wtorek, 7 lipca 2020

Borodzik Feliks, wzór dla radnych i młodzieży


Mój felieton z maja 2017 roku, przepisany z poprzedniego bloga. Dla pamięci panom z PiS, że mówiłem, że ostrzegałem.

Wnuki nigdy nie przyznają się do tego, że ich dziadkowie byli zdrajcami. Podobnie dzieci nie powiedzą tego o rodzicach. Takiego odkrycia dokonał prezydent Duda i wielu ludzi zbulwersował. Bo następny krok w walce, która się toczy, a która on jedynie zwerbalizował, to wskazać te wnuki i te dzieci zdrajców i publicznie je napiętnować. A potem kazać im założyć opaski zdrajcy w drugim lub trzecim pokoleniu. A kto będzie wskazywał? Ano ten, kto ma władzę. To on decyduje, kto jest zdrajcą, a kto nie jest. Jak kiedyś decydował o żydostwie człowieka do czwartego pokolenia.

W walkę włączyli się także radni miejscy Mielca, przystępując do dekomunizacji ulic. To nawet dobry pomysł, bo nikt nie chce mieszkać przy ulicy Stalina,albo przy placu Bieruta. Także Dąbal, w sumie dzielny człowiek, legionista, wrażliwy, walczący o godność podkarpackiego chłopa działacz polityczny, ale ostatecznie jednak zdrajca Polski, nie jest właściwym patronem skwerku, na którym bawią się dzieci. No i zapewne po długich dyskusjach uchwalono, kto będzie patronował mieleckim ulicom.

Mnie wpadł w oko pan nazwiskiem Borodzik Feliks, o którym poczytałem w Korso. I było tam napisane, jak to pan Borodzik działał w czasie wojny harcerstwie (Szare szeregi), w AK, a po wojnie nawet w WiN, a niedługo potem skończył studnia, został inżynierem i z dyplomem, na początku 1952 roku został skierowany do WSK Mielec, do pracy. I tam zaraz  został kierownikiem najważniejszego wydziału produkcyjnego, czyli W50. I coś we mnie zazgrzytało.
Jak to? WiN i studia lotnicze? WiN i kierownik największego wydziału WSK, na którym właśnie uruchamiano wojskową tajność nad tajnościami, licencyjny myśliwiec odrzutowy LiM, budowany na licencji rosyjskiego MiG15.
A przecież były to czasy największego stalinowskiego terroru, a na dodatek trwała wojna koreańska, a cały świat wciąż szykował się do III wojny światowej. A tu taka niespodzianka zmierzająca z Warszawy do Mielca zatłoczonym pociągiem, w postaci młodego pana Borodzika Feliksa, który parę lat wcześniej uciekł z aresztu NKWD.

A że jestem człowiekiem dociekliwym, zacząłem przeszukiwać Internet. I w sumie niewiele znalazłem. Potwierdziłem działalność w WiN, na podstawie wypowiedzi samego pana Borodzika (już jako wielkiego działacza ZHR w III RP), o czym nie pisze pan Witek w Encyklopedii Mielca. Znalazłem sporo szczegółów z pracy w WSK, gdzie był nie tylko świetnym organizatorem produkcji licencyjnego odrzutowca na W50, ale także konstruktorem (nieudanego) samolotu myśliwsko - szturmowego LiM 5M.
W sumie pod jego m.in. kierownictwem zmontowano w WSK wielką ilość myśliwców, walczących na wielu frontach świata, w tym Korei i Wietnamie. W 1952 r. zbudowano pierwszą serię  6 sztuk  Lim-1 na radzieckich podzespołach. Następne serie ruszyły w Mielcu od stycznia 1953. Pierwsze Lim-1 weszły do jednostek wojskowych jesienią 1952 r. Od rozpoczęcia produkcji w 1952 r. do 1 września 1954 wyprodukowano w WSK Mielec 12 serii samolotów LIm-1 w ilości 133 sztuk. Następnym odrzutowym samolotem był  samolot Lim-2, będący licencyjną wersją samolotu MiG-15 bis. Pierwszy z nich zszedł z linii produkcyjnej 17 września 1954 r. Do 24 lutego 1955 r., czyli w ciągu 5 miesięcy wyprodukowano ich 100 sztuk. Produkcja Lim-2 trwała do 23 listopada 1956 r. Wtedy to opuścił WSK w Mielcu samolot o numerze fabrycznym 1B019-14. W sumie w  WSK Mielec wyprodukowano 500 sztuk samolotów Lim-2, w 19 seriach.
I dopiero wtedy pan Borodzik został przeniesiony do organizacji biura projektowego, gdzie m.in. wraz z panem TadeuszemKostią  dokonali  modyfikacji samolotu LiM-5, co doprowadziło do powstania samolotu LiM-5M (myśliwsko – szturmowego).

Nieźle, jak na faceta, który w 1945 roku uciekł z aresztu NKWD (to także znalazłem w Internecie) i z tego powodu musiał opuścić Otwock.
Potem, po 1989 roku został działaczem ZHR, nawet jej szefem i za tę działalność został odznaczony przez Lecha Kaczyńskiego bardzo wysokim odznaczeniem państwowym. Wydawał apele, bardzo po linii, jeździł na pielgrzymki z harcerzami, doradzał, co powinna zawierać Konstytucja i różne tam inne. Ogólnie był i jest zasłużony dla III RP. A może nawet  już dla czwartej, która powstanie.

Ja jednak mam wątpliwość zasadniczą – i o to chciałbym zapytać radnych: którego pana Borodzika dajecie młodym ludziom za wzór? Tego z wojny i zaraz po niej? A może tego od budowy śmiercionośnej broni? A może tego prominentnego działacza Harcerstwa Rzeczypospolitej? A może twórcę harcerstwa w latach pięćdziesiątych, bo takie w Mielcu także odbudowywał?

A na któregoś pana Borodzika trzeba się zdecydować. Bo ja mam przed oczami cztery co najmniej osoby. I mam rozszczepienie jaźni.


piątek, 3 lipca 2020

Mielec - 40 lat po. Droga od socjalizmu do pisocjalizmu.



Skromna raczej, nieliczna gdy liczyć uczestników, choć ogólnopolska uroczystość 40 rocznicy strajków w mieleckiej WSK, stała się dla mnie przyczyną do szerszej refleksji nad upływem czasu, a może raczej nad kierunkiem tego upływu.

Bo jakoś tak bezwiednie skonstatowałem, że czas nie porusza się po prostej, od jakiegoś punktu startu aż do  nieskończoności, lecz raczej po spirali i że właśnie zatoczył wielkie koło. Niby jesteśmy dalej od, ale przecież jakby wciąż blisko. I co z tego, że wyżej?

Szczerze mówiąc nawet nie zauważyłem „przerw w pracy” w WSK PZL Mielec przed 40 laty, chociaż oczywiście tam już wtedy pracowałem. Owszem, słyszeliśmy o tym, że niektóre wydziały nie pracują, ale my byliśmy jakoś z boku – utrzymanie ruchu – więc siedzieliśmy u siebie nie niepokojeni przez nikogo. Maszyny nie pracowały, więc i my nie mieliśmy pracy. No i dylematów, czy strajkować, czy pracować.
Wkrótce zresztą wszystko wróciło (na jakiś czas) do normy i aż do strajków gdańskich było spokojnie.

Jak mówił w 2009 roku w przytoczonym przez pana Gąsiewskiego wywiadzie dla Nadwisłocza „Jak obaliłem socjalizm” późniejszy, chwilowy, dyrektor WSK PZL Mielec, pan Jan Szymański, ludzi wzburzyły braki w zaopatrzeniu, szczególnie w artykuły spożywcze. Do tego doszły podwyżki cen tychże i brak podwyżki płac, i czara goryczy się przelała.

Pewnie wszyscy mieli podobnie. Ja też nie miałem dostępu do sklepu za "żółtymi firankami" (młodzieży wyjaśnię, że to były sklepy dla kasty wybranych: milicjantów, funkcjonariuszy partyjnych, górników). A jednak dla mnie takie fakty, jak braki w zaopatrzeniu, nie były wystarczającym powodem, albo w ogóle powodem, do próby obalania władzy. Pewnie tak jest, że moja absolutnie nierewolucyjna natura nie pozwala mi występować przeciwko żadnej władzy. Ani tej z przeszłości, ani tej z III RP. Zresztą może powód jest z gruntu inny: jako jednostka aspołeczna nie lubię iść z tłumem. Szczególnie gdy tłum głosi populistyczne hasła, na dodatek – w moim przekonaniu – szkodliwe dla społeczności w swej masie.

Zresztą tak naprawdę nikt z wtedy strajkujących robotników WSK nie miał zamiaru obalania ustroju Polski Ludowej. Ba, nikomu to się wtedy nie mieściło w głowie. Ci, którzy odświętnie mówią inaczej, bezczelnie kłamią, albo, jak są młodzi i nie pamiętają, stwarzają nieprawdziwe mity. 

No bo co było dla ówczesnych robotników najważniejsze? 
Tylko naiwni albo oszuści będą twierdzić, że nawet jak nie chcieli obalać ustroju, to walczyli wówczas o wolność wyrażania poglądów, wolność słowa, liberalne prawa obywatelskie.  No, może o wolność religijną, która była bardzo ograniczona, ale dzisiaj,  gdy już jest, to z niej nie za bardzo korzystają.
Najważniejsze były postulaty socjalne, podwyżki zarobków, dobre zaopatrzenie, szybkie emerytury i inne takie. No i zrównanie w przywilejach. Nie zabranie innym, ale dodanie im. pamiętam spotkanie z ówczesnym sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego panem, wtedy towarzyszem, Kotarbą. Jakiś robotnik wstał i zapytał, dlaczego nie mamy wszyscy takich przywilejów jak milicjanci. W odpowiedzi usłyszał - przecież każdy może iść do milicji.
Po pierwszych latach epoki Gierka, kiedy była przez chwilę względna obfitość wszystkiego, przyszły lata, że z zaopatrzeniem było ciężko, więc ludzie o tym myśleli na pierwszym miejscu.  Wystarczy spojrzeć na słynne postulaty gdańskie. Jak odrzucić pierwsze 6, które napisali KOR - owscy doradcy, to co pozostaje? Ano popatrzmy:

  1. Wypłacić wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku wynagrodzenie za okres strajku jak za urlop wypoczynkowy z funduszu CRZZ (czyli Centralnej Rady Związków Zawodowych – przyp. mój).
  2. Podnieść wynagrodzenie zasadnicze każdego pracownika o 2000 zł na miesiąc jako rekompensatę dotychczasowego wzrostu cen (to było ok 50% średniej płacy – przyp. mój).
  3. Zagwarantować automatyczny wzrost płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza.
  4. Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko i wyłącznie nadwyżki.
  5. Wprowadzić na mięso i przetwory kartki – bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku).
  6. Znieść ceny komercyjne i sprzedaż za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym.
  7. Wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej, oraz znieść przywileje MO, SB i aparatu partyjnego poprzez: zrównanie zasiłków rodzinnych , zlikwidowanie specjalnej sprzedaży itp.
  8. Obniżyć wiek emerytalny  dla kobiet do 50 lat, a dla mężczyzn do lat 55 lub [zaliczyć] przepracowanie w PRL 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn bez względu na wiek.
  9. Zrównać renty i emerytury starego portfela do poziomu aktualnie wypłacanych.
  10. Poprawić warunki pracy służby zdrowia, co zapewni pełną opiekę medyczną osobom pracującym.
  11. Zapewnić odpowiednią liczbę miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących.
  12. Wprowadzić urlop macierzyński  płatny przez okres trzech lat na wychowanie dziecka.
  13. Skrócić czas oczekiwania na mieszkanie.
  14. Podnieść diety z 40 zł do 100 zł i dodatek za rozłąkę.
  15. Wprowadzić wszystkie soboty wolne od pracy. Pracownikom w ruchu ciągłym i systemie 4-brygadowym brak wolnych sobót zrekompensować zwiększonym wymiarem urlopu wypoczynkowego lub innymi płatnymi dniami wolnymi od pracy.
Przypominam, że po obietnicy podwyżek płac stoczniowcy chcieli zakończyć strajk i iść do domu. Podobno wtedy Anna Walentynowicz ich jakoś przekonała, żeby zostali w Stoczni. A potem juz poszło z górki. Przynajmniej przez chwilę. 
Oj działo się wtedy, działo. Z okiem Centralnego Laboratorium (to tan zapuszczony biurowiec przez dzisiejszymi Zakładami Lotniczymi) obserwowaliśmy przez ponad rok wielki ruch w siedzibie zakładowej Solidarności, która mieściła się w "skrzydle" Hali 2. 
Pamiętam wielki kontener na śmieci pomalowany w barwy narodowe. Jakoś to nikomu w entuzjazmie nie przeszkadzało. Co się działo w środku oczywiście nie wiem. Nie bywałem. mam za to cały plik gazetek zakładowej Solidarności. jakoś się zawieruszyły, nie spaliłem i jest pamiątka tych ciekawych czasów.

Potem wielu aresztowali, niektórych zwolnili, zapanowała drętwota lat osiemdziesiątych. Po drodze, gdzieś w 1984 roku dyrektor Zakładu wezwał wszystkich kierowników wydziałów i polecił im założyć u siebie organizację związkową. Takich związków prorządowych, dzisiejsze OPZZ. Ja też u siebie na wydziale założyłem. Myślałem, że będzie trudno z przewodniczącym, ale było łatwo.
A potem to już poleciało z górki. Wszyscy mamy takie same żołądki, więc podwyżki płac były mniej więcej takie same dla wszystkich i o tej samej porze.  Oczywiście i tak nie nadążały za podwyżkami cen. szczęśliwy był ten, kto miał na co wydać pieniądze. Oczywiście najwięcej zarabiali robotnicy akordowi. Ale to był czas, że moja żona, położna, przez chwilę zarabiała więcej niż ja, kierownik dużego wydziału.
Doszliśmy do takiego momentu, już na początku lat dziewięćdziesiątych, że  zarabialiśmy miliony złotych.

To już było w kapitalizmie, który sobie robotnicy wywalczyli, albo raczej obalili socjalizm. Pamiętam jeden z ostatnich protestów na terenie WSK. Odbywał się pod hasłem: Życie na WSK będzie rajem, gdy się rozstaniemy z dyrektorem Ryczajem. 
Trwa wciąż dyskusja, czy socjalizm obalił Wałęsa, czy może Jan Szymański, jak wspominał żartobliwie w wywiadzie, czy może jeszcze inni bohaterowie tamtych czasów. I nie tylko tamtych, bo ci obalający są coraz młodsi. I może jeszcze niedługo ktoś inny się przyzna. Jak zawsze w takich sytuacjach liczba weteranów będzie rosła wraz ze wzrostem odległości w czasie od faktu. 

Rzadko słyszy się dzisiaj dyskusję o tym, czy rzeczywiście na WSK robotnicy przeszli z komunistycznego piekła do kapitalistycznego raju. 
Choć wydarzenia późniejsze pokazały, że raczej do "ziemi obiecanej" mlekiem i miodem płynącego kapitalizmu nie doszli.

Na podstawie przytoczonych postulatów gdańskich, ale i z moich obserwacji, mogę stwierdzić, że tak naprawdę robotnicy tamtego czasu chcieli jedynie tzw. „socjalizmu z ludzką twarzą”.  Ten termin zrobił w tym czasie karierę i jeszcze długo istniał w społecznej świadomości.

Ostatnie 30 lat kapitalizmu w Polsce uświadomiło ludziom, nie tylko robotnikom, co by to pojęcie dzisiaj nie znaczyło, że jednak socjalizm nie jest ustrojem, którego należy się wystrzegać ja diabeł święconej wody. Przeciwnie. Wielu za socjalizmem zaczęło tęsknić. I to nie tylko starych ludzi, pamiętających tamte czasu i swoją młodość w nich. Bo ja np. wcale nie tęsknię za socjalizmem, wręcz przeciwnie, boję się, że powróci.
Tęsknią za socjalizmem, nawet jak tego do czego tęsknią, socjalizmem nie nazywają. Ale przydają mu większość cech jakie miał socjalizm. Akceptują nawet "Wieczór z Dziennikiem" w wydaniu dzisiejszej rządowej Telewizji Polskiej i jego prymitywną propagandą kupują znacznie chętniej niż kiedyś propagandę telewizji Gierka. Najważniejsze jest, by władza dała. A jak chce za to taką nieistotną sprawę, jak wolność słowa? Któż by jej tego nie dał?

Ale paradoksem historii dla mnie, jej chichotem, jest fakt, ze spotykam ludzi, którzy kiedyś walczyli z tzw. „realnym socjalizmem”, a teraz bardzo socjalizmu w nowym wydaniu, teraz pisowskim, chcą.
Oczywiście wynika to z szerszego kontekstu społecznego, europejskiego czy nawet światowego. Społeczeństwa zachodnie żądają praw, które może im zapewnić tylko nowy całkiem ustrój społeczny. Oczywiście, ten nowy zachodni socjalizm okraszony jest jeszcze ideologią lgbt, prawami człowieka, uświęceniem uchodźców etc, od czego nasz socjalizm narodowy absolutnie się odżegnuje. Ale zapotrzebowanie na nową wersję socjalizmu, ustroju sprawiedliwości społecznej, gdzie zabiera się  bogatym, a daje „biednym”, jest w Polsce bardzo wielkie. Podobnie jak na świecie.
A działanie PiS tylko je potęguje. Nie znaczy to oczywiście, że Platforma także całkiem od reformy ustroju się odżegnywała, ale czyniła to ostrożniej. No i dlatego przegrała.

Po 40 latach doszliśmy do punktu, w którym znowu na horyzoncie dziejów majaczy upiór socjalizmu. Ciekawe, ile czasu upłynie, zanim on zbankrutuje i jacy znowu będą bohaterowie, którzy będą mogli za ileś lat powiedzieć, że obalili pisocjalizm.



czwartek, 2 lipca 2020

Mielec - 40 lat później. Pomiędzy „socjalizmem” a pisocjalizmem.


Zdjęcie za hej.mielec

Skromna raczej, nieliczna gdy liczyć uczestników, choć ogólnopolska uroczystość 40 rocznicy strajków w mieleckiej WSK, stała się dla mnie przyczyną do szerszej refleksji nad upływem czasu, a może raczej nad kierunkiem tego upływu.

Bo jakoś tak bezwiednie skonstatowałem, że czas nie porusza się po prostej, od jakiegoś punktu startu aż do  nieskończoności, lecz raczej po spirali i że właśnie zatoczył wielkie koło. Niby jesteśmy dalej od, ale przecież jakby wciąż blisko. I co z tego, że wyżej?

Szczerze mówiąc nawet nie zauważyłem „przerw w pracy” w WSK PZL Mielec przed 40 laty, chociaż oczywiście tam już wtedy pracowałem. Owszem, słyszeliśmy o tym, że niektóre wydziały nie pracują, ale my byliśmy jakoś z boku – utrzymanie ruchu – więc siedzieliśmy u siebie nie niepokojeni przez nikogo. Maszyny nie pracowały, więc i my nie mieliśmy pracy. No i dylematów, czy strajkować, czy pracować.
Wkrótce zresztą wszystko wróciło (na jakiś czas) do normy i aż do strajków gdańskich było spokojnie.

Jak mówił w 2009 roku w przytoczonym przez pana Gąsiewskiego wywiadzie dla Nadwisłocza „Jak obaliłem socjalizm” późniejszy, chwilowy, dyrektor WSK PZL Mielec, pan Jan Szymański, ludzi wzburzyły braki w zaopatrzeniu, szczególnie w artykuły spożywcze. Do tego doszły podwyżki cen tychże i brak podwyżki płac, i czara goryczy się przelała.

Pewnie wszyscy mieli podobnie. Ja też nie miałem dostępu do sklepu za "żółtymi firankami" (młodzieży wyjaśnię, że to były sklepy dla kasty wybranych: milicjantów, funkcjonariuszy partyjnych, górników). A jednak dla mnie takie fakty, jak braki w zaopatrzeniu, nie były wystarczającym powodem, albo w ogóle powodem, do próby obalania władzy. Pewnie tak jest, że moja absolutnie nierewolucyjna natura nie pozwala mi występować przeciwko żadnej władzy. Ani tej z przeszłości, ani tej z III RP. Zresztą może powód jest z gruntu inny: jako jednostka aspołeczna nie lubię iść z tłumem. Szczególnie gdy tłum głosi populistyczne hasła, na dodatek – w moim przekonaniu – szkodliwe dla społeczności w swej masie.

Zresztą tak naprawdę nikt z wtedy strajkujących robotników WSK nie miała zamiaru obalania ustroju Polski Ludowej. Ba, nikomu to się wtedy nie mieściło w głowie. Ci, którzy odświętnie mówią inaczej, bezczelnie kłamią, albo, jak są młodzi i nie pamiętają, tworza nieprawdziwe mity. 

No bo co było dla ówczesnych robotników najważniejsze? 
Tylko naiwni albo oszuści będą twierdzić, że nawet jak nie chcieli obalać ustroju, to walczyli wówczas o wolność wyrażania poglądów, wolność słowa, liberalne prawa obywatelskie.  No, może o wolność religijną, która była bardzo ograniczona, ale dzisiaj,  gdy już jest, to z niej nie za bardzo korzystają.
Najważniejsze były postulaty socjalne, podwyżki zarobków, dobre zaopatrzenie, szybkie emerytury i inne takie. No i zrównanie w przywilejach. Nie zabranie innym, ale dodanie im. pamiętam spotkanie z ówczesnym sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego panem, wtedy towarzyszem, Kotarbą. Jakiś robotnik wstał i zapytał, dlaczego nie mamy wszyscy takich przywilejów jak milicjanci. W odpowiedzi usłyszał - przecież każdy może iść do milicji.

Po pierwszych latach epoki Gierka, kiedy była przez chwilę względna obfitość wszystkiego, przyszły lata, że z zaopatrzeniem było ciężko, więc ludzie o tym myśleli na pierwszym miejscu.  jak Wystarczy popatrzeć na słynne postulaty gdańskie. Jak odrzucić pierwsze 6, które napisali korowscy doradcy, to co pozostaje? Ano popatrzmy:

  1. Wypłacić wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku wynagrodzenie za okres strajku jak za urlop wypoczynkowy z funduszu CRZZ (czyli Centralnej Rady Związków Zawodowych – przyp. mój).
  2. Podnieść wynagrodzenie zasadnicze każdego pracownika o 2000 zł na miesiąc jako rekompensatę dotychczasowego wzrostu cen (to było ok 50% średniej płacy – przyp. mój).
  3. Zagwarantować automatyczny wzrost płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza.
  4. Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko i wyłącznie nadwyżki.
  5. Wprowadzić na mięso i przetwory kartki – bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku).
  6. Znieść ceny komercyjne i sprzedaż za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym.
  7. Wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej, oraz znieść przywileje MO, SB i aparatu partyjnego poprzez: zrównanie zasiłków rodzinnych , zlikwidowanie specjalnej sprzedaży itp.
  8. Obniżyć wiek emerytalny  dla kobiet do 50 lat, a dla mężczyzn do lat 55 lub [zaliczyć] przepracowanie w PRL 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn bez względu na wiek.
  9. Zrównać renty i emerytury starego portfela do poziomu aktualnie wypłacanych.
  10. Poprawić warunki pracy służby zdrowia, co zapewni pełną opiekę medyczną osobom pracującym.
  11. Zapewnić odpowiednią liczbę miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących.
  12. Wprowadzić urlop macierzyński  płatny przez okres trzech lat na wychowanie dziecka.
  13. Skrócić czas oczekiwania na mieszkanie.
  14. Podnieść diety z 40 zł do 100 zł i dodatek za rozłąkę.
  15. Wprowadzić wszystkie soboty wolne od pracy. Pracownikom w ruchu ciągłym i systemie 4-brygadowym brak wolnych sobót zrekompensować zwiększonym wymiarem urlopu wypoczynkowego lub innymi płatnymi dniami wolnymi od pracy.
Przypominam, że po obietnicy podwyżek płac stoczniowcy chcieli zakończyć strajk i iść do domu. Podobno wtedy Anna Walentynowicz ich jakoś przekonała, żeby zostali w Stoczni. A potem juz poszło z górki. Przynajmniej przez chwilę. 


Oj działo się wtedy, działo. Z okiem Centralnego Laboratorium (to tan zapuszczony biurowiec przez dzisiejszymi Zakładami Lotniczymi) obserwowaliśmy przez ponad rok wielki ruch w siedzibie zakładowej Solidarności, która mieściła się w "skrzydle" Hali 2. 
Pamiętam wielki kontener na śmieci pomalowany w barwy narodowe. Jakoś to nikomu w entuzjazmie nie przeszkadzało. Co się działo w środku oczywiście nie wiem. Nie bywałem. mam za to cały plik gazetek zakładowej Solidarności. jakoś się zawieruszyły, nie spaliłem i jest pamiątka tych ciekawych czasów.

Potem wielu aresztowali, niektórych zwolnili, zapanowała drętwota lat osiemdziesiątych. Po drodze, gdzieś w 1984 roku dyrektor Zakładu wezwał wszystkich kierowników wydziałów i polecił im założyć u siebie organizację związkową. Takich związków prorządowych, dzisiejsze OPZZ. Ja też u siebie na wydziale założyłem. Myślałem, że będzie trudno z przewodniczącym, ale było łatwo.
A potem to już poleciało z górki. Wszyscy mamy takie same żołądki, więc podwyżki płac były mniej więcej takie same dla wszystkich i o tej samej porze.  Oczywiście i tak nie nadążały za podwyżkami cen. szczęśliwy był ten, kto miał na co wydać pieniądze. Oczywiście najwięcej zarabiali robotnicy akordowi. Ale to był czas, że moja żona, położna, przez chwilę zarabiała więcej niż ja, kierownik dużego wydziału.
Doszliśmy do takiego momentu, już na początku lat dziewięćdziesiątych, że  zarabialiśmy miliony złotych.
To już było w kapitalizmie, który sobie robotnicy wywalczyli, albo raczej obalili socjalizm. Pamiętam jeden z ostatnich protestów na terenie WSK. Odbywał się pod hasłem: Życie na WSK będzie rajem, gdy się rozstaniemy z dyrektorem Ryczajem. 
Trwa wciąż dyskusja, czy socjalizm obalił Wałęsa, czy może Jan Szymański, jak wspominał żartobliwie w wywiadzie, czy może jeszcze inni bohaterowie tamtych czasów. I nie tylko tamtych, bo ci obalający są coraz młodsi. I może jeszcze niedługo ktoś inny się przyzna. Jak zawsze w takich sytuacjach liczba weteranów będzie rosła wraz ze wzrostem odległości w czasie od faktu. 

Rzadko słyszy się dzisiaj dyskusję o tym, czy rzeczywiście na WSK robotnicy przeszli z komunistycznego piekła do kapitalistycznego raju. 
Choć wydarzenia późniejsze pokazały, że raczej do "ziemi obiecanej" mlekiem i miodem płynącego kapitalizmu nie doszli.

Na podstawie przytoczonych postulatów gdańskich, ale i z moich obserwacji, mogę stwierdzić, że tak naprawdę robotnicy tamtego czasu chcieli jedynie tzw. „socjalizmu z ludzką twarzą”.  Ten termin zrobił w tym czasie karierę i jeszcze długo istniał w społecznej świadomości.

Ostatnie 30 lat kapitalizmu w Polsce uświadomiło ludziom, nie tylko robotnikom, co by to pojęcie dzisiaj nie znaczyło, że jednak socjalizm nie jest ustrojem, którego należy się wystrzegać ja diabeł święconej wody. Przeciwnie. Wielu za socjalizmem zaczęło tęsknić. I to nie tylko starych ludzi, pamiętających tamte czasu i swoją młodość w nich. Bo ja np. wcale nie tęsknię za socjalizmem, wręcz przeciwnie, boję się, że powróci.
Tęsknią za socjalizmem, nawet jak tego do czego tęsknią, socjalizmem nie nazywają. Ale przydają mu większość cech jakie miał socjalizm. Akceptują nawet "Wieczór z Dziennikiem" w wydaniu dzisiejszej rządowej Telewizji Polskiej i jego prymitywną propagandą kupują znacznie chętniej niż kiedyś propagandę telewizji Gierka. Najważniejsze jest, by władza dała. A jak chce za to taką nieistotną sprawę, jak wolność słowa? Któż by jej tego nie dał?

Ale paradoksem historii dla mnie, jej chichotem, jest fakt, ze spotykam ludzi, którzy kiedyś walczyli z tzw. „realnym socjalizmem”, a teraz bardzo socjalizmu w nowym wydaniu, teraz pisowskim, chcą.
Oczywiście wynika to z szerszego kontekstu społecznego, europejskiego czy nawet światowego. Społeczeństwa zachodnie żądają praw, które może im zapewnić tylko nowy całkiem ustrój społeczny. Oczywiście, ten nowy zachodni socjalizm okraszony jest jeszcze ideologią lgbt, prawami człowieka, uświęceniem uchodźców etc, od czego nasz socjalizm narodowy absolutnie się odżegnuje. Ale zapotrzebowanie na nową wersję socjalizmu, ustroju sprawiedliwości społecznej, gdzie zabiera się  bogatym, a daje „biednym”, jest w Polsce bardzo wielkie. Podobnie jak na świecie.
A działanie PiS tylko je potęguje. Nie znaczy to oczywiście, że Platforma także całkiem od reformy ustroju się odżegnywała, ale czyniła to ostrożniej. No i dlatego przegrała.

Po 40 latach doszliśmy do punktu, w którym znowu na horyzoncie dziejów majaczy upiór socjalizmu. Ciekawe, ile czasu upłynie, zanim on zbankrutuje i jacy znowu będą bohaterowie, którzy będą mogli za ileś lat powiedzieć, że obalili pisocjalizm.



piątek, 26 czerwca 2020

Nuda w Mielcu?


Kiedyś, dawno temu, jak otwarto Ogródki Działkowe Metalowiec, a ja miałem pewnie ze 6 lat, ktoś na jednej z działek, położonej blisko, albo tuż za obecnym budynkiem Zarządu Ogrodu, zaczął hodować nutrie. Młodym ludziom wyjaśniam, że to takie gryzonie, trochę przypominające bobry, które hodowało się po to, żeby – jak dorosną – zedrzeć z nich skórę i zrobić żonie futro.
Nutrie mieszkały sobie w obszernych klatkach, wyposażonych z takie małe baseniki z wodą, w których lubiły się ciapać.

Jaka to była w tym czasie sensacja!! Całe rodziny z dziećmi szły na spacer do tego swoistego mieleckiego zoo i patrzyły jak te duże szczury zjadają jakieś patyki i kąpią się w wodzie.
Przy braku innych atrakcji złaknione ich społeczeństwo miał atrakcję z byle powodu. Nawet na pochód pierwszomajowy poszło chętnie, bo też coś potem dali czy sprzedali.

A dzisiaj co? Żeby uatrakcyjnić smutne życie młodym mielczanom pan Prezydent wybuduje im za niezła kasę taką krzywą drogę, na której będą jechali raz w górę raz w dół. To może być takie fizyczne przygotowanie do codzienności życia, gdzie raz się jest na górze, drugi raz na dole. Ale niekoniecznie. Jak wyznałem na Facebooku, że nie wiem po co to takie krzywe, to mnie okrzyknięto wapniakiem, który nic z tego świata nie kuma.
A ja zamartwiam się o młodzież, której mogą wejść w krew takie nierówne drogi, a ponieważ i tak już rozpoczęliśmy budowę drogi do nowego socjalizmu, to pomyśli, że do niego to tak zawsze nie po równej…

Ja, jak mam akurat czas, co jest raczej rzadkością mimo mojego wieku, to biorę rower i jadę do lasu. Tam też jest nierówno i krzywo, ale jakoś tak naturalniej i absolutnie przyjemnie. Na dodatek za darmo. Choć ostatnio coraz bardziej się obawiam, że Dyrekcja Lasów Państwowych w Krośnie, z jej delegaturami w mieleckich nadleśnictwach, która też jest złożona z wapniaków, na dodatek łasych na kasę, równo mi wybetonuje i wyasfaltuje wszystkie drogi leśne i żeby mnie potrzepało, jak mi już przejdzie wkurzenie, będę musiał jechać na pumptrack. Czyli na to to, co buduje Pan Prezydent w ramach budżetu obywatelskiego.

Aż się boję myśleć, co przyniesie druga, tegoroczna tura tego budżetu. Ja bym zaproponował park linowy. W mieleckim lesie. Bo w porównaniu z takim podskakiwaczem nie wymagającym ani wysiłku, ani umiejętności, w nim trochę jednak trzeba by się wykazać.

No, ale pożartowaliśmy sobie, a teraz czas na powagę. Ten jakże gorący czas przedwyborczy, a za chwilę wyborczy, mija w Mielcu dziwnie spokojnie
Wiadomości na portalach – te nieco  podnoszące ciśnienie – to przede wszystkim wypadki samochodowe, pożary i ochotnicza straż pożarna, o która zabiegają politycy, nieliczne zarażenia  koronawirusem, procesje kościelne, podtopienia po deszczach, otwarcie sklepu, a takie fakty jak licencja Stali na grę w ekstraklasie, skok z okna, czy wizyta Trzaskowskiego urastają chyba do rangi wydarzeń. Kronospan dymił jak dymi, podobno ma spalać stare meble zwożone z całej Polski (coś z nimi trzeba przecież robić, jak już się wyrzuci na ulicę), a tu nikt nie protestuje. Nawet mój ulubiony radny miejski Pan Szczerba zobaczył innego wroga, jakim jest dla niego 5G, i dymem przestał się pasjonować. Swoją drogą 5G też już w Mielcu jest i nadal wszyscy żyjemy. No i nikt nie protestuje, że mamy.
Jest nadzieja, że będzie ciekawiej w listopadzie, jak będziemy czcili 550 rocznicę lokacji Mielca, chociaż przygotowania idą tak niemrawo, jak konkurs na Mielczanina 550 lecia, który ilością 28 głosów wygrał Grzegorz Lato. 
No bo braku takiej marnej rocznicy, jak 25 lat Specjalnej Strefy Ekonomicznej Euro Park Mielec nawet nikt nie zauważy. A mogło być ciekawie, ale nie będzie, bo nic nie będzie. Bo nawet nie będzie obchodów. 
Sama nuda. Nuda, spokój, porządek i  miłość wzajemna każdego do każdego. Nawet zwolnienia w mieleckich firmach nie budzą jakiegoś poruszenia. Może są całkiem niewielkie, choć prasa alarmowała, że raczej spore, a może dlatego, że na forach internetowych piszą ludzie budżetowi, którym zwolnienie nie grozi. No i jakoś sprawa nie budzi emocji. 
Cisza i spokój w Mielcu
Ale to pewnie dobrze, że tak jest. Wsi spokojna, wsi wesoła, można by za Kochanowskim powiedzieć o naszym mieście za lasem, albo za Barbarą Krafftówną zaśpiewać w nawiązaniu do ogródków działkowych: a poza tym nic już w Mielcu się nie dzieje, co niedziela działkowiczów wielki tłum.

Czy rzeczywiście nic się w Mielcu nie dzieje, czy jak w piosence Krafftówny, która w rzeczywistości nosi tytuł  Dramat w ogródkach działkowych” i w której dochodzi do zbrodni opisanej następująco: „Na alejce posypanej świeżym piaskiem Przy rabatce obsadzonej pelargonią Ktoś udusił panią sznurkiem albo paskiem Kto? Nie wiemy. Przypuszczalnie, chyba on – ją”, trwa w Mielcu podskórna walka, rozgrywka wrogich sobie sił, walka buldogów, które w ukryciu przez opinią publiczną, lubiącą spokój, usiłują wykończyć jeden drugiego.
Tylko jak się zastanowić, to kto miałby być tymi buldogami? No, może PiS. Ale reszta? Nieistniejąca Platforma, słabiutkie PSL? Zostaje lewica. Ta ogólnie pojęta. Bo właściwie to wszyscy w Mielcu nie PiS - owcy są lewicą, co już tam kiedyś udowadniałem.
Ale jakoś też tego nie widzę. Lewica mielecka sama z siebie niewiele dzisiaj może, a poza tym sama dla siebie jest przeszkodą i hamulcem..

A może ten spokój to spokój przez burzą. Może PiS czeka do wyborów, by – jak wielu mówi – po wyborach pokazać prawdę o epidemii i prawdę o gospodarce. I wtedy się zacznie. I w Polsce i w Mielcu.
A może to wszystko jedynie takie babskie gdybanie i tak naprawdę nic nigdy dramatycznego w Mielcu się nie zdarzy, bo albo jesteśmy takim spokojnym społeczeństwem, co tylko miłość wzajemną i dobroć, albo też mieleckie elity są tak ze sobą zblatowane, że co by się wokół Mielca nie działo, zawsze ze sobą się dogadają, a walka to tylko teatr dla gawiedzi?

W to też nie wierzę.

Więc dlaczego jest tak spokojnie?

Czyja jest mielecka pamięć? Mielca czy Lockheed Martin-a

Zdjęcie z strony pzlmieelec.pl Czyja jest mielecka pamięć? Mielca czy Lockheed Martin-a   Właściwie sprawa mogłaby zostać marginalną i p...