukru z buraków, co już zaczynało być możliwe. Po różnych perturbacjach na przełomie wieku dziewiętnastego i dwudziestego oba rodzaje produkcji się zrównały i cukier stał się dostępny dla dużej części ludzi, nawet średniozamożnych. Jednak dopiero współcześnie jego produkcja stała się tak gigantyczna, a jego spożycie tak wielkie, że zaczyna to zagrażać naszej cywilizacji.

Że przesadzam?

Ta gigantyczne i wciąż rosnące spożycie cukru zbiegło się jak raz w czasie z okresem, kiedy wykształceni ludzie przestali przyswajać wiedzę o antyku, o Grecji i Rzymie, ich kulturze, tej wyższej, książkowo - encyklopedycznej, ale i tej codziennej, która w jakiejś formie, wywiedziona z tradycji, w każdym z krajów przetrwała. Choćby w postaci postów.

A stało się to w drugiej połowie XX wieku.

Ludzie mniej i wcale nie wykształceni, przestali z kolei mieć autorytety, nie tylko antyczne, których i tak nie znali, ale współczesne im, które szybko autorytetami – czy to na skutek swoich postaw, czy na skutek zmian w świadomości klasy niższej i jej zauroczenia wszystkomożnością każdego - być przestawały.

No, może nie do końca. Bo kolorowe czasopisma ostatniego  półwiecza nadal lansowały sylwetki szczupłe, a nawet bardzo chude, jako wzory do naśladowania. Tyle tylko, że z ideałami piękna antycznego te wysuszone na wiór ludzkie szczapy także nic wspólnego już nie miały. Jedynym ich wpływem na kulturę był destrukcyjny wpływ na niektóre nastolatki, wpadające przy okazji naśladownictwa w anoreksje i bulimie, czy na gruntowanie pomieszania płci i zachowań.

Ogół ludzi, owszem, patrzył i podziwiał, i pragnął w marzeniach być szczupły jak gwiazdy wybiegów, ale miał za mało silnej woli i motywacji, by jednocześnie przeciwstawić się natłokowi reklam konsumpcyjnych sensu stricto, które zachęcały go, by jadł jak najwięcej, jak najczęściej i niczego sobie nie odmawiał. Wszak jest tego warty.

I tak pragnienie antycznej czy atletycznej sylwetki przegrywało z prozą dnia codziennego.

 

 Zdjęcie za: wykop.pl 78% ludzi hospitalizowanych to ludzie z nadwagą

 II

Nie często, jako osobnik absolutnie aspołeczny, któremu kontakt fizyczny, a może nawet czasami intelektualny, z obcymi ludźmi do niczego nie jest potrzebny, przebywam jednak od czasu do czasu w miejscach, gdzie jest tłoczno, w miejscach, w których gromadzą się większe grupy ludzi. Nie są to manifestacje ku czemuś lub  przeciwko komuś, nie są to wiece poparcia, nie są to rozmodlone do utraty tchu pielgrzymki do miejsc świętych, ani nawet zabawne – bo nie zabawowe – w swym prymitywizmie festiwale i festyny. Nie. Po prostu od czasu do czasu jadę na wczasy. Bardziej dlatego, że moja żona chce odpocząć, niż dlatego, że mnie potrzebny jest odpoczynek. A już najmniej z racji potrzeby poznawania świata, który wszędzie, gdzie docierają masy turystów, jest dzisiaj taki sam, wyguglowany do ostatniego kamienia przy drodze, którą poruszają się ukomórkowani ludzie, z takim samym jedzeniem, takimi samymi hotelami czy Jeepami na sawannie i słoniami identycznymi jak w zoo. A tzw. tubylcy, wszędzie sprzedający wyroby made in china, i fikający przy ogniskach z rożnami też produkcji chińskiej i takimiż wigwamami, nie różnią się nawet za bardzo rysami twarzy w tym przemieszaniu kultur i narodów. A już znaleźć chudego Indianina, prezentującego swoją „kulturę” to już prawdziwa sztuka.

Gdy już znajdę się w tej czy innej grupie ludzi tego świata, czy to w moim ojczystym kraju, czy też w jakimś innym, europejskim, lubię jednak otaczający mnie tłum poobserwować. Uściślając, obserwuje się zasadniczo nie tłum, ale poszczególne jego składniki, to zbiorowisko osobników ludzkich, tworzące tę większą całość, którą dzisiaj nazywamy tłumem, a do którego to słowa słownik synonimów podaje 278 wyrazów bliskoznacznych, co już samo z siebie jest tłumem.

Kiedyś tłum mógł być groźny, kiedy przekroczył jakąś tam masę krytyczną, określoną czy to w ilości osobników, czy w poziomie ich wkurzenia, stąd pewnie powstało słowo tłumić, oznaczające i tłumienie zamieszek, i tłumienie ognia, i zmniejszanie napięcia, i opanowywanie czegoś.

Także i dzisiaj taki tłum, jako zgromadzenie wielu osobników na stosunkowo niewielkiej przestrzeni, w kontakcie bezpośrednim ze sobą, na dodatek chwilowo scalonych jakąś silną więzią psychiczną, zachowujący się w sposób nieprzewidywalny, a nawet groźny, może się gdzieniegdzie pojawiać. Jednak rzadko tam, gdzie akurat ja się pojawiam, unikający publicznego wyrażania swoich emocji, ale także unikający ludzi, którzy publicznie te emocje wyrażają.

Gdy już muszę, przebywam w tłumie, którego części wiąże w całość nie wkurzenie (zmiana określenia na wniosek znajomego z internetu - przypisem mój), a potrzeba lenistwa i obżarstwa, które współcześnie bardzo wielu, większość, nazywa wypoczynkiem. A także wyższą konsumpcją.

Oczywiście do tego wypoczynku dorabiana jest ideologia o poznawaniu świata, ludzi, potraw etc. Zazwyczaj kończy się na potrawach, które – serwowane w różnych hotelach - i tak z reguły nie różnią się już zasadniczo od tego, co okazyjnie albo i często zjadamy u siebie w domu. „Wypady”z hotelu do knajpki serwującej tzw. regionalne potrawy, jest potem wspominany i komentowany w gronie znajomych jako wydarzenie dużej rangi. Bardzo często półmiski wypełnione ugotowanymi czy usmażonymi dziwolągami, które w domu można dostać tylko po dużym wysiłku organizacyjnym, albo wcale, są obfotografowywane z każdej strony, jak też i ludzie te specjały pożerający.

Potem, najedzeni, wracają do hotelu, bo akurat jako posiadacze opcji „all inclusive” mają zagwarantowany lunch południowy, albo, jeśli wypad był po lunchu, wystawną kolację typu „szwedzki stół”.

Się dzieje. Bufet zastawiony jest co najmniej dziesięcioma różnymi wersjami kolacji, a że pora nie jest jeszcze późna – powiedzmy minęła osiemnasta i żołądek zdąży co nieco przetrawić przed snem – wybiera się co najmniej kilka wersji, podchodząc po parę razy, czy to po zupy, czy raczej po drugie, trzecie i piąte dania. Tłuste, pachnące, wysmażone, błyszczące, jak z reklamy żywności. Potem deser, jeden i drugi, i trzeci. I może na koniec owoc, by było zdrowo. A przynajmniej podtrzymało w konsumującym przekonanie, że jest zdrowo. Sałatek też jest sporo, ale cieszą się jakby mniejszym uznaniem u tych, którzy lubią jeść. To trochę przymus, poddawany przez kolorowe magazyny, które czyta się, leżąc nad basenem.

Bo po każdym obżarstwie jest basen. Już nie morze, które jest niebezpieczne i do którego można wejść po kolana, ale basen. Każdy hotel ma basen. Tam koncentruje się życie towarzyskie najedzonych. Tam leżą, trawiąc, wygodnie na leżakach, pod parasolami, z nogami uniesionymi ku górze, i czytają kolorowe pisma. A od czasu do czasu idą do wody. Bo woda „wyciąga”. Panuje przekonanie, że wystarczy postać w wodzie i już się schudnie.. A jak jeszcze można wejść pod uruchamiane co chwila bicze wodne, to spadek z wagi jest spadkiem turbo.

I łażą po brzegu basenu ludzie o kształtach przypominających wypełnione beczki piwa, z brzuchami obwisłymi jak u ciężarnej maciory, z fałdami tłuszczu wypełniającymi „stroje kąpielowe”, wylewającymi się z każdego odzienia, ba, prawie wyciekającymi przez skórę na zewnątrz ciała. Wygląda to koszmarnie, ale cechą wspólną tych ludzi jest, że jakby tego nie dostrzegali, jakby ten stan uważali za normalny, wynikający z ewolucji gatunku, która przebiega od głodującego, chudego biedaka lat słusznie minionych, do obżartego osobnika epoki przesytu wszystkim.

Oczywiście, po części to skutek chorób w zaawansowanym wieku. Jednak znakomita większość tych grubych ludzi - już nie grubasów, żeby przez chwile być poprawnym politycznie, ale szczupłych inaczej - jest taka, jaka jest, na swoje życzenie. A raczej brak życzenia bycia szczupłym, a przez to zdrowszym.

Siłownia hotelowa jest miejscem, do którego trafia może 3%  gości, a i to na chwilę. Bo tam trzeba się zmęczyć. A przecież urlop jest dla wypoczynku.

I tak rośnie nam, a raczej grubieje, cywilizacja ludzi pozbawionych woli, pozbawionych chęci bycia zdrowym poprzez swój wysiłek, a nie poprzez tysiące lekarstw odchudzających i suplementów diety, tudzież masaże wyszczuplające (głownie zresztą masażystów), pozbawionych wzorców, do których należy dążyć i pozbawionych wstydu za swój wygląd, który polityczna nowomowa akceptuje jako szczupły inaczej, rozgrzeszając tym samym grubasów. Bo do szczupłej, pięknej swym antycznym pięknem  sylwetki nie przekona ludzi Wenus z Milo, którą grubasy przyjechały obejrzeć przy okazji konsumowania,  ale cały bagaż kultury, którego im brak w tym świecie pozbawionym innych pragnień, niż te, by się nażreć i pokopulować.

Choć z kopulowaniem niektórym też jest coraz trudniej. Ale na cóż Internet i seks na odległość.

Nie powiem, że sam nie mam kłopotów z nadwagą. Mam. Wiem, ile kosztuje „zrzucenie” jednego kilograma wagi, więc często wolę sobie odmówić czegoś do zjedzenia, niż przytyć. Tak robi wielu mnie podobnych, żyjących w tej ucukrowanej – w przenośni i w rzeczywistości – cywilizacji totalnej nadwagi.

Kiedyś używano słowo tłuszcza do określenie wielkiego zbiorowiska ludzi. Takich normalnych, zwyczajnych, jakich pełno wokoło.

Dzisiaj to słowo przerzucono, jak gorący kartofel, na ludzi z marginesu, prymitywnych i obleśnych, o niskiej kulturze, po to tylko, by nie przylepiło się za sprawą ton tłuszczu wypełniającego zadki tzw. normalnego społeczeństwa i nie zaczęło być używane, jako synonim naszej zbiorowości, a przynajmniej tej jego części, obżartej, napęczniałej, której nic się tak naprawdę nie chce, prócz właśnie tego obżerania się.

 



sobota, 27 sierpnia 2022

Przesłanie do mielczan z okazji nadania rondu imienia Tadeusza Ryczaja

 Szanowni Państwo,


Spotkał mnie zaszczyt powiedzenia kilku słów o życiu pana dyrektora Tadeusza Ryczaja.

Tak zdecydowali koledzy z Komitetu Obywatelskiej Inicjatywy Uchwałodawczej, argumentując to faktem, że  chyba jako pierwszy w Mielcu zacząłem domagać się publicznie historycznej sprawiedliwości dla tego wybitnego mielczanina i zachowania jego samego i jego dokonań w pamięci mielczan.

Zajrzałem do swoich archiwów i rzeczywiście pod datą z roku 1997 znalazłem felieton zatytułowany „Pisanie historii”, którego znaczącą część poświęciłem pamięci Tadeusza Ryczaja, a właściwie to krytyce pierwszych prób zacierania pamięci po tym wielkim mielczaninie. Potem do tematu pamięci Dyrektora wracałem w swoich felietonach jeszcze kilkukrotnie . Można więc rzec, że w tym roku mija 25 lat walki o przywrócenie Tadeusza Ryczaja Mielcowi i mielczanom.

 

A teraz krótki życiorys Tadeusza Ryczaja – mielczanina, który jak
niewielu obywateli naszego miasta, szczególnie zapisał się w historii Mielca. Tworzył ją przez prawie ćwierć wieku, będąc dyrektorem WSK PZL Mielec w latach 1966-1989.

Tadeusz Ryczaj urodził się 28 sierpnia 1931 r. w Kowlu na Wołyniu. W 1939 r. po aresztowaniu przez Rosjan jego ojca, zabitego później w Ostaszkowie, przyjechał z matką do Malinia koło Mielca. W Mielcu ukończył liceum i podjął pracę w WSK, następnie ukończył studia w SGPiS, cały czas pracując w WSK i awansując od szeregowego księgowego, poprzez kierownika, zastępcę dyrektora naczelnego ds. ekonomicznych, by w roku 1966 zostać powołanym na stanowisko dyrektora naczelnego WSK Mielec. Nie był więc dyrektorem  „przyniesionym do Mielca w teczce”, jak to było regułą w tamtych czasach i jak to dzieje się dzisiaj.  

W czasie pełnienia przez Niego funkcji dyrektora, nastąpił niebywale szybki rozwój WSK. Budowano nowe hale, uruchamiano nowe produkty, tak lotnicze, jak i z dziedziny motoryzacji.

Nowoczesne technologie wymagały odpowiedniej kadry. Zbudowano system szkolnictwa zawodowego i ogólnego. W latach siedemdziesiątych załoga WSK była najlepiej wykształcona w Polsce. W 1966 r. pracowało tu 130 osób z wyższym wykształceniem, a w  roku 1988 już 2000 osób, z których duża część wykształciła się w czterech filiach wyższych uczelni w Mielcu, powstałych z inicjatywy Dyrektora. Nastąpił również wzrost zatrudnienia w Fabryce z 12000 osób w 1966 r. do 20000 w  roku 1989.

 Dyrektor Ryczaj był mecenasem Fabrycznego Klubu Sportowego FKS Stal Mielec, jego sukcesów w różnych dyscyplinach, ale największych w piłce nożnej. W tamtych czasach nie było Polaka, który by nie kojarzył Mielca z piłką nożną i samolotami. Już nigdy potem mielecki sport nie wspiął się na takie wyżyny, jak za jego czasów.

Był też mecenasem mieleckiej kultury, rozkwitającej wtedy w różnorakich formach artystycznych, której wiele elementów przetrwało do dzisiaj, jak odbudowany Zamek Rejów w Przecławiu, czy choćby rzeźby plenerowe, w tym właśnie ta wspaniała, „Lot”, która będzie od dzisiaj uświetniała rondo jego imienia.

W 1975 r. dyrektor Tadeusz Ryczaj powołał Dział Inwestycji Nieprzemysłowych, którego zadaniem była obsługa projektowo – inwestycyjna najróżniejszych spraw związanych z miejskim budownictwem mieszkaniowym, w tym oczyszczalni ścieków, nowego układu komunikacyjnego miasta, czy źródła energii, dróg, żłobków, przedszkoli, szkół, ale też obiektów kultury, rozbudowy ośrodka sportowego, przychodni zdrowia, budowy ośrodków wypoczynkowych jak Dom wczasowy Mielec w Krynicy. W latach 1975 - 1984 oddano w Mielcu do użytku ponad 4 tys. mieszkań. Znacząco wzrastała również liczba mieszkańców Mielca: od 22100 w roku 1960 do 61900 w roku 1990.

W efekcie WSK PZL Mielec, kierowana przez Dyrektora Ryczaja, w znacznej mierze rozwinęła materialną i społeczną strukturę miasta oraz zdecydowała o znaczeniu i wielkości Mielca.

Stworzyła także bardzo mocne podstawy kadrowe i infrastrukturalne dla sukcesu pierwszej w Polsce specjalnej strefy ekonomicznej, powstałej w nowej rzeczywistości po upadku WSK.

 

Na emeryturze Dyrektor Ryczaj żył skromnie, nie szukając rozgłosu. Zmarł 1 stycznia 2010 roku.

 

Działalność Dyrektora Ryczaja, przypadała na bardzo trudny okres przemian społeczno - politycznych i gospodarczych w Polsce, stąd nie dziwią różne oceny jego wyborów i faktów związanych z działalnością  jako dyrektora, które były i są prezentowane w różnych grupach społecznych mieleckiego środowiska.

Nasze bardzo podzielone społeczeństwo potrzebuje spokoju i nawet jeśli każda jego część posiada i czci pamięć swojego bohatera czy bohaterów, nie musimy z tego powodu wzajemnie się obrażać.

Na dzisiejszy uroczysty dzień musieliśmy czekać długie lata, mierząc się po drodze  z różnymi przeciwnościami, jak historyczne zaszłości czy opór części lokalnego środowiska. Może dlatego właśnie coraz bardziej wierzymy, że ten długotrwały proces budowy naszej mieleckiej pamięci nauczy obie strony wzajemnego szacunku do swoich poglądów.

Bo my niezmiennie uważamy, że wieloletnia działalność zawodowa  i społeczna Dyrektora Ryczaja w znakomity sposób przyczyniła się do rozwoju i trwającej wiele lat świetności WSK PZL Mielec oraz całego naszego miasta.

Uważamy w związku z tym, że zasłużył on na uhonorowanie  poprzez nadanie imienia Tadeusza Ryczaja rondu zlokalizowanemu przy dawnej Bramie Głównej  kierowanego przez niego Przedsiębiorstwa, co dzisiaj czynimy.

 

 

Przesłanie do mielczan z okazji nadania rondu imienia Tadeusza Ryczaja

 


Szanowni Państwo,

Spotkał mnie zaszczyt powiedzenia kilku słów o życiu pana dyrektora Tadeusza Ryczaja.

Tak zdecydowali koledzy z Komitetu Obywatelskiej Inicjatywy Uchwałodawczej, argumentując to faktem, że  chyba jako pierwszy w Mielcu zacząłem domagać się publicznie historycznej sprawiedliwości dla tego wybitnego mielczanina i zachowania jego samego i jego dokonań w pamięci mielczan.

Zajrzałem do swoich archiwów i rzeczywiście pod datą z roku 1997 znalazłem felieton zatytułowany „Pisanie historii”, którego znaczącą część poświęciłem pamięci Tadeusza Ryczaja, a właściwie to krytyce pierwszych prób zacierania pamięci po tym wielkim mielczaninie. Potem do tematu pamięci Dyrektora wracałem w swoich felietonach jeszcze kilkukrotnie . Można więc rzec, że w tym roku mija 25 lat walki o przywrócenie Tadeusza Ryczaja Mielcowi i mielczanom.

 

A teraz krótki życiorys Tadeusza Ryczaja – mielczanina, który jak
niewielu obywateli naszego miasta, szczególnie zapisał się w historii Mielca. Tworzył ją przez prawie ćwierć wieku, będąc dyrektorem WSK PZL Mielec w latach 1966-1989.

Tadeusz Ryczaj urodził się 28 sierpnia 1931 r. w Kowlu na Wołyniu. W 1939 r. po aresztowaniu przez Rosjan jego ojca, zabitego później w Ostaszkowie, przyjechał z matką do Malinia koło Mielca. W Mielcu ukończył liceum i podjął pracę w WSK, następnie ukończył studia w SGPiS, cały czas pracując w WSK i awansując od szeregowego księgowego, poprzez kierownika, zastępcę dyrektora naczelnego ds. ekonomicznych, by w roku 1966 zostać powołanym na stanowisko dyrektora naczelnego WSK Mielec. Nie był więc dyrektorem  „przyniesionym do Mielca w teczce”, jak to było regułą w tamtych czasach i jak to dzieje się dzisiaj.  

W czasie pełnienia przez Niego funkcji dyrektora, nastąpił niebywale szybki rozwój WSK. Budowano nowe hale, uruchamiano nowe produkty, tak lotnicze, jak i z dziedziny motoryzacji.

Nowoczesne technologie wymagały odpowiedniej kadry. Zbudowano system szkolnictwa zawodowego i ogólnego. W latach siedemdziesiątych załoga WSK była najlepiej wykształcona w Polsce. W 1966 r. pracowało tu 130 osób z wyższym wykształceniem, a w  roku 1988 już 2000 osób, z których duża część wykształciła się w czterech filiach wyższych uczelni w Mielcu, powstałych z inicjatywy Dyrektora. Nastąpił również wzrost zatrudnienia w Fabryce z 12000 osób w 1966 r. do 20000 w  roku 1989.

Dyrektor Ryczaj był mecenasem Fabrycznego Klubu Sportowego FKS Stal Mielec, jego sukcesów w różnych dyscyplinach, ale największych w piłce nożnej. W tamtych czasach nie było Polaka, który by nie kojarzył Mielca z piłką nożną i samolotami. Już nigdy potem mielecki sport nie wspiął się na takie wyżyny, jak za jego czasów.

 

Był też mecenasem mieleckiej kultury, rozkwitającej wtedy w różnorakich formach artystycznych, której wiele elementów przetrwało do dzisiaj, jak odbudowany Zamek Rejów w Przecławiu, czy choćby rzeźby plenerowe, w tym właśnie ta wspaniała, „Lot”, która będzie od dzisiaj uświetniała rondo jego imienia.

 

W 1975 r. dyrektor Tadeusz Ryczaj powołał Dział Inwestycji Nieprzemysłowych, którego zadaniem była obsługa projektowo – inwestycyjna najróżniejszych spraw związanych z miejskim budownictwem mieszkaniowym, w tym oczyszczalni ścieków, nowego układu komunikacyjnego miasta, czy źródła energii, dróg, żłobków, przedszkoli, szkół, ale też obiektów kultury, rozbudowy ośrodka sportowego, przychodni zdrowia, budowy ośrodków wypoczynkowych jak Dom wczasowy Mielec w Krynicy. W latach 1975 - 1984 oddano w Mielcu do użytku ponad 4 tys. mieszkań. Znacząco wzrastała również liczba mieszkańców Mielca: od 22100 w roku 1960 do 61900 w roku 1990.

W efekcie WSK PZL Mielec, kierowana przez Dyrektora Ryczaja, w znacznej mierze rozwinęła materialną i społeczną strukturę miasta oraz zdecydowała o znaczeniu i wielkości Mielca.

Stworzyła także bardzo mocne podstawy kadrowe i infrastrukturalne dla sukcesu pierwszej w Polsce specjalnej strefy ekonomicznej, powstałej w nowej rzeczywistości po upadku WSK.

Na emeryturze Dyrektor Ryczaj żył skromnie, nie szukając rozgłosu. Zmarł 1 stycznia 2010 roku.

Działalność Dyrektora Ryczaja, przypadała na bardzo trudny okres przemian społeczno - politycznych i gospodarczych w Polsce, stąd nie dziwią różne oceny jego wyborów i faktów związanych z działalnością  jako dyrektora, które były i są prezentowane w różnych grupach społecznych mieleckiego środowiska.

Nasze bardzo podzielone społeczeństwo potrzebuje spokoju i nawet jeśli każda jego część posiada i czci pamięć swojego bohatera czy bohaterów, nie musimy z tego powodu wzajemnie się obrażać.

 

Na dzisiejszy uroczysty dzień musieliśmy czekać długie lata, mierząc się po drodze  z różnymi przeciwnościami, jak historyczne zaszłości czy opór części lokalnego środowiska. Może dlatego właśnie coraz bardziej wierzymy, że ten długotrwały proces budowy naszej mieleckiej pamięci nauczy obie strony wzajemnego szacunku do swoich poglądów.

Bo my niezmiennie uważamy, że wieloletnia działalność zawodowa  i społeczna Dyrektora Ryczaja w znakomity sposób przyczyniła się do rozwoju i trwającej wiele lat świetności WSK PZL Mielec oraz całego naszego miasta.

Uważamy w związku z tym, że zasłużył on na uhonorowanie  poprzez nadanie imienia Tadeusza Ryczaja rondu zlokalizowanemu przy dawnej Bramie Głównej  kierowanego przez niego Przedsiębiorstwa, co dzisiaj czynimy.

 

 

 

Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?

  Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?   Skończyły się Dni Mielca. Ponoć były fantastyczne. A już występ pani Chylińskiej –...