piątek, 29 czerwca 2018

Kiedy czarne jest białe


Totalne zamieszanie wokół kolejnej nowelizacji ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, zmusza do postawienia przynajmniej dwóch pytań.
Pierwsze, w sumie mniej ważne, to pytanie o powody takiej niesłychanej wolty elit rządzących Polską. Zapewne o jej przyczynach – pewnie złożonych i wywiedzionych z najróżniejszych kątów światowej i polskiej polityki – nie dowiemy się wiele, albo wręcz nic. Pozostają spekulacje. A to, że jedną z przyczyn jest chwilę wcześniej podpisany kontrakt na dostawę gazu z USA (co ma nas uniezależnić od Putina). A to, że powodem są fatalne i coraz gorsze stosunki z Unią Europejską, mogące skutkować opuszczeniem Unii przez Polskę, a jakiś sojuszników w tym niebezpiecznym świecie mieć trzeba, więc pozostają Żydzi i niezrównoważony Trump. A to, że w tle sprawy stoi skandal firmy Get Back i jej prezesa, który załatwiał w Izraelu paszport tego kraju i obywatelstwo i nie załatwił. A może to najważniejsze – że bez niej Nasz pan prezydent nie może liczyć na łaskawe przyjęcie przez Ich prezydenta. A tak bardzo chce. Bo to, że ustawa jest fatalna, miał stwierdzić marionetkowy Trybunał Konstytucyjny, ale tak długo stwierdzał, że nawet jego mocodawcy go olali i sami stwierdzili niekonstytucyjność, tfu, nieprzydatność tej ustawy i ją, w tempie niespotykanym w historii parlamentaryzmu, zmienili.
I tu dochodzimy do drugiego pytania. Pamiętając o tym, jak wszyscy, cały PiS, bronili tej ustawy po jej uchwaleniu, jak zapowiadali, że nie pozwolą niczego, nawet joty, w niej zmieniać i tak, jak ją wtedy uchwalili, tak będą ją stosować, zamykając do więzienia jakiś Grossów i Engelkingów, zadać sobie należy pytanie o morale ustawodawców.
Jakie ono jest?
Mój świętej pamięci kolega w takich przypadkach przytaczał polsko – ruskie przysłowie, które brzmiało mniej więcej tak: Zarykałsa miedwiedź, czto nie budiet w postiepierdieć. Zarykałsa i zesrałsa.
Kto kumaty, to sobie sam przetłumaczy. Dla nie znających ruskiego, podaję wolny przekład: „Zapewniał niedźwiedź, że nie będzie w poście pierdział. Zapewniał, a się zesrał”.
I odpowiadam sam sobie: pomijając szeregową poselską brać, która jak za czasów liberum veto, zagłosuje na każdego, kto da się jej opić, pojeść i zapewni ciepły kąt na dworze suwerena, są przecież wśród posłów ludzie na stanowiskach wiążących się z prestiżem, ludzie z dorobkiem naukowym i moralnym, ludzie do tej pory szanowani cenieni. I co, nie mają twarzy, honoru?
A tu obserwuję postępujący upadek morale tych, którzy mienią się być elitą naszego narodu. Nie wiem, czy istnieje jeszcze coś takiego, jak inteligencja, bo niby kto to jest? Absolwenci tych szajsowatych polskich uczelni, gdzie dyplom kupuje się w Internecie, a zalicza hurtowo?
Ale przecież jakiś autorytetów nam potrzeba. Bez nich, jako Naród, będziemy kręcili się za własnym ogonem, czcili bożków, wbrew dekalogowi, który niektórzy bezrefleksyjnie rozwieszają w marmurze, a inni święcą, jednocześnie w głosowaniach robią ze swojej twarzy dupę.
Jacy jesteśmy, jako Naród? Czy prawo i sprawiedliwość jest dla nas już tylko nazwą partii, czy może jeszcze cokolwiek więcej znaczy? Czy prawda i pamięć są tylko synonimem organizacji, zajmującej się półprawdami i pamięcią wyselekcjonowaną, czy jednak są cechami, które powinien posiadać każdy szanujący sam siebie Polak? Może postawa sędziów Sądu Najwyższego, stających twardo w obronie Konstytucji, będzie takim momentem zwrotnym w odbudowie moralności naszych autorytetów? Bo i sędziowie autorytet w przeszłości stracili.
Właściwie nie ma co czekać, że posłowie i senatorowie Najjaśniejszej przegłosują ustawę, że czarne jest białe, bo takie dostaną polecenie. Nie ma co czekać, bo to już się stało.

czwartek, 28 czerwca 2018

Kiedy czarne jest białe?


Totalne zamieszanie wokół kolejnej nowelizacji ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, zmusza do postawienia przynajmniej dwóch pytań.

Pierwsze, w sumie mniej ważne, to pytanie o powody takiej niesłychanej wolty elit rządzących Polską. Zapewne o jej przyczynach – pewnie złożonych i wywiedzionych z najróżniejszych kątów światowej i polskiej polityki – nie dowiemy się wiele, albo wręcz nic. Pozostają spekulacje. A to, że jedną z przyczyn jest chwilę wcześniej podpisany kontrakt na dostawę gazu z USA (co ma nas uniezależnić od Putina). A to, że powodem są fatalne i coraz gorsze stosunki z Unią Europejską, mogące skutkować opuszczeniem Unii przez Polskę, a jakiś sojuszników w tym niebezpiecznym świecie mieć trzeba, więc pozostają Żydzi i niezrównoważony Trump. A to, że w tle sprawy stoi skandal firmy Get Back i jej prezesa, który załatwiał w Izraelu paszport tego kraju i obywatelstwo i nie załatwił. A może to najważniejsze – że bez niej Nasz pan prezydent nie może liczyć na łaskawe przyjęcie przez Ich prezydenta. A tak bardzo chce. Bo to, że ustawa jest fatalna, miał stwierdzić marionetkowy Trybunał Konstytucyjny, ale tak długo stwierdzał, że nawet jego mocodawcy go olali i sami stwierdzili niekonstytucyjność, tfu, nieprzydatność tej ustawy i ją, w tempie niespotykanym w historii parlamentaryzmu, zmienili.

I tu dochodzimy do drugiego pytania. Pamiętając o tym, jak wszyscy, cały PiS, bronili tej ustawy po jej uchwaleniu, jak zapowiadali, że nie pozwolą niczego, nawet joty, w niej zmieniać i tak, jak ją wtedy uchwalili, tak będą ją stosować, zamykając do więzienia jakiś Grossów i Engelkingów, zadać sobie należy pytanie o morale ustawodawców.
Jakie ono jest?

Mój świętej pamięci kolega w takich przypadkach przytaczał polsko – ruskie przysłowie, które brzmiało mniej więcej tak: Zarykałsa miedwiedź, czto nie budiet w postiepierdieć. Zarykałsa i zesrałsa.
Kto kumaty, to sobie sam przetłumaczy. Dla nie znających ruskiego, podaję wolny przekład: „Zapewniał niedźwiedź, że nie będzie w poście pierdział. Zapewniał, a się zesrał”.

I odpowiadam sam sobie: pomijając szeregową poselską brać, która jak za czasów liberum veto, zagłosuje na każdego, kto da się jej opić, pojeść i zapewni ciepły kąt na dworze suwerena, są przecież wśród posłów ludzie na stanowiskach wiążących się z prestiżem, ludzie z dorobkiem naukowym i moralnym, ludzie do tej pory szanowani cenieni. I co, nie mają twarzy, honoru?
A tu obserwuję postępujący upadek morale tych, którzy mienią się być elitą naszego narodu. Nie wiem, czy istnieje jeszcze coś takiego, jak inteligencja, bo niby kto to jest? Absolwenci tych szajsowatych polskich uczelni, gdzie dyplom kupuje się w Internecie, a zalicza hurtowo?

Ale przecież jakiś autorytetów nam potrzeba. Bez nich, jako Naród, będziemy kręcili się za własnym ogonem, czcili bożków, wbrew dekalogowi, który niektórzy bezrefleksyjnie rozwieszają w marmurze, a inni święcą, jednocześnie w głosowaniach robią ze swojej twarzy dupę.

Jacy jesteśmy, jako Naród? Czy prawo i sprawiedliwość jest dla nas już tylko nazwą partii, czy może jeszcze cokolwiek więcej znaczy? Czy prawda i pamięć są tylko synonimem organizacji, zajmującej się półprawdami i pamięcią wyselekcjonowaną, czy jednak są cechami, które powinien posiadać każdy szanujący sam siebie Polak? Może postawa sędziów Sądu Najwyższego, stających twardo w obronie Konstytucji, będzie takim momentem zwrotnym w odbudowie moralności naszych autorytetów? Bo i sędziowie autorytet w przeszłości stracili.

Właściwie nie ma co czekać, że posłowie i senatorowie Najjaśniejszej przegłosują ustawę, że czarne jest białe, bo takie dostaną polecenie. Nie ma co czekać, bo to już się stało.

środa, 27 czerwca 2018

Prezydent Kapinos właśnie wygrał wybory prezydenckie


Wysunięcie przez Stowarzyszenie Nasz Mielec kandydatury pana Piotra Wiecha w wyborach na prezydenta Mielca, jest symbolicznym zakończeniem jeszcze nie rozpoczętej kampanii przed wyborami na to stanowisko, na tę funkcję.

Piszę „symbolicznym” i piszę „zakończeniem”.
Symbolicznym dlatego, że ta postawa Naszego Mielca jest wyrazistym wyrazem kapitulacji jego członków,  kierownictwa w szczególności, przed faktami, z którymi dyskutować nie zamierzają i nie mogą. A może też nie potrafią.
Pewnie doszli do wniosku, że PiS ma taką przewagę w Mielcu i takie atuty – także personalne różnego rodzaju – że Nasz Mielec ze swoim obecnym kierownictwem nie potrafi, nie chce i nie umie się im przeciwstawić. A także nie umie przeciwstawić PiS-owi i przedstawić wyborcom przekonującego programu i osoby mającej go realizować.

Uwarunkowania personalne i udział kierownictwa Naszego Mielca w koalicji politycznej z partią rządzącą, a także związki personalno-biznesowe, nie pozwalają na inne działanie, niż te, które widzimy.

Piszę „zakończeniem” kampanii, bo jest to zakończenie kampanii wyborczej Naszego Mielca. Wszystkie dalsze działania będą niepotrzebne merytorycznie i niepotrzebnie generujące koszty.
Bo wyrzucenie iluś tam dziesiątków tysięcy złotych na promowanie kandydata, który jest – gdy sądzić po profilu na fejsbuku, a innych informacji o człowieku w Internecie brak – tak samo prawicowy jak prezydent Kapinos i tak samo patriotyczny jak Stowarzyszenie Prawda i Pamięć, jest po prostu bez sensu. Lepiej wtedy, gdy się chce wybrać kogoś z prawej strony,  głosować na prezydenta Kapinosa, bo do jego prawicowości nie można mieć zastrzeżeń, doświadczenie samorządowe, nawet wiceprezydenckie a obecnie prezydenckie ma, a i o doświadczeniu biznesowym w prywatnej można znacznie więcej powiedzieć niż o panu Wiechu.

Więc u diabła, po co taki wybór kandydata? Po to, żeby wyboru nie było. To oczywiste.

A na koniec wróćmy na chwilę do tytułu. Czy pan Kapinos rzeczywiście ma już sukces w kieszeni? Moim zdaniem tak. Bo nie wierzę, że ruch antykronospanowy wygeneruje tak silną i charyzmatyczną postać, by przyciągnęła do siebie niezdecydowanych w odpowiedniej ilości. Może pan Tabor ma najwięcej cech, które mogłyby wygenerować dla niego poparcie większej grupy ludzi. Ale czy zechce? I czy rzeczywiście ten ruch wkurzonych jest w miarę jednolity politycznie? Nie jest. Bo wkurzeni na Kronospan zwolennicy PiSu prawie na pewno zagłosują na PiS.

A inni? Kto? SLD? Same stare, opatrzone osoby. A z nowym młodym z SLD będzie jak z panem Wiechem. PSL? Nigdy w Mielcu się nie liczył. No chyba że PO powie, że już nie jest Naszym Mielcem i wystrzeli z jakimś kandydatem – hitem? Ale nie wierzę.

W zaistniałej sytuacji w wyborach tak prezydenckich jak do Rady Miasta należy sobie – moim skromnym zdaniem - odpuścić głosowanie na te wszystkie dziwne grupy, partyjki  i stowarzyszenia wzajemnych adoracji.

Najlepszym rozwiązaniem dla Mielca będzie – znowu moim skromnym zdaniem  - głosowanie na dwie grupy ludzi: ci, co lubią PiS (i Nasz Mielec), na PiS, a ci, którzy należą do ruchu wkurzonych i niezdecydowanych, na swoich niezależnych od partii i układów kandydatów. To rokuje jakąś różnorodność poglądów i dopływ naprawdę świeżej, niepartyjnej krwi.
Życzę niezależnym ruchom wyborczym dużo sukcesów. Z pożytkiem dla Mielca i Mielczan

Reszta jest bez sensu.

niedziela, 24 czerwca 2018

Kibic? Polska, białoczerwoni?



Byłem raz na meczu piłki nożnej. To było dawno. Tak dawno, że większość ludzi, głównie mężczyzn, kibicujących lokalnej drużynie, już umarła. Był rok 1962. Drużyna z małego wówczas miasteczka , jakim był Mielec, jakimś cudem dostała się do pierwszej ligi i w tym roku rozpaczliwie walczyła o utrzymanie się w lidze. Wyniki były mierne, ale kibice dopisywali. Na mecz z Górnikiem Zabrze, ówczesnym mistrzem Polski, zwaliły się tłumy. Ówczesny stadion z ziemnymi trybunami, na który mogło się wejść 7 tysięcy ludzi, przyjął ich chyba z piętnaście tysięcy albo i więcej. Ludzie stali wszędzie, gdzie było choćby ćwierć metra kwadratowego wolnej powierzchni. I na te ćwierć metra wchodziło dwie albo trzy osoby. Zajęte były trybuny, dojścia do nich, bieżnia i pole autowe, a sędziowie liniowi biegali po boisku, wraz z piłkarzami. Ludzie siedzieli na drzewach, dźwigach i na dźwigarach konstrukcji hali sportowej, której montaż ledwo co rozpoczęto.

Nic dziwnego, że pod naporem tłumu bileterzy nie byli w stanie kontrolować biletów i duża część widzów weszła „na gapę”. Ja także.
Wszedłem, ale co z tego, skoro, mały jeszcze, jedenastoletni chłopak, niczego nie widziałem, bo widok zasłaniali stojący aż do linii boiska. Niewiele myśląc wspiąłem się z kolegą na dźwigar hali sportowej i stamtąd cośkolwiek zobaczyliśmy. A do zobaczenia było dość dużo bramek, bo chyba 6. Oczywiście strzelonych nam przez piłkarzy Górnika Zabrze. Kto strzelał, nie jestem pewien, ale zostało mi w głowie nazwisko Pola, czy też Pohla.
To było wielkie przeżycie, chociaż może tylko w części sportowe, a w większości chyba socjologiczne.

I to była moja pierwsza i ostatnia wizyta na stadionie piłki nożnej.  Nigdy już więcej, nawet wtedy gdy Stal Mielec zdobywała dwukrotnie mistrzostwo Polski, nie poszedłem na mecz. Jakiś czas, rzadko, ale jednak, patrzyłam w telewizorze na mecze reprezentacji. Czy to na olimpiadzie w 1972 roku, czy na mistrzostwach świata dwa lata później. A potem nawet gry naszej reprezentacji w tv nie oglądałem.
Zdaję sobie sprawę, że w opinii większości polskich mężczyzn to głęboko niepatriotyczne, ale chyba taki już jestem – patriotyczny inaczej i sportowy inaczej. Zamiast oglądać nożną, pijąc piwo, wolę pobiegać (to kiedyś), pojeździć na rowerze, pochodzić po górach i lasach, poćwiczyć na siłowni. Zamiast machać białoczerwoną chorągiewką i wydzierać się – Polska, białoczerwoni – wolę siąść i napisać artykuł o patriotyzmie, takim jak ja go widzę, co znowu może nie jest dobrze widziane.

Dzisiaj, gdy moja żona, w pełni nieszczęśliwa, ogląda sromotnie przegrany mecz z Kolumbią, ja widzę, że zrobiłem kiedyś dobry wybór. Swoją drogą, nie oglądam też innych dyscyplin, poza może – od czasu do czasu - lekką atletyką.
Dzisiejszy sport wypasionych do nieprzytomności dolarami i euro herosów nie może być czymś, co lubię, do czego mam szacunek, co mogę oglądać lub polecić komuś do oglądania. Obrzydzenie mnie ogarnia, gdy nasze gwiazdy piłki widzę aż do urzygania w milionowych reklamach telewizyjnych i bilbordowych najróżniejszych piw, podpasek, środków na łupież i red buli zamiast widzieć ich, jak szanują reprezentację, polskie barwy, Polskę wreszcie. Ale taki czas. I inny nie będzie.

A z meczy piłki nożnej Stali Mielec zainteresował mnie tak naprawdę tylko jeden, rozegrany w latach wojny, który drużyna Klubu Sportowego PZL Mielec rozegrała z drużyną niemieckiej jednostki wojskowej, stacjonującej w Mielcu lub okolicy. Niestety, dostępne mi materiały niczego więcej na ten temat nie podają. Prócz tego, że przegraliśmy z hitlerowcami 1:2.
Dziwna to była ta wojna w tym Mielcu. Wokół mordowano Żydów, zabijano tez Polaków, a tu taki mecz. Ciekawe ilu było widzów i komu kibicowali?

sobota, 23 czerwca 2018

Nie każ mi deptać po kościach pomordowanych, Panie.

I.
Według mnie ludzi można podzielić na dwie grupy: na tych, którzy chcieliby znać przyszłość, i wiele by za tę wiedzę dali, i na tych, którzy przyszłości znać nie chcą i nie potrzebują. A nawet takiej wiedzy najzwyczajniej w świecie się boją.

Po co mam chodzić do lekarza, badać się, jeszcze mi coś znajdzie i …. No, i co? Jak znajdzie, to szybciej umrzesz, niż wtedy, gdyby nie znalazł, gdybyś nie wiedział?
Inny z kolei zapłaci wróżce, cygance, byleby tylko mieć złudzenie, że wie, co się zdarzy. Ba, że będzie umiał przez to zapobiec nieszczęściu. Tak jakby to zapobieganie było wpisane we wróżbę.

Ale czy ci ludzie, którzy chcą znać przyszłość, chcą jednocześnie poznać przeszłość?  Raczej tak nie jest. Raczej są to dla nich byty odrębne. Ci, którzy wybierają przyszłość, starają się najczęściej nie pamiętać przeszłości. Tak własnej, jak i tej zbiorowej.

A co by mieli poznawać? – zapyta ktoś. Przeżyli, to wiedzą.
Oczywiście tak nie jest. Nawet swojego życia nie pamiętamy w całości, a co mówić o tym, co się działo wokół nas, czego nie zauważaliśmy, co było nam wtedy obojętne, czy też celowo zakryte przed naszą świadomością.

Są więc tacy, którzy w archiwach studiują stare księgi, pamiętniki, dokumenty, by poznać to, co dla nich było zakryte, o czym nie wiedzieli, że działo się obok nich, czasami bez wpływu na ich losy, ale często mocno na nich oddziałujące, z czego wtedy nie zdawali sobie sprawy, a co zaciążyło na całym ich życiu. Oczywiście konfiguracji losów ludzkich może być ogromna liczba – ile ludzi, tyle losów. Jednak zawsze wybieramy te najbliżej nas. Wybieramy i na ich bazie, doświadczeniach, budujemy sobie ogląd, wyobrażenie czasów minionych. I nas lub naszych bliskich w nich.

Ja wybieram przeszłość. Bo przeszłość to cały ja. W niej się wychowałem, czy to realnie, przez wiele lat minionych, czy metaforycznie, poprzez studiowanie historii i losów ludzkim w nią wplecionych.

Wybieram przeszłość, bo wybieram życie. Nie ułudę, do której dążę, o której marzę i śnię, mówiąc przez sen, nie coś, co zdarzy się lub nie, mimo planów i przewidywań. Wybieram to co było. Tylko to jest tak naprawdę pewne, oczywiste i jednoznaczne. Jeśli nie jest zakłamane.

Bo nasze życie to tak naprawdę głównie przeszłość. To co jest obecnie, to chwila czasu, która natychmiast przemija, nawet jeśli chcemy ją zatrzymać. To co będzie, to niewiadome, złuda planów i przewidywań, marzenie, które się spełni lub nie. Realna i niezmienna jest tylko przeszłość. W niej jest całe nasze życie. Wszystko, co przeżyliśmy, wszystko, co zaplanowaliśmy i spełniło się, bądź nie, wszystko o czym marzyliśmy i co pozostało marzeniami. Życie to przeszłość. Przeszłość, to my, w całej rozciągłości czasu, działań, niepowodzeń, miłości i zdrad, kłamstw i poświęceń, radości i smutku.

Czy jest coś, co bardziej nas wyraża, jak to, czym byliśmy, jak nasza przeszłość? Bo to, czym jesteśmy obecnie, to tylko przedłużenie w czas teraźniejszy tego, co było.

I mając to w pamięci, dlaczego tak często zamykamy na naszą przeszłość oczy, serca i umysły. Nic nie chcemy o niej wiedzieć. Nie chcemy znać samych siebie. Albo wybieramy z przeszłości tylko to, co nas zadowala, co dla nas piękne, co daje nam satysfakcję bycia lepszym, a pomijamy fakty nieprzyjemne, szkodliwe dla nas……

Stworzyliśmy Instytut Pamięci Narodowej, lokalnie działa Stowarzyszenie Prawda i Pamięć. Wydawać by się mogło, że bardzo potrzebujemy pamięci o przeszłości. I prawdy o niej. Czy aby na pewno? Czy potrzebujemy całej pamięci o nas samych, czy tylko pamięci o tym, jacy byliśmy wspaniali, pamięci o tym, jacy inni byli źli, fałszywi, okrutni wobec nas.
Czy chcemy poznać siebie – jako Naród – czy wręcz przeciwnie, wyjąć z Historii wygodny kawałeczek i w oparciu o niego budować naszą tożsamość.

Jak fałszywa to będzie tożsamość, jacy fałszywi będziemy my sami, jako Polacy, jako Naród, nie trzeba mądrych przekonywać.

Budujemy fałszywe tożsamości. Budujemy fałszywe wyobrażenie o nas o sobie, budujemy zakłamaną społeczność, budujemy fałszywy Naród, wyobrażenie o nim, o nas. Staramy się, by wszyscy byli gładcy i ulizani  jak piękne lalki barbie, jak święte biblijne komiksy, wymuskane, wyładzone, przekolorowane fałszywą dobrocią i fałszywym miłosierdziem.

Budujemy fałszywą historię, zmieniając , zakłamując przeszłość. Bo Historia to ludzie. Dlatego tak jak nie ma ludzi o czarnych lub białych charakterach, tak i historia jarzy się całą paletą barw. Od anielskiej bieli heroizmu, poświęcenia, miłości bliźniego, do czerni zbrodni, zdrady, nienawiści i mordu na tychże bliźnich.

II.

Mój Ojciec od małego czytał mi historię. Historię Polski. Sam, na swoje możliwości, też ją studiował. Pozostało mi po Nim pragnienie poznania tego co było. Poznania całej prawdy o naszej przeszłości, o nas samych.

To pragnienie wzmocniło się z wiekiem, kiedy już jestem starym człowiekiem, bliskim grobu. Wzmocniły go także działania obecnych władz, które w swej tzw. nowej polityce historycznej wybierają z historii to co im pasuje, i z tego budują nową polską tożsamość. Jakże fałszywą tożsamość.

Częścią tej fałszywej tożsamości jest brak w naszej aktualnie szytej historii Żydów, a szczególnie brak szczegółów okresu najtragiczniejszego w dziejach Żydów, Holokaustu. Brak przedstawienia całego spektrum zachowań i postaw Polaków wobec tej tragedii, ale także zachowań i postaw Żydów, które były tragiczne, czasami heroiczne, ale były też takie mało chwalebne.

To pragnienie poznania - w miarę jak się da – prawdy, wzmocniła też sprawa nieszczęsnej ustawy o IPN, ale też nagonka na autorów ogromnego opisu dziejów Żydów po akcji Reinhardt – „Dalej jest noc” - szczególnie na prof. Engelking, w tym wyrzucenie jej za karę za jej postawę z Rady Naukowej Obozy Zagłady w Oświęcimiu.

To pragnienie poznania podkręcił jeszcze pan premier pachnącym fałszem na odległość stwierdzeniem, że Polacy to sami bohaterowie i wszystkim nam należy się wielkie drzewo pamięci w Yad Vashem.
Najlepiej przesadźmy tam dęba Bartka.

Skończyłem czytanie kilku książek o wymordowaniu polskich Żydów, w tym Żydów-Mielczan. Kolejno były to: „Spowiedź” Calka Pierechodnika, „Kronikę Getta Warszawskiego” Emenuela Ringelbluma, „Dalej jest noc” praca zbiorowa pod redakcją prof.prof. Engelking i Grabowski, a na koniec (już po raz drugi, dokładniejszy) „Zagładę Żydów Mieleckich” Andrzeja Krempy, naszego mieleckiego historyka.
Dawniej czytałem jeszcze inne książki, w tym poezję holokaustu, ale już mniej z nich pamiętam.

Im więcej czytałem, im bardziej zanurzałem się w ten przerażający świat lat 1940 – 1944, tym bardziej zaczynałem się identyfikować z tamtymi ludźmi. Myślałem, co ja bym zrobił na ich miejscu, jak bym się zachował, jakie środki bym przedsięwziął, by uchronić przed śmiercią siebie i rodzinę, czy wyrzucił bym za drzwi proszących o pomoc, czy może ukrył bym kogoś, narażając siebie i rodziną na prześladowanie, a najpewniej śmierć, czy zostałbym policjantem w getcie dla ratowania siebie i rodziny, i prowadziłbym na śmierć swoich współziomków, czy jako policjant granatowy wykonywałbym dokładnie polecenia Niemców, łapiąc Żydów, a może nawet bym któregoś zastrzelił, czy będąc sołtysem, osobiście odpowiedzialnym za złapanie ukrywającego się we wsi Żyda, zorganizował bym obławę straży wiejskiej, straży pożarnej i złapanego nieszczęśnika odstawił do żandarmerii, co oznaczało dla niego oczywistą śmierć, czy  raczej naraziłbym wieś na spalenie, jak Podborze, a nie szukał, nie wydał Żyda, czy bałbym się, że Żyd, któremu pomogłem, wyda mnie – torturowany lub nie – gestapo, czy za ukrywanie żądałbym wielkich pieniędzy, czy uczyniłbym to z poczucia miłości bliźniego, czy nie współczułbym Żydom, mówiąc, ze dobrze im tak, bo wyzyskiwali polski naród, czy ukryłbym żydowskie dziecko, czy może w trwodze o swoją rodzinę zaprowadziłbym je na posterunek, gdzie strzelono by mu w głowę, czy  współczułbym mordowanym dzieciom żydowskim, wiezionym do Bełżca czy Treblinki, bo to wszak tylko dzieci, czy też widziałbym w nich dzieci swoich ciemiężycieli, którym dzieje się boska sprawiedliwość,  czy wynosił bym w pole jedzenie, by przeżyli ukrywający się w lesie, czy chętnie szedłbym na obławy, poszukiwania ukrywających się Żydów, bo kazał mi sołtys, bo za odmowę mogliby spalić mój dom, wioskę, czy wreszcie zabiłbym widłami złapanego przez obławę na moim podwórku Żyda, który żądał od sołtysa, by go zawieść na posterunek żandarmerii, gdzie  najpewniej powiedział by, ze go ukrywałem,  za co groziła mi śmierć (zdarzenie z podmieleckiej wioski), czy przynosiłbym jedzenie Żydom z obozu pracy przy zakładach lotniczych, z którymi pracowałem, za co też groziły surowe kary, czy szedłbym rabować, okradać opuszczone żydowskie domy z mebli, pierzyn, ubrań, sprzętu, czy zająłbym ich dom, majątek dany na przechowanie i życzyłbym, by nigdy po ten majątek nie wrócili, czyli życzyłbym im śmierci. Nie pytałem sam siebie, czy- jak to często bywało - zamordowałbym przetrzymywanych Żydów, którym skończyły się pieniądze, albo którzy je mieli, by ich obrabować, nie pytałem siebie, czy zabiłbym złapanego w obławie Żyda, nie pytałem siebie, czy z nienawiści wydałbym Żyda Niemcom, nie pytałem siebie potrafiłbym zamordować spotkanego Żyda by go obrabować, bo cały czas wierzę w siebie, ze nie zrobiłbym tego za żadną cenę. Ale byli tacy, którzy to robili

Takich pytań można mnożyć. Naprawdę był czas, że getto warszawskie śniło mi się w nocy. Że śnili mi się rozstrzeliwani w mieleckich lasach Żydzi, że śniła mi się ta Żydówka z dzieckiem na ręku, którą zastrzelił gdzieś w kępie nad Wisłoką, poniżej Borowej, granatowy policjant, o czym opowiadała mi Babcia. „Jak mógł. Przecież to też był człowiek” – powiedziała.

Tak, to też był człowiek, chociaż z przeczytanych książek wynika, że większość Niemców, a potem część Polaków, nie uważali w latach 1942 – 1944 Żyda za człowieka. Intensywna propaganda, nowa polityka historyczna Niemców, wpajana też Polakom, trafiająca na podatny grunt przygotowany przed wojną przez Falangę czy ONR, gdzie Żyd to był robak, wesz, uczyniły swoje. Dla Niemców, ale i dla części Polaków, życie Żyda nic nie znaczyło.

Przeczytałem te książki. Starałem się dla własnej wiedzy ocenić i Niemców, i Żydów, i Polaków. Wojna wyzwoliła najgorsze cechy charakteru w każdym narodzie, w jego przedstawicielach, biorących udział w tej rzezi lub jej świadkujących. Nie było narodu, któremu można by pobłażać w ocenach. Uświnili się wszyscy.
Barbarzyństwo Niemców jest poza wszelką dyskusją. Polecam przeczytać w Wikipedii opis obozu w Treblince. Piekło Dantego to przy nim prawie raj.
Zachowania dużej części Żydów, którzy jednak byli ofiarami, co pozwala stosować wobec nich taryfę ulgową, też jest poza jakimkolwiek usprawiedliwieniem. Wiem, że większość zostawał policjantami w gettach, by w ten sposób ratować życie swoje i swoich rodzin. Uwierzyli Niemcom, że przeżyją, gdy będą dobrze spełniać swoje obowiązki. Ale gdy przyszło do najgorszego, do deportacji, rozstrzeliwań, ci policjanci żydowscy zachowywali się jak zwierzęta. Także duża część bogatych Żydów nie dzieliła się z umierającymi z głodu braćmi swoim majątkiem, bo liczyła, że mając go, łatwiej przeżyją. Złapani wydawali ukrywających się współbraci, współpracowali z Niemcami w łapaniu ukrywających się Żydów, wydawali ukrywających ich Polaków.
Oczywiście, tak czyniła mniejszość, ale nie można o tym zapominać.
A Polacy? W większości biernie patrzyli na tragedię milionów, niektórzy z nich się cieszyli z dziejowej sprawiedliwości, niektórzy dziękowali Hitlerowi, że zrobił tak wiele dla Polski i wymordował Żydów, bardzo liczni pisali donosy do gestapo, inni wyłapywali Żydów z trwogi, że Niemcy spalą ich domy, ich wsie, albo dlatego, że za Żyda dostawało się litr wódki, albo ze zwykłej nienawiści, albo dlatego, że nie uważali, że Żyd powinien żyć, inni zamykali przed zbiegłymi drzwi, bojąc się represji niemieckich, ale też przyjmowali na przechowanie i mordowali, albo wyganiali – rzadziej – gdy Żydom kończyły się pieniądze. Jednak często było tak, że niektórzy z poświęceniem bezpieczeństwa i życia, ukrywali Żydów, pomagali im wrabiać aryjskie dokumenty, przewozili z miejsca na miejsce. Słowo często jest tu złym słowem, bo gdy popatrzeć, jak niewielu Żydów przeżyło, można by powiedzieć raczej, że rzadko, ale jak się wie, że jedynie nieliczni  z tych bardzo nielicznych,  przeczekali do wyzwolenia w jednym miejscu, to uświadamiamy sobie, że aby pomagać jednemu człowiekowi, potrzeba było wielu ludzi, A i tak często ten wysiłek okazywał się daremnym.

Niemcy – wiadomo.
Żydzi – jak wyżej.
Polacy? Czy mogę potępić Polaków? Nie, nie mogę. Nie mogę wszystkich. Tak jak mogę zrozumieć (albo staram się) Żyda wstępującego do żydowskiej policji, by tak ratować bliskich i siebie, tak rozumiem Polaka, który ze strachu odmawiał pomocy, zamykał drzwi domu, odganiał potrzebujących Żydów ze swojego obejścia, a nawet szedł w obławie z Niemcami, bo tak mu kazano, grożąc spaleniem wsi. Rozumiem go. Choć sam nie wiem, jak ja bym na jego miejscu uczynił. Trzeba powiedzieć, że Żydzi, z własnego wyboru, byli trochę jak kosmici. Chłop podmielecki – pomijam jego antysemityzm – nie miał z przeciętnym Żydem nic wspólnego, nie rozumiał jego mowy, nie rozumiał zwyczajów, był jego klientem i miał pretensje, że Żyd go wykorzystuje. Żyd był bardziej wykształcony, i dla niego chłop był jakimś prymitywnym tubylcem. Takie światy było zupełnie od siebie oddalone i jak jeden się walił, to nawet gruzy nie spadały na drugi.
Mogę jednak potępić i potępiam Polaków mordujących Żydów, wydających ich gestapo, zabijających Żydów jako granatowi policjanci, piszących donosy,  oszukujących ludzi uciekających przed śmiercią, kradnących ich dobytek, zabierających ich domy. I wielu, bardzo wielu potępiam, bo było ich bardzo wielu. Wojna wyzwoliła z nich drapieżne zwierzęta, które wcześniej pętała wiara, wątła kultura, prawo.

Nie, nie należy się wszystkim Polakom drzewo w Yad Vashem. Należy się tym, którzy z poświęceniem, z narażeniem życia, uchronili tych nielicznych przed śmiercią, czy dlatego, że widzieli w nich bliźnich, czy nawet dlatego, że chcieli zarobić, ale byli wierni danemu słowu.
Uratowało się niewielu Żydów. Uratowali się pracując w obozach pracy, w lesie w partyzantce, na aryjskich papierach, uciekając za granicę. Najmniej uratowało się ukrywając w polskich domach na wsi. To było najtrudniejsze. Wieś miała oczy i uszy. Wieś czuwała. Wieś tropiła. I nawet jeśli częściowo można ją zrozumieć, to fakt jest faktem.

Dla mnie Niemcy są narodem, który stać na każdą zbrodnię, każde świństwo. Mit kultury niemieckiej, uczciwej, uporządkowanie, kultury filozofów i muzyków, ludzi uczciwych do szpiku kości, jest kłamstwem. Pokazała to ostatnio afera Volkswagena. Oni mogą wszystko.
Dlatego tak mnie boli, że tak wiele mówi się dzisiaj o Polakach, którzy bali się udzielić pomocy i o tych Polakach, którzy wydawali Żydów, a tak mało o tych potwornych zbrodniach. Nie nazistów, ale Niemców. Piekarzy, lekarzy, fryzjerów, ślusarzy etc.
To głęboko nieuczciwe.

Z drugiej strony jednak tak sobie myślę, jak wiele musi być poczucia winy w naszym narodzie, gdy takim milczeniem otacza tamte zdarzenia, gdy tak pilnie, tak dokładnie wygumkowuje wymazuje je z pamięci.
Nie sięgajmy daleko. Weźmy Mielec.

Nigdy się nie dowiedziałem z jakiś publikacji, jak to było z pożydowskim mieniem w Mielcu. Kto pozajmował ich domu, gdy już odeszli Niemcy i na jakich zasadach, kto się boi, ze wrócą Żydzi i upomną się o swoje. Bo własność jest święta. Także gdy dotyczy innych.
Dlaczego nigdy nie mieliśmy dowagi, by zająć się pamięcią zniszczonych żydowskich cmentarzy?
Dlaczego nie potrafimy uczcić pamięci żydowskiego obozu pracy, a potem obozu koncentracyjnego, który znajdował się na terenie, gdzie dzisiaj jest Inkubator technologiczny Intech2, a przy nim resztki bramy obozowej, która niedługo całkiem zniknie?
Dlaczego nikt nigdy nie zatroszczył się o miejsce mordu i pochówku ok. 800 żydowskich robotników zakładów lotniczych. Nawet nie wiadomo, gdzie jest ich grób.
Podobno po grobach poprowadzono drogę lotniskową, która teraz jest ulicą COP-u. Każdego dnia setki ludzi depcze te groby, nawet nie wiedząc o tym, przejeżdża po nich samochodami.
Dlaczego w latach osiemdziesiątych, gdy odkopano na lotnisku, przy poborze piasku, obok tej drogi, wielkie zbiorowisko kości, szybko je zasypano, wyrównano i zapomniano?
Dlaczego w latach sześćdziesiątych na żydowskim cmentarzu wybudowano budynek poczty?

Pytania znowu można by mnożyć.
Jaka jest nasza pamięć o innych, taka jest nasza pamięć o nas samych. Czego się boimy? Od czego chcemy uciec? Co chcemy udowodnić sobie i światu?

Książka „Dalej jest noc”, której tak obawia się i rząd, i cała prawa strona sceny politycznej, jest – w mojej opinie – napisana uczciwie. Może nie zawsze uczciwe są wyciągane z niej wnioski, które bardziej obwiniają Polaków, kiedy ja, czytelnik, widzę bardzo często tych Polaków usprawiedliwianie.
Zachowania w niej opisane świadczą o ludzkich, ewangelicznych postawach części Polaków, świadczą też o postawach diabelskich, złych i okrutnych, ale usiłuje się zapominać, że to jednak margines, tak w ratowaniu Żydów, jak i w ich unicestwianiu. Bo prawie całe zło jest po stronie niemieckiej.
To trochę tak, jak ktoś obrabował bank, a przygodnemu przechodniowi, każąc stać na czatach, dał 1000 złotych, czyniąc go współsprawcą.
Ale też to pokazuje, jak łatwo można zostać współwinnym, a gdy się nie ma w sobie hamulców, krok po kroku można dojść do Treblinki.

Bo żaden naród nie jest odporny na zło. Polska też. Byli Turkowie z Ormianami, byli Niemcy z Żydami, byli komuniści rosyjscy, byli Rwandyjczycy. Kto będzie kolejny?
Boje się, jak widzę, że w obecnej Polsce zwalniane są hamulce, powstrzymujące rasizm, ksenofobię, nienawiść rasową i nie tylko. Od tego tylko krok do mordów.

I lepiej czytać takie książki, niż krytykować ich autorów pod batutą polityków, nie czytając.


I na koniec powiem, że zamiast wieszać tablice z Dekalogiem w bądź jakim miejscu, powieśmy jedną tablice ku pamięci Żydów Mielczan, których zamordowali Niemcy, a których my nienawidziliśmy w swej polskiej większości. Bo jak nie pozbędziemy się nienawiści, to na cóż nam tablice z Dekalogiem?
  

Ps. A za książkę „Zagłada żydów mieleckich” Pan Andrzej Krępa winien być wytypowany przez Pana Marszałka do wysokiego odznaczenia państwowego. Bo ta książka jest najlepsza spośród wszystkich przeczytanych przez mnie. I jest to książka o naszej, mieleckiej historii.


Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?

  Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?   Skończyły się Dni Mielca. Ponoć były fantastyczne. A już występ pani Chylińskiej –...