poniedziałek, 6 stycznia 2020

„Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk jako „odwrócone” Prawo – czyli „róbta co chceta”




Przeczytałem właśnie  700 stron z dziewięćset stronicowego tomu laureatki Nagrody Nobla (oraz kilkanaście stron z końca książki) i zrobiłem sobie przerwę. I nie wiem, czy wrócę do czytania.
Po tych siedmiuset ponad stronach wydaje mi się, że mogę próbować już ocenić myśl przewodnią, jaka towarzyszyła autorce przy pisaniu książki. A przynajmmniej to, jak ja ją odczytuję.

Z zasady unikam książek grubszych niż 300 stronicowe, uważając, że jeśli autor ma nam coś ważnego do przekazania, to tyle stron na pewno mu do tego wystarczy. Wyjątek dla mnie to Myśliwski, ale to zupełnie inna historia.
To tak jak z homilią czy kazaniem w czasie mszy świętej. Mój zmarły, wspaniały duszpasterz, Herbert Hlubek z Gliwic zwykł mawiać, że pierwsze 5 minut kazania jest dla Pana Boga, drugie 5 zaspokaja próżność kapłana, a kolejne minuty są dla szatana.
I jego kazania były niesłychanie mądre, skondensowane, krótkie, poruszające i pełne Boga, a wierni słuchali ich z otwartymi gębami.

Tym bardziej z książkami. Jak autor wie, co chce przekazać czytelnikowi, jak szanuje jego samego, jego inteligencję i czas poświęcany na czytanie, to pisze krótko. Nie powiem, że muszą to być zaraz eseje, które bardzo lubię, ale mądre książki, z ograniczonym do minimum wypełniaczem.
Wypełniaczem czy zapychaczem choćby i najpiękniejszym, najwyższej próby, jak u pani Tokarczuk, który jednak pozostanie zawsze tylko wypełniaczem, czasem smacznym  przy pierwszym smakowaniu, strawnym, dopóki nie przyjdzie lekka niestrawność po nadmiarze jedzenia, czy wręcz obrzydzenie, a czasem ciapowatym jak rozgotowane kartofle, przez które trudno dostrzec kotlet schabowy i trzeba się wiele naruszać widelcem, by do niego dotrzeć.

Taka jest właśnie dla mnie książka pani Tokarczuk. Z zapychaczem pierwszego rodzaju, który od początku smakowity, jak najlepszy deser, stawał się powoli materią, której stawało się zbyt dużo, która zaczynała rosnąc w gębie, którą rozgarniałem, wierciłem w niej łyżką myśli, by dotrzeć do tego czegoś ukrytego pod nią, do tego, co moim zdaniem było praprzyczyną i celem powstania tej książki.
Do tej ponadczasowej idei, którą autorka chciała przemycić pod przykryciem wspaniałych deserów swojego słowa
Tylko czy była w rzeczywistości taka praprzyczyna i cel, wielka myśl, idea,  na którą czekali czytelnicy?

Od początku czytania mnie to nurtowało. Znając kilka jej innych książek, z których nie wszystkie do końca były dla mnie czytelne, starałem znaleźć myśl tę przewodnią, która przyświecała autorce, gdy pisała tę – w zamierzeniu już - grubaśną książkę. I odrzucałem na początku czytania zamysł, że tą myślą miała być aspiracja do Nagrody Nobla, w której zdobyciu poruszana tematyka dziejów dość dużej i znaczącej w historii nie tylko Polski grupy Żydów, mogła choć trochę pomóc. Odrzucałem, ale im więcej czytałem, tym odrzucałem mniej.

Żeby zrozumieć treść książki i umiejscowić sobie ją, jej bohaterów, w czasie, przestrzeni i kulturze, wcześniej i w trakcie czytania musiałem sięgać często czy to do stron Wikipedii, czy Jewish  Historical Institute.
I na dzisiaj stwierdzam, że te wiadomości poboczne więcej dały mi wiedzy ogólnej o tamtych czasach, niż sama książka. No ale same nie dały by mi odczuć atmosfery tamtych zdarzeń, którą pięknie i bardzo przekonująca, ale i dramatycznie, przedstawiła autorka, łącząc swoim wypełniaczem, (skomponowanym w wysmakowane potrawy słowne z tysięcy stron przeczytanych w bibliotekach,) fakty historyczne.
Tyle tylko, że o ile wiem, które postacie i zdarzenia opisane w książce są autentyczne, o tyle nie wiem, co z atmosfery tamtych czasów jest prawdą, a co literacką fikcją. I pewnie nigdy się tego nie dowiem.

I jeszcze jedna uwaga ogólna, zanim przejdę do szczegółowej krytyki i dowodzenia tytułowej tezy.

Po przeczytaniu tych 700 stron książki Olgi Tokarczuk, nie mogę się oprzeć ogólnemu wrażeniu, że mogłaby być ona dziewiątym rozdziałem pierwszej polskiej encyklopedii „Nowe Ateny albo Akademia wszelkiey scyencyi pełna” księdza Benedykt Chmielewskiego, książki tyleż szczegółowej wielością przedstawianych problemów i spraw, jak też komentowanych przez autora według swoich imaginacyj.

 

A zarówno ksiądz  Chmielowski jak i jego encyklopedia są dość ważnymi bohaterami Ksiąg Jakubowych. Choć znowu zupełnie nie wiem, dlaczego. Pewnie dlatego, ze działo się to w tych samych czasach,  a autorka korzystała z niej przy pisaniu swojego dzieła.

 

A teraz już do rzeczy. Jak już wyczytałem to, co wyczytałem, że ta książka to jednak głównie dzieje grupy Żydów i ich przywódcy Jakuba Franka, uznawanego przez nich za nowego Mesjasza, a faktycznie wielkiego hochsztaplera i nierządnika, który w określonej sytuacji geopolitycznej potrafił otumanić grupę mądrych przecież, uczonych ludzi (obok tłumów żydowskiej biedoty, marzącej o odmianie losu) i pociągnął ich za sobą na dobre i złe, jak już przekonałem się, że to jednak była idea główna, to zacząłem się zastanawiać.

 

Bo jeśli tak, jeśli dla garstki odszczepieńców żydowskich, których losy łatwo wyśledzić w Internecie, autorka zdecydowała się napisać tak wielkie dzieło, to może tak naprawdę należy inaczej spojrzeć na to pozostałe, na to, z czego zbudowany jest, by nie powiedzieć jak kucharz, przyrządzony, „wypełniacz” kart książki.

Może tak naprawdę tylko ten wypełniacz jest zjadliwy dla nie Polaków? Bo niby co szwedzkiego akademika od Nobla może obchodzić los rabina z Buska za Lwowem, czy polska poetka Drużbacaka, której nawet większość Polaków nie zna, albo z czym mu się skojarzy Kamieniec, Berdyczów czy Lwów? Z niczym.

 

Może tak naprawdę istotne w tej książce jest to, co autorka usiłuje nam przy okazji opowiadania anegdot z życia frankistów, włożyć do głowy niejako przy okazji. Może nie danie główne jest ważne, ale wszechobecny w książce deser - wypełniacz? Deser jakże często skomponowany z takich składników, że trudno go przełknąć.

A co nam usiłuje włożyć?

 

Rozważania religijne wywodzące się z nauk Szabtaja Cwi są w zasadzie niezrozumiałe w całości dla dzisiejszego odbiorcy. Zresztą też jakby nie na czasie.

Więc co?

 

Najwyraźniej z „deseru – wypełniacza” książki wyłania się idea, że wybrańcom wszystko jest wolno. Nawet jak są wybrańcami z własnego nadania.  Że buntującym się przeciwko zastanemu porządkowi, wolno więcej, ba, wolno im ten porządek nie to, że odrzucić, ale zastąpić jego przeciwieństwem. Które potem też można dostosowywać, zmieniać, dowolnie kształtować do swoich potrzeb i oczekiwań.

 

Pisz autorka: „Pamiętacie tego węza w Raju? Wąż namawia do wolności. Kto wykarczuje Drzewo Poznania, a osiągnie Drzewo Życia i zjednoczy się z Panną, posiądzie wiedzą o zbawieniu”.

A parę akapitów dalej:  „Tej nocy wysłańcy, Wołowski, Jakubowski i Pawłowski, obcują a Chaną (żoną Jakuba- przyp. mój).W ten sposób stają się Jakubowymi braćmi i krewnymi jeszcze bardziej, niż do tej pory byli”.

 

Bo wybranych prawa nie obowiązują; „My teraz jesteśmy boscy wybrańcy. W nas jest Bóg, a w kim jest Bóg, tego nie obowiązują zwykłe prawa”.

Oczywiście boga każdy ma prawo wymyślić sobie sam.

Pisze autorka: „Tam gdzie my idziemy, nie będzie praw, bo one zrodzone są ze śmierci, a my złączeni jesteśmy z życiem. Zła siła, któa stworzyła kosmos, może być oczyszczona tylko przez Pannę. Kobieta tę siłę przezwycięży, bo ona ma moc”.

 

Jest i pochwała antykoncepcji: „gdzieś, we Francji, robi się kapturki z jelita barana na męskie przyrodzenie, wtedy całe nasienie zostaje w kapturku i kobieta nie staje się brzemienna. Chciałaby takie kapturki mieć i rozdawać je wszystkim kobietom na cotygodniowym targu, żeby dawały swoim mężom i przestały zachodzić w ciążę. Nieszczęście wynika z tego bezładnego mnożenia się, powielania, jak w przypadku robaków w gnijącym mięsie,”

 

Pisze dalej autorka takie słowa: „Dla nas, dla ludzi, dobro jest czym innym niż dla Boga. Dla nas jest ono napięciem między doskonałością Boga, a jego wycofaniem się, żeby mógł powstać świat. Dla nas dobrem jest nieobecność Boga tam, gdzie on mógłby być”.

 

Znamienna jest rozmowa głównego „ideologa” frankistów, Nachmana z Buska (po chrzcie Piotra Jakubowskiego) z nowo poślubioną żoną Wajgełe. Gdy Nachman mówi jej, że stare prawo Mojżeszowe, które pierwotnie Bóg dał Mojżeszowi, nie obowiązuje, bo Mojżesz robił tablice, gdy zobaczył, że Izraelici odchodzą od Boga, a w to miejsce dostał prawo obecne, ma miejsce taki dialog:

„-Na czym polegało to przepadłe Prawo? - pyta Wajgełe, gdy kładą się z Nachmanem do łóżka. – Kto to teraz wie, skoro zostało rozproszone? – odpowiada jej ostrożnie. –Było dobre, szanowało ludzi. Ale ona jest uparta. – Czy było przeciwieństwem tego, które obowiązuje teraz? Skoro nie cudzołóż, to cudzołóż? Skoro nie zabijaj, to zabijaj?”

 

Wokół Franka wszyscy spółkowali ze wszystkimi. Mężowie oddawali Frankowi żony, spółkowali z żonami innych, zaufanym Frank oddawał swoją żonę. Frank wybierał sobie młode kobiety, niezamężne, i z nimi spółkował.

Pisze Olga Tokarczuk: „Bo łączenie jest dobre, nie ma nic złego w tym, że ktoś z kimś spółkował. Między osobami, których ciała się w siebie przelały, powstaje nowa więź, szczególny związek, subtelny i niedookreślony, jako że nie ma słów, oddających dobrze  charakter takich relacji

 

I w tym samym kontekście, nieco dalej: „To co było do tej pory zakazem, jest nie tylko dozwolone, ale wręcz nakazane”.

Pojawiają się u niektórych wątpliwości: „to, że wszyscy „na „zewnątrz” muszą przyjąć wiarę nazareńską i być bardziej chrześcijańscy niż sami chrześcijanie, wydaje się Jankielowi nieuczciwe. To jest oszustwo. Podoba mu się, że trzeba żyć pobożnie, skromnie, niewiele mówić, myśleć swoje. Prawda ma być w sercu, nie na języku. Ale przejść na chrześcijaństwo! Jego wątpliwości rozwiewa Nachman: Przyjąć to nie znaczy stać się. Nie Wilno na przykład żenić się z chrześcijankami, ani mieć nawet nałożnic spośród nich, bo chociaż Senior Santo Baruchja  powtarzał: „Błogosławiony ten, kto zezwolił na wszelkie zakazane rzeczy”, to mówił też, ze córka obcego Boga jest zakazana”.

 

Znamienna jest też rozmowa Moliwdy czyli polskiego poety Antoniego Kossakowskiego z Frankiem: „Masz tu wszystkie kobiety, wszystkie one są twoej i wszyscy mężczyźni, ciałem i duchem. Rozumiem to, jesteście czymś więcej niż grupą ludzi, którzy maają ten sam cel, jesteście czymś więcej niż rodziną, boście się związali ze sobą wszelkim grzechem, którego rodzina znać nie może. Jest miedzy wami ślina i nasienie, nie tylko krew. To bardzo wiąże, to sprawia, że jest się bliżej niż kiedykolwiek. Tak było i u nas, w Krajowie. Dlaczego mielibyśmy poddawać się prawom, których nie szanujemy, prawom niezgodnym z religią natury?”.

 

Może ktoś powiedzieć, że wybieram fragmenty, które nie są zgodne z opinią Olgi Tokarczuk w tych sprawach, że ona jedynie przestawia poglądy Frankistów.

W takim razie zapytam, po co do książki wprowadza fragment z sektą bogomiłów, nieistnijacą w Europie już od XV wieku?
Dla niewidzących informuję, ze to taka religia, łącząca zaratustriański  dualizm z chrześcijaństwem. Jedną z prawd wiary bogomiłów było to, że Bóg ma dwóch synów – młodszego Jezusa i starszego Satanaela.

Bogomili uważali, że świat został stworzony przez Szatana. Nie uznawali również sakramentów, świętych obrazów, dni świątecznych, liturgii ani hierarchii kościelnej.

 

Ich zwyczaje, o których rozpisuje się Tokarczuk, to odrzucenie małżeństwa i traktowanie rodzonych z niego dzieci, jako bękartów:

„Małżeństwo jest grzeszne, powiedzieli nam jeszcze. Na tym polega grzech Adama i Ewy, bo powinno być tak jak w naturze – ludzie mają się łączyć duchem, a nie martwą regułą. Ci, którzy połączą się duchem, bracia i siostry duchowi, mogą obcować ze sobą fizycznie i dzieci z tych związków są darami. Te, które pochodzą z par małżeńskich, są dziećmi martwego prawa”.

 

Oczywiście dziwnym byłoby, gdyby bogomilcy pani Tokarczuk jedli mięso, „tylko pokarmy roślinne, z rzadka sery, gdy ich kto obdarował. Jajek jeść się brzydzili tak samo jak mięsa”.

Nie trzeba więc dodawać, ze nie hodowali zwierząt ani ptaków domowych.

 

No i tak doszliśmy do końca tego, co chciałem dowieść.

A chciałem dowieść, że dzieło pani Olgi Tokarczuk „Księgi Jakubowe” jest afirmacją co najmniej dwu spraw – sekty żydowskiej, wywodzącej się z ziem I – szej Rzeczypospolitej  oraz pochwała dzisiejszego stylu życia, ja prościej ale i najpełniej wyrażanego hasłem „RÓBTA CO CHCETA”.

 

I to by było na tyle.

 

 

PS. Na koniec dodam przesłanie do mojej znajomej, która zaatakowała mnie jedynie za zamieszczenie artykułu jakiegoś nieznanego mi autora, zawierającego wątpliwość, dlaczego Nagroda Nobla nie została przyznana dla Michela Houellebecq. I wyraziła swoje święte oburzenie.

Dzisiaj mogę powiedzieć, dlaczego ja dałbym tę nagrodę Houellebecq – owi a nie Tokarczuk. Bo on walczy o przetrwanie naszej cywilizacji, a Tokarczuk wbija gwóźdź do jej trumny.

Co nie znaczy, bym nie uważał jej za wielką pisarkę. Ale mniejszą od Myśliwskkiego.

 

 

 

 

piątek, 3 stycznia 2020

Jak asfalt w mieleckich lasach komentuje rzecznik prasowy Dyrekcji Lasów Państwowych w Krośnie



 Na mój felieton o asfaltowaniu dróg pożarowych w mieleckich lasach https://andrzejtalarek.blogspot.com/2020/01/czy-lasy-panstwowe-w-krosnie-wystawiaja.html zareagował rzecznik prasowy Dyrekcji Lasów Państwowych w Krośnie, pan Edward Marszałek. poniżej jego list do mnie i moja odpowiedź. Jak inni dyskutanci związani z Lasami Państwowymi skoncentrował się na szerokości dróg pożarowych i potrzebie ich budowania, co nie było myślą przewodnią felietonu, a także na poprawności prawnej działania Lasów Państwowych, bardzo niewiele poświęcając uwagi samej idei zaasfaltowania dróg leśnych i dalekosiężnych skutkach takiej polityki DLP w Krośnie. Jest też moja odpowiedź.
I to już będzie wszystko, co mogłem zrobić w tej sprawie. Za parę lat pewnie zaasfaltują wszystkie drogi w mieleckich lasach, bo tak jest dobrze dla Lasów Państwowych (chociaż nie dla lasów), a wielu będzie z tego zadowolonych, bo tyłek nie będzie im się trząsł, jak pojada rowerem na przejażdżkę, albo może za kolejne lata, wjadą w środek lasu samochodem na grzyby. Jak jeszcze będa rosły. Ale taka będzie wola suwerena. A lud jak żąda, to dostaje. 
A ochrona środowiska? A co to takiego? No może w jednym jesteśmy zgodni z leśnikami: nie należy deptać  rezerwatów. Ja bym dodał jeszcze: szanować torfowiska. tak niewiele ich zostało.

Czarno widzę przyszłość. Tak czarno, jak czarny jest asfalt.


czw., 2 sty 2020 o 11:15 Edward Marszałek - RDLP Krosno <Edward.Marszalek@krosno.lasy.gov.pl> napisał(a):
Szanowny Panie Redaktorze,
odnosząc się do treści Pana tekstu „Czy Lasy Państwowe w Krośnie wystawiają do wiatru w mieleckich lasach organa ochrony środowiska?” z 1 stycznia 2020 roku, uprzejmie informuję, że wspomniane drogi nie były budowane od nowa, lecz przebudowywane, a zastosowane technologie nie wpisują się w przedsięwzięcia, dla których wymagane są pełne procedury oceny oddziaływania na środowisko.
Trzeba pamiętać, że zasady  i normy obecnie obowiązujące obligują projektantów takich obiektów do spełnienia wymogów pozwalających na bezpieczny przejazd zarówno przez  Straż Pożarną, jak i samochody odbiorców drewna. Dotyczy to zarówno podbudowy, jak i szerokości jezdni. Korona drogi na odcinku prostym musi mieć minimum 5 metrów szerokości (w tym jezdnia 3,5 m, zaś na zakrętach wymagane jest jej poszerzenie do 4,7 m). Osobną sprawą są tzw. mijanki, których parametry również określa instrukcja na min. 3 metry szerokości. Trzeba też dodać, że droga leśna musi wytrzymać nacisk 40-tonowych pojazdów. Kwestie te reguluje m.in. Rozporządzenie Ministra Środowiska z dnia 22 marca 2006 r. w sprawie szczegółowych zasad zabezpieczenia przeciwpożarowego lasów, zaś szczegółowe „Wytyczne prowadzenia robót drogowych w lasach” wynikają z zarządzenia nr 16 Dyrektora Generalnego LP z 19 marca 2014 r.
Co ważne, w ostatnich czterech latach strażacy dziewięciokrotnie już użyli dróg leśnych w Nadleśnictwie Tuszyma w bezpośrednich akcjach gaśniczych, zaś w Nadleśnictwie Mielec w tym samym czasie gasili 18 pożarów. Dzięki łatwości dotarcia do zarzewia ognia średnia powierzchnia pożaru w tych jednostkach wyniosła zaledwie 12 arów.
Odnośnie wspomnianej w tekście „asfaltowej drogi”, najprawdopodobniej dotyczy to tzw. Madziarki. Droga ta została wybudowana z tłucznia w 2000 roku, obecnie ze względu na jej zły stan techniczny oraz niespełnianie wymogów dojazdów pożarowych jest przebudowywana w zakresie: wykonania wzmocnienia istniejącej konstrukcji nawierzchni (z zachowaniem dotychczasowej szerokości jezdni 3,5 m), skrzyżowań i zjazdów, wykonanie pełnej konstrukcji mijanek oraz uzupełnienie poboczy gruntem. Nawierzchnia zostaje wzmocniona kruszywem - warstwa wyrównawcza o grubości 7 cm oraz podwójnym powierzchniowym utrwaleniem emulsją asfaltową i grysem kamiennym (to nie jest nawierzchnia asfaltowa). Zaprojektowana technologia przebudowy drogi nie wpisuje się w przedsięwzięcie, dla którego wymagane jest przeprowadzenie oceny oddziaływania na środowisko albo oceny oddziaływania przedsięwzięcia  na obszar Natura 2000 zgodnie z przepisami ustawy z dnia 3 października 2008r. o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska, oraz o ocenach oddziaływania na środowisko tj. z dnia 3 października 2018 r. (Dz.U. z 2018 r. poz. 2081).
Rozumiemy, że spełnienie tych kryteriów przy modernizacji dróg leśnych wywołuje różne odczucia, ale wszystko to wynika z potrzeby zachowania bezpieczeństwa ruchu i konieczności ochrony ppoż. na terenie lasów.
Nadmieniam, że zakładowe drogi leśne są udostępnione dla rowerów i wózków inwalidzkich, dając wielu ludziom możność aktywnego wypoczynku na terenach leśnych, z czego -  jak czytamy - i Pan korzysta.
Życząc udanych wycieczek, pozostaję z wyrazami szacunku
Edward Marszałek
rzecznik prasowy RDLP w Krośnie


Andrzej Talarek <andrzejtalarek@gmail.com>
czw., 2 sty, 11:36 (1 dzień temu)

Szanowny Panie Rzeczniku

Dziękuję za odpowiedź, którą pozwolę sobie przy okazji opublikować jako komentarz do mojego felietonu.
Nie jestem redaktorem, ale na potrzeby tej sytuacji mogę nim przez chwilę być.
Jestem prywatnie  tzw. zatroskanym obywatelem, zatroskanym o stan naszego środowiska, w tym lasów, zwanych Państwowymi, do których współwłasności, jako obywatel, się poczuwam.
Nie komentuję w swoim pisaniu spraw stricte gospodarki leśnej, tj nasadzeń, wycinek etc. Nie znam się na tym i choć boleję, że nasze lasy stały się lasami przemysłowymi i zupełnie zatraciły jakiekolwiek znamiona dziewiczości, to z bólem akceptuję fakt, że trzeba drzewa wycinać, jak osiągają tzw. wiek rębny.
Ale nie mogę się pogodzić, nie tylko ja, bo wiele innych osób, z działaniami Lasów Państwowych przy okazji przebudowy dróg pożarowych.
Są działania sensowne i dające się wytłumaczyć potrzebami i wymogami prawnymi, są takie, jak przykładowa droga ze zdjęcia w felietonie, której budowa w określonym rozmiarze to czyta fanaberia. Nie wiem kogo, projektanta czy leśniczych. I zasypywanie torfowiska pozyskanym piaskiem, gdy niedaleko udostępnia się do eksploatacji kolejną wydmę, będącą swego rodzaju dziedzictwem przeszłości, to już całkiem barbarzyństwo. Przepraszam za te słowa, ale tak to odbieram.

I nie przekonuje mnie Pana tłumaczenie, że wylewanie na tłuczeń asfaltu nie czyni drogi asfaltową. Nawet jak przez drogę asfaltowa budowlańcy rozumieją inna konstrukcję.
Zapewne działacie zgodnie z prawem, co Pan mi tłumaczy powyżej, ale co nie zmienia faktu, że robicie dla lasów polskich bardzo zła robotę.
Może jest wam tak wygodnie, bo remont drogi będzie przesunięty w czasie, może nie potrzeba operatu, ale ludzie, w tym i ja, się buntują przeciwko takiemu działaniu.

I dalej - jak będziemy milczeć, za chwilę polejecie asfaltem wszystkie leśne drogi. albo za dłuższą chwilę położycie pełnowymiarowy asfalt.
A potem wpuścicie na te drogi (pożarowe, leśne)  ruch samochodowy, jak to się dzieje na leśnej drodze do wsi Blizna. Ja znam jeden taki przykład, pewnie są kolejne.
Dlatego nie będziemy milczeć. ja nie będę.

Pozdrawiam Pana i życzę I Panu, I wszystkim leśnikom szczęśliwego Nowego Roku.


 Andrzej Talarek




środa, 1 stycznia 2020

Czy Lasy Państwowe w Krośnie wystawiają do wiatru w mieleckich lasach organa ochrony środowiska


Zdjęcie drogi leśnej pożarowej w nadleśnictwie Tuszyma
Temat ochrony środowiska schodzi na plan dalszy wobec nawały tematów ochrony klimatu. Wbrew pozorom to nie to samo i to nie dlatego, że mamy dwa oddzielne ministerstwa, jedno od klimatu, a drugie od środowiska.
To nie to samo, bo mamy Gretę Thunberg, z jej akcją antypatriarchalną i antyreligijną a proklimatyczną, Papieża Franciszka z jego encykliką Laudato si i abp Jędraszewskiego z jego ekologizmem.

W tym klimatyczno ekologicznym zamęcie, wręcz w klimatycznej mętnej woddzie,  sprawa naszych mieleckich lasów zeszła na daleki plan. Polsko niemieccy zieloni bronili Puszczy Białowieskiej przed wycinką. Dołączali się do nich mieleccy zieloni.
Ani jedni, ani tym bardziej drudzy, mieleccy, dupą nie ruszyli, by bronić Puszczy Sandomierskiej.
Już nawet nie przed wycinką drzew, bo wszyscy już się pogodzili, że ta Puszcza to już żadna puszcza, a zwykły las przemysłowy, gdzie się sadzi, się rośnie, się rżnie i wywozi i znowu się sadzi i się rośnie i tak bez końca. Taki los polskich lasów, państwowych tym bardziej.

Byłem od wielu lat jednym z niewielu, który protestował przeciwko nadmiernemu uprzemysławianiu Sandomierskich Lasów Przemysłowych (dawnej Puszcza Sandomierska). Nie to, żebym był zasadniczo przeciwko wycince drzew, chociaż nie podobała mi się wycinka lasów obok Mielca, pomiędzy miastem a obwodnicą. Zasadniczo też , jak wielu innym ludziom, wydaje mi się, że Mielecki Las Przemysłowy jest nadmiernie eksploatowany, ale moja wiedza jest tu żadna, więc się nie upieram. Tak po prostu czuję.

Najbardziej bolało mnie, że oba nadleśnictwa, w Mielcu i Tuszymie, poprzecinały lasy szerokimi drogami z ubitego kamienia. Jak niektóre są szerokie, pokazuje załączone zdjęcie drogi pożarowej nr 2 w nadleśnictwie Tuszyma. Na co komu taka szeroka droga? Tu się już miną trzy samochody strażackie, nie dwa. Na dodatek piaskiem z niwelacji zasypano sąsiednie z Końskimi Błotami torfowisko. Nikomu ani brew nie drgnęła.

Ale nawet z tymi ubitymi, kamiennymi „leśnymi autostradami” się pogodziłem. Szczególnie że po operacji kolana mniej chodzę po lasach na piechotę, a więcej jeżdżę rowerem.

Dzisiaj jednak, w Nowy Rok, tradycyjnie poszedłem na piechotę na Carpatię, jakby ktoś nie wiedział, najwyższy szczyt powiatu mieleckiego. To jest niedaleko rezerwatu Buczyna, który pełni w nadleśnictwie Tuszyma rolę swoistego kwiatka do kożucha, zamydlacza oczu, takiego, który ma pokazywać, jak się łączy pod „jednym dachem” przemysłową wycinkę lasów z ochroną środowiska w tychże.

I odwiedźcie Państwo Buczynę. Dojdziecie do niej po asfaltowej drodze pożarowej. Ciągnie się ona jeszcze dalej, przez kilka kilometrów.
Nadleśniczy z Tuszymy zaraz zapewne zaprotestuje: to żadna asfaltowa droga. To zwykła droga z ubitego kamienia. Doga pożarowa, aby łatwiej było do palącego się lasu dojechać strażakom. A że ten ubity tłuczeń przed walcowaniem polano jakąś tam ilością płynnego asfaltu, żeby się bardziej ze sobą połączył, to wcale nie świadczy o jej „asfaltowatości”.

W końcu aby wybudować drogę asfaltową (a w lesie w szczególności) potrzebny jest operat oddziaływania na środowisko, a tu nie było żadnego operatu.
No właśnie. Taka logika. A jaka logika jest logiczniejsza? Nie robimy operatu, to nie jest to droga asfaltowa, nawet jak tłuczeń polewamy asfaltem, czy może raczej taka, że jak chcemy polać drogę z tłucznia w lesie asfaltem, to potrzeba zrobić operat oddziaływania na środowisko?

Nie jestem specjalistą, więc może dyrekcja Lasów Państwowych w Krośnie mi to wyjaśni. Budowa drogi asfaltowej w lesie przy nieco mniejszej w niej ilości asfaltu niż na drodze wojewódzkiej, wymaga operatu oddziaływania na środowisko leśne, czy nie wymaga?

I może stosowne organa ochrony środowiska także odpowiedzą na to pytanie: czy wolno jest budować, ot, tak sobie, drogi leśne polewane asfaltem, bez  zgody organów ochrony środowiska, czy nie?

Bo mam wrażenie, że został przekroczony kolejny rubikon. I ci, którym ufamy, że są fachowcami i dbają o nasze lasy, poszli za bardzo na skróty. Więcej, że zaczęli nas olewać. Asfaltem. Nas obywateli Mielca, ale i istniejące przepisy.

My tu sobie, panie, o klimacie, o torbach foliowych, a korniku, a nasze lasy jeszcze mniej będą leśne, niż byśmy chcieli.

Odezwie się ktoś i nam to wyjaśni?

Bo być może za chwilę, za parę lat, już nie będzie lasu, tylko leśne działki przemysłowe, dostarczające drewno do fabryk drewna, z tartakami wewnątrz lasu, z infrastrukturą, która przyjedzie po tych asfaltowych drogach, aby ułatwić życie leśnikom.


niedziela, 22 grudnia 2019

Sędziowie - konformiści, czy wszyscy jesteśmy konformistami?



ilustracja za Gazetą Prawną
Obserwuję trochę z boku wielki spór o polskie sądy. Jak opozycja (totalna) uważam, że nie ma demokracji bez wolnych sądów. Jak spora część społeczeństwa uważam z kolei, że sądom jest potrzebna reforma. I pewnie trochę jak rząd uważam, że trudno tę reformę zrobić razem z sędziami. Zwłaszcza teraz, gdy tak wiele się schrzaniło samemu ze słusznych często pomysłów z początków pierwszej kadencji. Gdy tak naprawdę przestał istnieć Trybunał Konstytucyjny, a wiele innych pomysłów tzw. reformy prawa jest albo wątpliwych, albo całkiem kwestionowanych przez opinię zewnętrzną.

Jednak nie o tej „gorącej” sprawie chciałem pisać. Ten spór o sądy zapewne skończy się wraz z końcem tej kadencji, gdy PiS utraci władzę.
Pozostanie jednak problem dla mnie ważniejszy, niż same sądy, które następna władza przywróci do kształtu może nie poprzedniego, ale takiego, jaki sobie wyobraża i jaki zaakceptuje Unia Europejska.
Bo przecież pozostaną sędziowie, którzy dla własnego interesu, dla kariery, którą umożliwiła im władza PiS-u i jego koalicjant min. Ziobro, przyjęli oferowane im stanowiska, idące za tym duże pieniądze i przywileje, czyniąc to wbrew znakomitej większości środowiska sędziowskiego, które albo z ideowych powodów jest przeciwne reformom PiS  i takim awansom, albo jednostkowo zawiedzione, że to nie na nie trafiła możliwość awansu.

Zapyta ktoś – a niby dlaczego to jest takie ważne? Przecież tych sędziów będzie można wyrzucić na tzw. „zbity pysk”, a jak prawo nie będzie na to pozwalało, to się zmieni najpierw prawo, a potem sędziów. Bo raz zaczętej destrukcji prawa i metod z nim postępowania, zaczętej przez PiS, zatrzymać tak łatwo nie będzie można.

Odpowiadam. Każdy człowiek żyje jakąś ilość lat. Czas pracy zawodowej jest jeszcze krótszy.  Czas, w jakim możliwe jest awansowanie, obejmowanie stanowisk, wzrost pozycji zawodowej czy społecznej, jest znowu podzbiorem tego drugiego.
Przed człowiekiem czasami otwiera się taka „bramka czasowa”, i gdy znajdzie się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie, a jeszcze w odpowiednim towarzystwie, to może przez nią przejść. Do nowej rzeczywistości osobistej. Do nowego stanowiska, Do większych pieniędzy. Do zaszczytów. I najczęściej tak jest, że jest to krótki moment w naszym życiu. I najczęściej tak jest, że występuje raz i już się nie powtarza.

I przed takim człowiekiem, który staję przed szansa, staje dylemat: skorzystać z proponowanej okazji czy nie? A jeśli oferuje nam awans ktoś, z kim politycznie nie całkiem, albo wcale się nie zgadzamy? Bo przecież mamy świadomość, ze nikt propozycji nie składa bezinteresownie. Szczególnie na stanowisko państwowe. Bo prywatnie może liczyć się talent i skuteczność. Na posadzie państwowej niekoniecznie, a ostatnio coraz rzadziej.

Dlaczego o tym mówię i dlaczego to dla mnie ważne? AA no z powodu osobistych doświadczeń. Przed kilkudziesięciu laty stworzyła się sytuacja, że mój przyszły przełożony bardzo nie lubił mojego poprzednika na stanowisku, które mi później zaproponował. Na pytanie-propozycję objęcia tego stanowiska odpowiedziałem, że się zastanowię. Udzielający mi rady mój kolega, równie młody kierownik wielkiego wydziału produkcyjnego, powiedział jedno: drugi raz ci nie zaproponują. Akurat niedawno zniesiono stan wojenny i było jak było. Dziadowsko, partyjnie, biednie. I wydawało się, przeciwnie niż dzisiaj, że ten stan siermiężnego socjalizmu będzie trwał wiecznie, a nie że się skończy za 4 czy 8 lat. Oczywiście przeszedłem przez tę furtkę, która się przede mną otworzyła. Lub którą przede mną otworzyła tamta władza. Było nie było, komunistyczna.  I dzięki tej decyzji, która równała się ze wsparciem władzy, zyskałem określony bagaż doświadczeń zawodowych i dzisiaj jestem tu, gdzie jestem. Tu, gdzie inaczej bym pewnie nie doszedł.

I dzisiaj patrzę na tych awansujących sędziów, którzy są być może większymi konformistami, niż ja byłem za komuny, bo przecież teraz mamy demokrację i wydawać by się mogło, że łatwiej dziś podejmować niekonformistyczne decyzje. Ale przecież nie. Człowiek postał taki sam, jak był zawsze. Jak był za faraonów, cesarzy, rewolucji francuskiej i bolszewickiej, czy zachodniej demokracji.

Bo życie jest jedno. A los daje szanse raz jedynie. I tę szansę się bierze. Czy to kierownik za komuny, czy sędzia w III RP.

Różnica jest może taka, że o ile wszystkich, którzy kiedyś poszli na układ z komuną gremialnie się dzisiaj potępia, no bo dzisiejsze elity rządzące – może z wyjątkiem SLD – mają inny, solidarnościowy rodowód, o tyle nikt sędziów idących na układ z władzą pisowską nie krytykuje. Że PiS to zrozumiałe,. Ale wszystkie inne partie także. Krytykuję się In gremio, nie krytykuje się personalnie. Nawet ci, których TVN uważa tak ogólnie za „zaprzańców”, nie mogą być i nie są z nazwiska i imienia krytykowani.
Broń Boże nie nawołuję do takich działań, tym bardziej że jakoś tych sędziów rozumiem. Ale po prostu pytam. Wolno mi. Tym bardziej, że ja sam przez niektórych zapaleńców prawicowych od czasu =do czasu krytykowany jestem.
I nikomu nie przeszkadza casus pana Piotrowicza, prokuratora stanu wojennego, który kiedyś tam wykorzystał swoją szanse, bez której pewnie nie byłby dzisiaj tym, czym jest. Co nie znaczy, że nie uważam go za małego człowieka, nawet jak wiem, że każdy ma prawo do zmiany poglądów. Ale są granice awansów dla człowieka godnego szacunku. On takim nie jest.

Więc jak to jest z tym krytykowaniem zachowań i postaw konformistycznych w środowisku sędziowskim? Znowu zwycięża kastowa solidarność?

Oczywiście doskonale wiem, że są ludzie, którzy nie są konformistami. I byli tacy w PRL – u, i są teraz. Tamci poszli w stanie wojennym do więzienia. Może potem żałowali, że zrobili taki wybór, może nie? Może nawet są dumni z dokonanych wyborów i z tego, jak im one ukształtowały późniejsze życie.
Nie miałem okazji z nikim takim porozmawiać o jego wyborach.
Czy takimi ludźmi są dzisiaj sędziowie, którzy przeciwstawiają się władzy?
To byłaby parodia naszej świętej historii.


Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?

  Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?   Skończyły się Dni Mielca. Ponoć były fantastyczne. A już występ pani Chylińskiej –...