wtorek, 12 czerwca 2018

Dziwna para


To nie jest felieton, chociaż - ilustrowany obrazem Beksińskiego - znalazł się w felietonowym blogu. Niech sobie będzie


Ona była chroma od urodzenia. Miała „suchą” krótką lewą rękę, sztywną jak konar starego drzewa, która służyła jedynie za „podpórkę”, kiedy brała coś drugą ręką, już normalnej wielkości, ale także mało sprawną. Cały czas niepewna, że może talerzyk czy kromka chleba znają swoje miejsce na podłodze, brała wszystko ostrożnie, jak najdelikatniejszą, cenną rzecz. Koślawość nóg i skrzywiony kręgosłup  sprawiały, że poruszała się zgięta, kaczkowatymi ruchami, kołyszącymi całe ciało, że mogło się wydawać, iż za chwilę przewróci się na ziemię. Pogodna twarz o zdecydowanych oczach,  kontrastowała w moim odczuciu z całością, stanowiąc element absolutnie nie pasujący do tego nieszczęśliwego ciała, a jednocześnie je uczłowieczający, nadający mu jakąś duchowość, której brakowało prawie wszystkim innych, zajadającym się bez zastanowienia w hotelowej restauracji.
Jej partnerem – nie wiem, może mężem, może przyjacielem – był mężczyzna o zdrowym wyglądzie. Ale tylko kiedy siedział przy stoliku, który ona obsługiwała. Gdy spojrzeć dokładniej, oparte o filar stały dwie kule, na których – gdy już wracał do pokoju po posiłku – z wielką trudnością się poruszał. Słowo poruszał jest także wzięte mocno na wyrost, bo jego partnerka w swym kaczym chodzie wręcz pływała nad podłogą, gdy porównać do jej chodu jego  niezdarne przemieszczanie się na krótkim dystansie do obranego celu.
On, w przeciwieństwie do niej, miał twarz zafrasowana, jakby jego niezdarność, niepełnosprawność, zabiły w nim cała radość życia, albo jakby przemyślenia, które czynił przykuty do stołka, dawały mu asumpt do absolutnie negatywnej oceny tak świata, który go otaczał, jak jego egzystencji.

A jednak byli szczęśliwi. Znaleźli się w tym świecie, którego nie byli w stanie ani objąć rękoma, ani obejść czy objechać, którego nie za bardzo potrafili objąć umysłem nie popartym doświadczeniami podróży. Ich wiara w absolut była różna. To znaczy ona wierzyła w Boga, który stworzył ja taką właśnie, by mogła pomóc jemu. Dla niego Bóg nie istniał. A może kiedyś w niego wierzył, ale z czasem, z coraz mniejszą ilością stawianych kroków, coraz większą była w nim nienawiść do tego, który mu te kroki możliwe do zrobienia , a teraz już nierealne, odebrał. W końcu stwierdził, że tego kogoś nigdy nie było, że tylko ślepy los sprawił, że jest takim, jakim jest, że znikąd zmiłowania i pomocy spodziewać się nie może. Czy zaczęło mu być po tym odkryciu lepiej, nie wiadomo.

Fakt faktem, że niedługo potem poznał ją. Nie odczytał tego, jako znaku opatrzności, jako przejawu niebiańskiego wsparcia w tym swoim samotnym, chromym losie. Po prostu, po pewnym czasie, ucieszył się, że los sprawił, że teraz ma kogoś, kto poda mu jedzenie do stołu.
Po pewnym czasie, bo długo nie był pewien, że ona zostanie przy nim, że długo wytrzyma to ciągłe wpatrywanie się w jego ponurą twarz tymi swoimi oczami, w których było pełno radości i pełno miłości do świata i do życia. Tego życia, którego znakomitej większości radości i przyjemności, tak cieszących ludzi o dwóch sprawnych rękach i dwóch sprawnych nogach,  nigdy nie dane jej będzie zaznać.

Mieli swój dom, z łaski dość bogatych rodziców, którzy zapisali mu go w spadku. To była jedyna dobra rzecz, którą mogli jeszcze uczynić, zanim odeszli zmęczeni jego dzieciństwem i młodością. Jego kalectwem fizycznym i coraz bardziej pogłębiającym się psychicznym. Kiedy nie mający siły, by wstać z łóżka, żądał niemożliwego od dwojga starych ludzi, złorzecząc im i głośno cierpiąc, przywołując do tego dość okazałego domu demony nienawiści, zemsty i ostrej jak sztylety złośliwości.  
Nawet jednak wtedy, kiedy już resztki sił i cierpliwości oddawali synowi, by uśmierzyć jego gniew, złość, rozpacz czy szaleństwo prawie, nie potrafili zaakceptować tej pokurczonej osoby z jasnymi, pełnymi wiary i ufności oczami.

Ona miałaby mieszkać w ich domu, z ich synem, do końca życia?
Nie byli sobie w stanie tego wyobrazić. Tak jak nie umieli pojąć postępku syna, który pewnego dnia, zebrawszy wszystkie swoje siły, poślubił ją przed urzędnikiem stanu cywilnego.
Dobrze że nie przed Bogiem – westchnęli z ulgą. Jak by to wyglądało w tym naszym pięknym kościele?

Niedługo potem, szybko jedno po drugim, odeszli.

Młodzi zostali sami.
Nie wiem, czy jest możliwa skala miłości człowieka do człowieka? Jeśliby taka istniała, to jej miłość do niego mieściłaby się w górnej strefie stanów wysokich. Była jak letnia powódź, łamiąca na swojej drodze wszystkie przeszkody, rozlewająca się szeroko, po widnokręgi ich życia, niosąca odżywczy chłód rozgorączkowanym myślom i karmę dla nich na długie, powolne dni. Już nie samotne.
On ją też bardzo, po swojemu, mrukliwie i lękliwie, kochał.

Nie wiem, czy kochali się fizycznie. Pewnie w każdym ciele, nawet najbardziej zniekształconym i uszkodzonym zrządzeniami losu czy Boga, pojawić się może pożądanie. Takie zwykłe przecież, nawet nie adresowane do konkretnej żywej osoby, bardziej do tej podpatrzonej w magazynie czy filmie porno, której oni dotknąć, ani usłyszeć. A tym bardziej nie do kogoś takiego jak ona, do kogoś takiego jak on.
Ale może jednak?
Gdyby to miało miejsce, a myślę, że pewnie miało, to był to najbrzydszy fizycznie stosunek dwojga ludzi, kobiety i mężczyzny, jaki moglibyśmy sobie wyobrazić.
Jednocześnie było to uwznioślenie słowa miłość, postawienie go na takich wyżynach, których nie sięgają miłości zwyczajnych śmiertelników, mających wszystko na wyciągnięcie ręki, że wyżej może być tylko miłość Boga do człowieka.

środa, 6 czerwca 2018

Czy jesteśmy przesądni?




Przesąd to „wiara w tajemnicze, nadprzyrodzone związki między zjawiskami, w fatalną moc słów, rzeczy i znaków oraz praktyki wynikające z tej wiary” (Słownik języka polskiego).

Badania wskazują, że ledwie co siódmy Polak nie wierzy w przesądy. Pozostali – różnie - czytają  horoskopy w gazetach, kupują przed maturą czerwoną bieliznę, przyczepiają dziecku do wózka i becika czerwoną kokardę, która ma chronić przed złymi spojrzeniami, najlepiej z medalikiem, bo wtedy Pan Bóg lepiej dziecka strzeże, wkładają pannie młodej do butów pieniądze, żeby była bogata, nie podają rąk przez próg przy powitaniu, w piątek, 13 – tego uważają bardzo, widząc  kominiarza chwytają się za guzik,  czterolistną koniczynę uważają za szczęśliwą itp.

Krytycznym okresem dla kobiety jest ciąża, więc i niebezpieczeństw czyha więcej. Ścięcie włosów powoduje, że dziecko może mieć krótki rozum, po farbowaniu będzie rude, natomiast po depilacji grozi dziecku wyłysienie. Jak kobieta siądzie w ciąży po turecku, to dziecko może mieć krzywe nogi, jak zobaczy mysz, to dziecko może mieć myszkę na tej części ciała, którą przestraszona matka dotknie.

 Przy chrzcie też nie jest łatwo. Chrzestną nie może być kobieta w ciąży – wtedy jedno z dzieci może umrzeć. Nie powinna być także wdową, gdyż jej chrześniak będzie nieszczęśliwy. No i chrzestnymi nie powinno być małżeństwo, gdyż z pewnością zostanie bezpłodne. Za „Gościem niedzielnym” cytuję wypowiedzi matek: „Mój Krzysio miał przy sobie w trakcie chrztu notes i długopis, pieniądze i cukierki, co wróży podobno chęć do nauki, dużo pieniędzy i słodkie życie. Po powrocie z kościoła został położony na stole, żeby był gościnny”. Karolina, mama Jasia: „Nie powinno się ubierać dziecka do chrztu od lewej ręki. Tylko najpierw prawa, a potem lewa. Inaczej będzie leworęczne. Ja oczywiście nie wierzę w przesądy, ale ubierałam od prawej. Tak na wszelki wypadek”...

Nie powinno stać się z maleńkim dzieckiem przed lustrem, bo będzie miało problemy z mową albo w późniejszym życiu może się utopić, nie wolno dziecku do roku obcinać paznokci nożyczkami tylko obgryzać, albo upranych ubranek na dwór wywieszać. Jeśli ojciec dziecka kupi małemu grzechotkę jako pierwszą zabawkę, to dziecko zawsze „wygada przed matką to wszystko, co by ojciec chciał przed nią ukryć”

Z weselem też jest problem, bo niektórzy uważają, że nie może być w maju, bo  wiadomo, że „w maju ślub, w grudniu grób”. Panna młoda nie może mieć przy sobie pereł oraz róży – to przynosi pecha. Powinna mieć za to pieniądze w bucie,  a but musi być zakryty. Jeśli jest „odkryty” – szczęście oczywiście wycieka przez dziurki... Pan młody natomiast, aby żyło się szczęśliwie, nie może zobaczyć wcześniej ślubnej sukni”.

To w większości przesądy wyrastające z zamierzchłych czasów. Niektóre już „nie żyją”, jak chociażby o weselu w maju, z braku sal weselnych, ale za to pojawiają się nowe. A przynajmniej powinny. No bo komputery, smartfony, gadające kuchenki mikrofalowe, robiące za nas zakupy lodówki etc. Ale czy się pojawiają? Życie w swej istocie nie zmieniło się ani na jotę. Ludzie się rodzą, żyją, żenią się, chorują, umierają. I nie umierają ze smartfonem w dłoni (choć może niektórzy usiłują na ostatnią chwilę załapać kontakt ze Stwórcą), lecz, jak mają szczęście, z dłonią bliskiej osoby, a jak mniej, z krzyżem, a jak jeszcze mniej, z papierosem.

I piszę o tym wszystkim pamiętając na co dzień o zaleceniach Katechizmu Kościoła Katolickiego, który bardzo poważnie traktuje wszelkie zaklinanie rzeczywistości. Czytamy w nim, że zabobon jest „jest wypaczeniem kultu, który oddajemy prawdziwemu Bogu. Przejawia się on w bałwochwalstwie, jak również w różnych formach wróżbiarstwa i magii".

Tylko co powiedzieć, gdy nauczeni wrzucaniem monet do różnych Fontann de Trevi czy Morskich Ok, wierni jasnogórscy – zaraz po wizycie przed obrazem Marki Boskiej Częstochowskiej – idą na mury Jasnej Góry i tam kładą grosiki na pękniętym, wielkim dzwonie, będącym tych murów ozdobą? 

Ps. Ale co tam?
Rachunek w wysokości 5 tys. zł wystawiło Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe jasnowidzowi z Człuchowa, gdy z powodu jego błędnej wizji, 11 ratowników i trzy psy tropiące przez dwa dni szukało w górach pary turystów z Kalisza. Oboje odnaleźli się w czeskiej Pradze. Nastolatkowie przez zieloną granicę przedostali się do Czech. TOPR wystawiło jasnowidzowi rachunek za bezowocne poszukiwania. "Ktoś, kto robi takie wizje komercyjnie musi odpowiadać za swoją działalność" - powiedział dyżurny TOPR. "Wskutek jego pomyłki ponieśliśmy znaczne straty. Rodzice zaginionych często korzystają z usług jasnowidzów, a później okazuje się, że jest to niewiele warte" - dodał.  Można by postawić pytanie, czy tych pieniędzy nie powinien zwrócić zamawiający usługę państwowy urzędnik.

Nic dodać, nic ująć, tym bardziej że Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej zaliczało do oficjalnych zawodów wróżki, astrologów i bioenergoterapeutów. Tak przynajmniej wynika z oficjalnej “Klasyfikacji zawodów i specjalności” opracowanej przez to ministerstwo.  Protesty przeciwko tym - jak pisze jeden z komentatorów naszego życia publicznego -  jawnym idiotyzmom nie pomogły. Rzecznik byłego MPiPS, Bożena Diaby, przyznała wprawdzie, iż pewnych zawodów nie można na ową listę wpisać, jak np. mafioso lub stręczyciel, gdyż są nielegalne – ale nie ma powodu by spychać wróżki do podziemia, bo „być może wróżenie z kart to jakiś rodzaj oszukiwania, ale ludzie po prostu lubią się bawić”. No tak. Oszukiwanie dla zabawy jest legalne. I to by było (prawie) na tyle.


wtorek, 5 czerwca 2018

O nazywaniu rzeczy i spraw po imieniu, czyli o poprawności politycznej inaczej


Dawno temu, po przeczytaniu książki “Czarnoksiężnik z Archipelagu”, dowiedziałem się dwóch prawd. Pierwsza, że rzecz zaczyna dla nas tak naprawdę istnieć dopiero wtedy, gdy ją nazwiemy, zdefiniujemy w naszej świadomości i druga, że rzecz nienazwana, tajemnicza może być przerażająca i pozostaje taką aż do czasu , kiedy otrzyma nazwę. Wtedy ustępuje lęk, wtedy przestajemy się bać i nawet jeśli niebezpieczeństwo istnieje, to możemy mu przeciwstawić logicznie przemyślane działanie.

Ten felieton będzie więc o nazywaniu rzeczy „po imieniu”, co jest przeciwieństwem zakłamywania rzeczy, czyli nadawania im takich nazw, by nie bulwersowały, dobrze się sprzedawały, nie drażniły wpływowych grup i pojedynczych ludzi, a często swą nazwą odwracały uwagę od czegoś ważnego, sugerując ludziom, że patrzą na coś innego niż w rzeczywistości, że robią coś innego, niż robią naprawdę.

Całe nasze życie balansuje na wąskiej granicy prawdy i fałszu. By normalnie żyć, najczęściej nie możemy mówić wszystkiego tego, co myślimy. Nasza moralność związana z przykazaniem „Nie mów fałszywego świadectwa” narażona jest na bezustanne wątpliwości i pokusy. I dobrze jest, gdy dotyczy to tak prostych i nie mających szerszych skutków spraw jak poniższa wątpliwość:
powiedzieć, że ma odstające uszy czy nie?

By żyć i poprawnie funkcjonować wśród ludzi, potrzebna jest pewna doza hipokryzji. To rozumieją starsi i to akceptują, a dzieci kiedyś to zrozumieją. Ważna jest wartość progowa tej hipokryzji. Ten próg, niewysoki w życiu prywatnym, jeśli ma ono nie być zakłamane i fałszywe, musi być jeszcze znacząco niższy w życiu społecznym i politycznym. Tu prawie każda dwuznaczność winna być wychwycona, każde kłamstwo czy niedopowiedzenie ujawnione, każda hipokryzja wyśmiana. Inaczej społeczeństwo zejdzie na manowce półdemokracji politycznej poprawności, oligarchii przemilczeń lub dyktatury kłamstw.

Ale do rzeczy. Gdybym zapytał, czy jesteś za zabijaniem niepełnosprawnych dzieci i starców, zapewne wszystkich to pytanie oburzyłoby i wkurzyło. Ale już na pytanie, czy jesteś za aborcją oraz za eutanazją, niektórzy zawahaliby się zapewne z odpowiedzią. Na tych przykładach widać, jak ważnym jest nazywanie spraw ich prawdziwymi nazwami, określanie ich takimi, jakimi są.
Carrie Prejean nie została Miss USA i odebrano jej tytuł Mis Kalifornii bo została ukarana za to, że nie popiera małżeństw homoseksualnych, że twierdziła, iż małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny. Powiedziała to, co jej dyktowało sumienie, a nie poprawność polityczna.

Polityczna poprawność (za Wikipedią) ma w zamierzeniu polegać na unikaniu w dyskursie publicznym stosowania obraźliwych słów i zwrotów oraz zastępowaniu ich wyrażeniami bardziej neutralnymi. Natomiast według „Nonsensopedii polskiej encyklopedii humoru”, poprawność polityczna to filozofia łagodzenia niechęci do żebrzących, brudnych Cyganów, chciwych Żydów, obleśnych pederastów i faszystów Niemców, przez używanie synonimów tj. np odpowiednio:
wędrowni grajkowie, wędrowni kupcy, seksualnie samoakceptowalni i stateczni pedanci".

Tradycją poprawności politycznej stało się także nagminne używanie słowa „inaczej”, np. piękny inaczej, mądry inaczej, kochający inaczej, sprawny inaczej, zdolny inaczej, uczciwy inaczej i tym podobne farmazony.
Tyle teoria, w tym kabaretowa. Praktyka bowiem pokazuje, że z poprawności politycznej uczyniono „kodeks językowy oraz zespół zachowań i opinii prezentowanych jako "antydyskryminacyjne", dotyczących zwłaszcza rasy, płci, seksu i ekologii, prezentowanych przez wpływowe kręgi lewicowe i postępowo-liberalne, które dążą do narzucenia tych zasad społeczeństwu, a napiętnowania i odrzucenia zasad im przeciwnych, uznanych za "politycznie niepoprawne".

Dla mieszkańców Zachodu poprawność polityczna staje się fobią. Durni ludzie pozwalają na wszystkie, najdziwaczniejsze wynaturzenia, akceptując je w poczuciu strachu, by nie być uznanym za homofoba, ksenofoba czy innego foba, lub za wyższy stopień sfobienia, czyli za faszystę, czy antysemitę, które to określenia całkowicie mogą wykluczyć człowieka z życia społecznego. I nie ma się co tutaj śmiać. Poprawność polityczna nie jest śmieszna. Poprawność polityczna jest śmiertelnie poważna. I śmiertelnie groźna. Groźniejsza dla bytowania naszych społeczeństw niż grypa świńska i inne sezonowe choroby, którymi straszą nas media, napędzając kasy koncernom farmaceutycznym, trzymając jednocześnie społeczeństwa w strachu i w zależności.

Oczywiście, takim zagrożeniem do straszenia nie jest już HIV – zauważcie Państwo, cicho o nim, mimo że zabija rocznie miliony Murzynów, przepraszam, mieszkańców Afryki – ale tak się składa, że jego pierwotnymi roznosicielami byli pederaści, przepraszam, geje, a przypominanie o tym jest dzisiaj niepolityczne. Niepolityczne jest dzisiaj (w Anglii) dawanie za lekturę dla dzieci bajki o trzech świnkach, bo świnia może urazić uczucia Muzułmanów (ciekawe, że nie Żydów). A gdy już głupi Angole zamienili tytuł bajeczki dla pierwszaków na "Trzech Lekkomyślnych Małych Budowniczych", to oprócz rasizmu, jacyś jeszcze głupsi od obywateli Albionu angielscy sędziowie zarzucili jej „stereotypowe postrzeganie branży budowlanej”.

Opowieść nie powinna alienować części robotników. Budowlańcy powinni stanowić pozytywny przykład dla dzieci. Tymczasem z bajki wynika, że są lekkomyślni, ich praca jest niewiele warta i są jak świnie. Boże, dlaczego milczysz i nie walniesz piorunem.

 Szwedzkie Stowarzyszenie do Spraw Edukacji Seksualnej oficjalnie zaproponowało zmianę nazwy błony dziewiczej. W feministycznej nowomowie, funkcjonujący od wieków, termin ma zostać zastąpiony określeniem „wianuszek pochwy”. Szefowa stowarzyszenia zakomunikowała, iż raz na zawsze trzeba powiedzieć: „błona dziewicza nie istnieje a „mit o błonie dziewiczej” poczynił „zbyt wielkie szkody przez wiele lat. Powstał, po to, by kontrolować wolność kobiety i jej seksualność”. „Niewinność to niejasne pojęcie, które snuje się wokół mitów o kobiecej seksualności, której organizacja się przeciwstawia”.

Poprawność polityczna dlatego nie jest śmieszna, że jest to ideologia totalitarna w swym działaniu, terroryzująca coraz większe kręgi społeczeństw. A jaki był efekt totalitaryzmów dwudziestego wieku, trzeba wciąż – niestety – przypominać. Tym bardziej, że poprawność polityczna wywodzi się z marksistowskich ruchów minionego wieku wielkich rewolucji. Poprawność polityczna to marksizm przełożony na realia kulturowe. W Ameryce nie należy już używać słowa man, oznaczającego zarówno człowieka jak i mężczyznę, będącego zaimkiem męskim dla oznaczenia obu płci. Należy wyraz man zastąpić słowami: osoba / jednostka / istota ludzka. Podobnie jak zamiast Czarny czy Murzyn należy powiedzieć Afroamerykanin, zamiast Indianin, rdzenny Amerykanin, nazwać homoseksualizm - opcją (bo już nie kochającym inaczej, co może sugerować odstępstwo od normy) Broń Boże nie należy mówić pedał, a nawet pederasta – co jest terminem medycznym – a należy używać słowa gej (gay), mający pierwotnie znaczenie "radosny, wesoły".

Nie powinno się podawać kobietom płaszcza, przepuszczać pierwsze przez drzwi, mówić panno (miss) do niezamężnej, mówić o kobiecie, że jest żoną czy wdową, uważać, że jest słaba płeć i że są męskie cechy. Przestaje się nawet mówić o twórcach USA jako o Ojcach Założycielach a niektórzy już twierdzą, że Bóg Ojciec był kobietą. Za innymi światłymi krajami także w Polsce niektórzy kondotierzy poprawności politycznej próbują wprowadzić do kodeksu karnego zakaz używania pewnych słów i określeń, nazywając to mową nienawiści. I tak od może i nie całkiem głupiej, pierwotnej definicji poprawności politycznej, dochodzimy powoli do sytuacji totalitarnego ograniczenia wolności słowa. Polsce to jeszcze nie grozi - o czym mogą przekonywać choćby badania społeczne dotyczące akceptacji małżeństw homoseksualnych – ale należy dodać nacisk na słowo „jeszcze”.

Niedawno przeczytałem, że w Szwecji od 1946 roku seks ze zwierzętami nie był karalny. Nie był. Bo oto obrońcy praw zwierząt domagają się jego zakazu. I to nie z powodu obrazy moralności publicznej, z powodu zapobieżenia degrengoladzie moralnej niektórych ludzi, ale z powodu obrony praw zwierząt. A do załatwienia są jeszcze prawa dzieci, które bardzo chcą współżyć z dorosłymi zboczeńcami, prawa zboczeńców, którzy bardzo kochają swoje domowe zwierzaki, prawa pedałów, którzy bardzo chcą wychowywać dzieci w duchu wesołości i radości itd. Tak jak rewolucjoniści dwu wieków poprzednich za cel stawiali sobie zniszczenie zachodniej cywilizacji, opartej na chrześcijaństwie (a jednym z celów tego zniszczenia była także pełna swoboda seksualna), tak obecni „rewolucjoniści”, wśród których awangardę stanowią organizacje homoseksualistów, mają za cel zburzenia cywilizacji zachodniej zbudowanej na normach i wartościach judeochrześcijańskich, a także na pełnej akceptacji i ochronie rodziny. Zamiast kultury wyrosłej z tradycji chrześcijańskiej, ma być kontrkultura wyrosła z rewolucji 1968 roku. A nowomowa politycznej poprawności jest jednym z głównych narzędzi tych przemian.


piątek, 1 czerwca 2018

Znikający Duch Święty i (była) ulica Jurija Gagarina w Mielcu


Zawsze fascynowała mnie ta najmniej znana Osoba Trójcy Świętej, czyli Duch Święty. O Chrystusie wiemy wszystko, co nam potrzeba, Bóg Ojciec jest opisany aż od Księgi Genesis, a o Duchu Świętym tak mało, że aż trudno uwierzyć. Nawet teraźniejsze święta ku Jego pamięci takie jakieś nijakie się robią. Jakby z musu.
Kiedyś Zielone Świątki to były święta! Uroczyste, święte, zielone, radosne, wysprzątane, odmalowane. Pamiętam i tatarak, który ścinaliśmy nad stawem i którym obwieszaliśmy dom Babci, i malowanie wapnem ścian, i zieleń wiosenną na podłodze czy polepie.
Jakoś nikt nie mówił, że nie czuje, by Duch Święty był obecny wśród ludzi. Jakieś to było naturalne, że Ten Ktoś, o kim niewiele mówią Ewangelie, i przeciętny człowiek może jedynie powiedzieć, że jest trzecią osobą boską, był częścią ówczesnego świata. Częścią ludzkiego bytowania. Ani Go widać nie było, ani prawie nikt się do Niego nie modlił, bo Matka Boska i Chrystus wystarczali, gdy nie liczyć Modlitwy Pańskiej, ani Jego figuralnych przedstawień – prócz gołąbka – nie było. A jednak był.
A potem znikł. To znaczy może nie od razu znikł, ale znikał przez jakiś czas, znikał jakby po części, zaczynając od tej najmniej ważnej, czyli wyobrażenia gołębicy, a kończąc na najważniejszej, na swej mocy, która wisiała nad nami jak wielka uśmiechnięta moc, znikał tak jak znika kot w opowiadaniach o Alicji w krainie czarów.
Aż znikł prawie zupełnie. Prawie dla wszystkich.
Ci, dla których nie znikł zupełnie, wciąż czują nad sobą jego moc, widzą zawieszony w powietrzu uśmiech Ducha Świętego, choć jego samego nie dostrzegają. Uśmiech, który potwierdza nasze wybory, który jest ogromną dawką optymizmu do tego, co w jego imię lub z jego pomocą czynimy, uśmiech, który pozwala radośniejszym widzieć każdy dzień, który wlewa siła w starzejące się członki, by nadal czyniły dobro, uśmiech, który rozjaśnia świat
To jest wspaniale widzieć nad sobą, czuć ten Uśmiech. Tę zachętę. Bo cecha charakterystyczną Ducha świętego jest to, że ciągle się uśmiecha.
Ale gdyby Duch Święty znikł tylko ludziom, szarym, zabieganym, wciąż łatającym rzeczywistość, nie uśmiechającym się i uśmiechu nie dostrzegającym, którym gołąb kojarzy się tylko z możliwością podkarmienia, to jeszcze jakoś by było. Ale on znikł także niektórym księżom. Ba, wyprowadził się z niektórych kościołów. Wierzę, że na chwilę, ale jednak.
W mszy świętej z okazji zesłania Ducha Świętego uczestniczyłem na Jasnej Górze, w Bazylice. Taki mam przywilej, że ciągle tam chodzę na msze święte. Z każdą minutą modłów wrastało we mnie poczucie, że nie jest to masz uroczysta, jaka być powinna z tak wielkiej okazji, ale zwykła, szara msza, jakich tysiące co niedziela. Taka szara myszka pośród wielkich uroczystości, jakich na Jasnej Górze wielka ilość.
Ale zabiło mnie zupełnie kazanie dość młodego księdza. Kazanie żywcem przeniesione z Internetu, płaskie jak naleśnik, wypełnione wielokroć powtarzanymi –słowo banał jest tu niestosowne – sloganami wyprowadzonymi z Ewangelii przez różnego rodzaju i jakości teologów. Zresztą nie za bardzo umiał przeczytać to co miał napisane.
Ani słowa od siebie. Pomyślałem, może bardzo niesprawiedliwie: ciebie młodzieńcze chyba do tej pory nigdy Duch Święty nie odwiedził. Pomyślałem i zastanowiłem się: a ciebie?
Kiedyś dostałem od biskupa Świeżawskiego, ordynariusza sandomierskiego, napisaną przez niego książeczkę o Duchu Święty. Próbowałem czytać, ale nie dałem rady. Stopień naukowo- ewangeliczno- teologicznego uwznioślenia, choć przecież zbanalizowania sprawy był taki, że przebrnąłem przez może kilka kartek.
Jak czytać teologów, by się dowiedzieć, jak działa Duch święty, to spotykamy takie – lub podobne wyjaśnienie, bardziej lub mniej rozbudowane słownie: Duch Święty pozwala nam odkrywać to, o czym ojcowie Kościoła mówią od zawsze, Duch uczy nas duchowej lektury Biblii, Duch Syna Bożego modli się w nas, Duch najintensywniej działa w Eucharystii, do natury Ducha Świętego należy przecież objawianie tajemnicy Ojca i pokazywanie Jezusa Chrystusa.
Mówi się o darach Ducha Świętego, których rozumienie jest też w całości zupełnie „kościelne” nie „świeckie”, choć te dary to dar mądrości, rozumu, rady, męstwa, wiedzy, bojaźni Pańskiej, pobożności.
Także modlitwy do Ducha Świętego, których w internecie jest sporo, a o których w większości – w tym o litanii do Ducha świętego – nigdy nie słyszałem – są praktycznie w całości skoncentrowane na kierunku niebieskim działania Ducha Świętego.
A nasze życie jest „świeckie” nawet jak się modlimy, chodzimy do kościoła. Czy Duch święty nie działa na nas w naszym życiu, kiedy niekoniecznie myślimy o Bogu?
Po co jest Duch Święty? Tylko po to, by nas umacniał w wierze? Do Boga Ojca modlimy się co dzień (jeśli się modlimy) o zaspokojenie naszych codziennych, powszednich potrzeb, dodając od siebie najróżniejsze dodatki, do Chrystusa podobnie, o wszystko i wciąż, tylko do Ducha Świętego, głównie w kościele, prawie zawsze górnolotnie i niebiańsko.
A może Duch święty działa na nas gdy pichcimy obiad, wymyślając różne potrawy, gdy piszemy wiersz czy felieton, gdy rozmawiamy o ważnych sprawach, a On skądyś nam podszeptuje, byśmy w tych życiowych, cywilnych, codziennych wyborach nie walnęli jakiegoś głupstwa?
Że co? Że nie wypada Ducha Świętego prosić do kuchni, do naszej pracy? A niby dlaczego? Mnie się wydaje, że że czuję często Jego obecność przy sobie. I tylko, jak sobie przypomnę, dziękuję za tę chwilę, która zmienia moje myślenie, która podpowiada mi dobry wybór (niekoniecznie niebiański), która pozwala uniknąć potknięcia.
I mówię wtedy – dziękuję Duchu Święty. Czy ja jestem szalony? Czy tak nie wypada?
I nie szalony, i wypada.
Oczywiście, często szczypię się w policzek, bojąc się samoposądzenia o megalomanię, że oto dotknął mnie Duch Święty. Bo i niby dlaczego miałby to czynić. Co nie zmienia faktu, że często miałem wrażenie bliskości z Duchem Świętym, wrażenie jego wpływy na moje decyzje, może myśli, moje czyny. Także wtedy, gdy nade mną, nad moimi czynami ubolewał.
Nie akceptuję faktu, by jedynym materialnym, cywilnym przejawem obecności Ducha Świętego w Mielcu była ulica, którą przejął od Jurija Gagarina.
Mam głębokie przekonanie, inne chyba niż mają księża, którzy wymieniają kilka momentów, kiedy Duch Święty działa oficjalnie, że działa on cały czas, tylko nie umiemy tego dostrzec, nie umiemy się otworzyć – jak ten młody ksiądz z Jasnej Góry – na jego działanie, ciurkiem umiejąc wymienić 7 darów, nie wiemy, kiedy są one tak naprawdę od Niego. Albo wcale nad tym nie myślimy.

czwartek, 31 maja 2018

Znikający Duch Święty


Zawsze fascynowała mnie ta najmniej znana Osoba Trójcy Świętej, czyli Duch Święty. O Chrystusie wiemy wszystko, co nam potrzeba, Bóg Ojciec jest opisany aż od Księgi Genesis, a o Duchu Świętym tak mało, że aż trudno uwierzyć. Nawet teraźniejsze święta ku Jego pamięci takie jakieś nijakie się robią. Jakby z musu.

Kiedyś Zielone Świątki to były święta! Uroczyste, święte, zielone, radosne, wysprzątane, odmalowane. Pamiętam i tatarak, który ścinaliśmy nad stawem i którym obwieszaliśmy dom Babci, i malowanie wapnem ścian, i zieleń wiosenną na podłodze czy polepie.
Jakoś nikt nie mówił, że nie czuje, by Duch Święty był obecny wśród ludzi. Jakieś to było naturalne, że Ten Ktoś, o kim niewiele mówią Ewangelie, i przeciętny człowiek może jedynie powiedzieć, że jest trzecią osobą boską, był częścią ówczesnego świata. Częścią ludzkiego bytowania. Ani Go widać nie było, ani prawie nikt się do Niego nie modlił, bo Matka Boska i Chrystus wystarczali, gdy nie liczyć Modlitwy Pańskiej, ani Jego figuralnych przedstawień – prócz gołąbka – nie było. A jednak był.

A potem znikł. To znaczy może nie od razu znikł, ale znikał przez jakiś czas, znikał jakby po części, zaczynając od tej najmniej ważnej, czyli wyobrażenia gołębicy, a kończąc na najważniejszej, na swej mocy, która wisiała nad nami jak wielka uśmiechnięta moc, znikał tak jak znika kot w opowiadaniach o Alicji w krainie czarów.
Aż znikł prawie zupełnie. Prawie dla wszystkich.

Ci, dla których nie znikł zupełnie, wciąż czują nad sobą jego moc, widzą zawieszony w powietrzu uśmiech Ducha Świętego, choć jego samego nie dostrzegają. Uśmiech, który potwierdza nasze wybory, który jest ogromną dawką optymizmu do tego, co w jego imię lub z jego pomocą czynimy, uśmiech, który pozwala radośniejszym widzieć każdy dzień, który wlewa siła w starzejące się członki, by nadal czyniły dobro, uśmiech, który rozjaśnia świat
To jest wspaniale widzieć nad sobą, czuć ten Uśmiech. Tę zachętę. Bo cecha charakterystyczną Ducha świętego jest to, że ciągle się uśmiecha.

Ale gdyby Duch Święty znikł tylko ludziom, szarym, zabieganym, wciąż łatającym rzeczywistość, nie uśmiechającym się i uśmiechu nie dostrzegającym, którym gołąb kojarzy się tylko z możliwością podkarmienia, to jeszcze jakoś by było. Ale on znikł także niektórym księżom. Ba, wyprowadził się z niektórych kościołów. Wierzę, że na chwilę, ale jednak.

W mszy świętej z okazji zesłania Ducha Świętego uczestniczyłem na Jasnej Górze, w Bazylice. Taki mam przywilej, że ciągle tam chodzę na msze święte. Z każdą minutą modłów wrastało we mnie poczucie, że nie jest to masz uroczysta, jaka być powinna z tak wielkiej okazji, ale zwykła, szara msza, jakich tysiące co niedziela. Taka szara myszka pośród wielkich uroczystości, jakich na Jasnej Górze wielka ilość.

Ale zabiło mnie zupełnie kazanie dość młodego księdza. Kazanie żywcem przeniesione z Internetu, płaskie jak naleśnik, wypełnione wielokroć powtarzanymi –słowo banał jest tu niestosowne – sloganami wyprowadzonymi z Ewangelii przez różnego rodzaju i jakości teologów. Zresztą nie za bardzo umiał przeczytać to co miał napisane.

Ani słowa od siebie. Pomyślałem, może bardzo niesprawiedliwie: ciebie młodzieńcze chyba do tej pory nigdy Duch Święty nie odwiedził. Pomyślałem i zastanowiłem się: a ciebie?

Kiedyś dostałem od biskupa Świeżawskiego, ordynariusza sandomierskiego, napisaną przez niego książeczkę o Duchu Święty. Próbowałem czytać, ale nie dałem rady. Stopień naukowo- ewangeliczno- teologicznego uwznioślenia, choć przecież zbanalizowania sprawy był taki, że przebrnąłem przez może kilka kartek.

Jak czytać teologów, by się dowiedzieć, jak działa Duch święty, to spotykamy takie – lub podobne wyjaśnienie, bardziej lub mniej rozbudowane słownie: Duch Święty pozwala nam odkrywać to, o czym ojcowie Kościoła mówią od zawsze, Duch uczy nas duchowej lektury Biblii, Duch Syna Bożego modli się w nas, Duch najintensywniej działa w Eucharystii, do natury Ducha Świętego należy przecież objawianie tajemnicy Ojca i pokazywanie Jezusa Chrystusa.
Mówi się o darach Ducha Świętego, których rozumienie jest też w całości zupełnie „kościelne” nie „świeckie”, choć te dary to dar mądrości, rozumu, rady, męstwa, wiedzy, bojaźni Pańskiej, pobożności.
Także modlitwy do Ducha Świętego, których w internecie jest sporo, a o których w większości – w tym o litanii do Ducha świętego – nigdy nie słyszałem – są praktycznie w całości skoncentrowane na kierunku niebieskim działania Ducha Świętego.
A nasze życie jest „świeckie” nawet jak się modlimy, chodzimy do kościoła. Czy Duch święty nie działa na nas w naszym życiu, kiedy niekoniecznie myślimy o Bogu?
Po co jest Duch Święty? Tylko po to, by nas umacniał w wierze? Do Boga Ojca modlimy się co dzień (jeśli się modlimy) o zaspokojenie naszych codziennych, powszednich potrzeb, dodając od siebie najróżniejsze dodatki, do Chrystusa podobnie, o wszystko i wciąż, tylko do Ducha Świętego, głównie w kościele, prawie zawsze górnolotnie i niebiańsko.

A może Duch święty działa na nas gdy pichcimy obiad, wymyślając różne potrawy, gdy piszemy wiersz czy felieton, gdy rozmawiamy o ważnych sprawach, a On skądyś nam podszeptuje, byśmy w tych życiowych, cywilnych, codziennych wyborach nie walnęli jakiegoś głupstwa?

Że co? Że nie wypada Ducha Świętego prosić do kuchni, do naszej pracy? A niby dlaczego? Mnie się wydaje, że że czuję często Jego obecność przy sobie. I tylko, jak sobie przypomnę, dziękuję za tę chwilę, która zmienia moje myślenie, która podpowiada mi dobry wybór (niekoniecznie niebiański), która pozwala uniknąć potknięcia.
I mówię wtedy – dziękuję Duchu Święty. Czy ja jestem szalony? Czy tak nie wypada?
I nie szalony, i wypada.

Oczywiście, często szczypię się w policzek, bojąc się samoposądzenia o megalomanię, że oto dotknął mnie Duch Święty. Bo i niby dlaczego miałby to czynić. Co nie zmienia faktu, że często miałem wrażenie bliskości z Duchem Świętym, wrażenie jego wpływy na moje decyzje, może myśli, moje czyny. Także wtedy, gdy nade mną, nad moimi czynami ubolewał.


Nie akceptuję faktu, by jedynym materialnym przejawem obecności Ducha Świętego w Mielcu była ulica, którą przejął od Jurija Gagarina.
Mam głębokie przekonanie, inne chyba niż mają księża, którzy wymieniają kilka momentów, kiedy Duch Święty działa oficjalnie, że działa on cały czas, tylko nie umiemy tego dostrzec, nie umiemy się otworzyć – jak ten młody ksiądz z Jasnej Góry – na jego działanie, ciurkiem umiejąc wymienić 7 darów, nie wiemy, kiedy są one tak naprawdę od Niego. Albo wcale nad tym nie myślimy.

wtorek, 22 maja 2018

Osocze formaldehydowe



 Zdjęcie - jak widać - wzięte od Korso
Felieton jest o tym, jak Prezydent Kapinos uratował specjalną strefę ekonomiczną w Mielcu przez absolutnym zdominowaniem przez Kronospan. Na szczęście był szybszy.

Parę dni temu ujrzałem w tv fragment narzekania na skażenie środowiska i związane z tym choroby i zarejestrowałem z wielkim zdziwieniem jedną z konkluzji, że z leczeniem będzie lepiej, jak w Polsce wybuduje się fabrykę leków krwiopochodnych. Dlaczego się zdziwiłem? Ano dlatego, że tę wypowiedź zilustrowano zdjęciem hali z Mielca, która miała być kiedyś Laboratorium Frakcjonowania Osocza. Czyli miała produkować leki krwiopochodne. Jakże przydatne przy leczeniu wszelkiego typu białaczek i innego świństwa, które nie wiadomo z czego się w człowieku biorą i go zabijają.

Zdziwiłem się tym bardziej, że od jakiegoś czasu w Mielcu powtarzana jest informacja, chyba już nie plotka, bo dzieje się to za często, że halę i działkę po Laboratorium Frakcjonowania Osocza, a także sąsiednią do niej nieruchomość po dawnym Atlantisie, kupiła mielecka firma Kronospan, a raczej jakieś zależne od niej spółki.

Transakcja była najpewniej utrzymywana w tajemnicy, ale tajemnice wcześniej czy później dostają nóg i wypełzają na światło dnia. I ta wypełza. Chyba w najmniej korzystnym dla zainteresowanych czasie.
No ale własność to własność i tylko komisja Jakiego może ją odebrać. A tu nie ma raczej do tego podstaw.

Nie wiem, czy firma zajmie jakiekolwiek stanowisko w sprawie zakupu, może nawet zaprzeczy. Ale wtedy można zapytać, po co w takim razie chciała kupić od Agencji Rozwoju Przemysłu tę ulicę, oddzielającą  teren Kronospanu od terenu Atlantisu i hali Frakcjonowania Osocza? I uczynić ją drogą wewnętrzną. Czyli tak naprawdę scalić trzy odrębne nieruchomości w jedną.

Bo to, że chciała kupić tę ulicę, to jest informacja absolutnie pewna. Jak i to, że tę transakcję zablokował Prezydent Kapinos. Więcej: uzyskał od prezesa ARP przyrzeczenie, że ta ulica nigdy Kronospanowi sprzedana nie będzie.

Ciekawe rzeczy się wokół dzieją. O jakich ucho nie słyszało i oko nie widziało. Cicho, cicho, cicho sza…. Nie ma Mickiewicza i nie ma Miłosza.

Dzisiaj dowiedziałem się także, iż posłowie procedują jednak zmianę ustawy o ochronie środowiska, jak obiecał min. Kowalczyk, tak by tego typu przemysł, jaki występuje m.in. w Mielcu, był zobowiązany do monitoringu ciągłego swoich wyrzutni odpadów lotnych i żeby WIOŚ pracował 7 dni w tygodniu i wkraczał do firm bez zapowiedzi. Zobaczymy, co z tego się urodzi.

Na koniec moich krótkich refleksji pomyślałem trochę niespodzianie dla samego siebie – a często moje własne myśli mnie zaskakują - że może to dobrze, że tak się stało i Kronospan przejął kontrolę nad byłą niedoszła fabryką osocza, bo może w ramach ekspiacji i wynagradzania swojej dotychczasowej działalności, za winy prawdziwe i tylko mu przypisywane, a także wykazując się patriotyczną postawą nie tylko wobec Republik Österreich, ale także wobec Rzeczypospolitej Polskiej i jej obywateli, wybuduje im właśnie dedykowaną Fabrykę Frakcjonowania Osocza i zacznie w niej produkować leki na leczenie chorób polskiej krwi? No nie,  krew nie ma narodowości.

Że co? Że fantazjuję? No pewnie że fantazjuję.


Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?

  Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?   Skończyły się Dni Mielca. Ponoć były fantastyczne. A już występ pani Chylińskiej –...