piątek, 26 czerwca 2020

Nuda w Mielcu?


Kiedyś, dawno temu, jak otwarto Ogródki Działkowe Metalowiec, a ja miałem pewnie ze 6 lat, ktoś na jednej z działek, położonej blisko, albo tuż za obecnym budynkiem Zarządu Ogrodu, zaczął hodować nutrie. Młodym ludziom wyjaśniam, że to takie gryzonie, trochę przypominające bobry, które hodowało się po to, żeby – jak dorosną – zedrzeć z nich skórę i zrobić żonie futro.
Nutrie mieszkały sobie w obszernych klatkach, wyposażonych z takie małe baseniki z wodą, w których lubiły się ciapać.

Jaka to była w tym czasie sensacja!! Całe rodziny z dziećmi szły na spacer do tego swoistego mieleckiego zoo i patrzyły jak te duże szczury zjadają jakieś patyki i kąpią się w wodzie.
Przy braku innych atrakcji złaknione ich społeczeństwo miał atrakcję z byle powodu. Nawet na pochód pierwszomajowy poszło chętnie, bo też coś potem dali czy sprzedali.

A dzisiaj co? Żeby uatrakcyjnić smutne życie młodym mielczanom pan Prezydent wybuduje im za niezła kasę taką krzywą drogę, na której będą jechali raz w górę raz w dół. To może być takie fizyczne przygotowanie do codzienności życia, gdzie raz się jest na górze, drugi raz na dole. Ale niekoniecznie. Jak wyznałem na Facebooku, że nie wiem po co to takie krzywe, to mnie okrzyknięto wapniakiem, który nic z tego świata nie kuma.
A ja zamartwiam się o młodzież, której mogą wejść w krew takie nierówne drogi, a ponieważ i tak już rozpoczęliśmy budowę drogi do nowego socjalizmu, to pomyśli, że do niego to tak zawsze nie po równej…

Ja, jak mam akurat czas, co jest raczej rzadkością mimo mojego wieku, to biorę rower i jadę do lasu. Tam też jest nierówno i krzywo, ale jakoś tak naturalniej i absolutnie przyjemnie. Na dodatek za darmo. Choć ostatnio coraz bardziej się obawiam, że Dyrekcja Lasów Państwowych w Krośnie, z jej delegaturami w mieleckich nadleśnictwach, która też jest złożona z wapniaków, na dodatek łasych na kasę, równo mi wybetonuje i wyasfaltuje wszystkie drogi leśne i żeby mnie potrzepało, jak mi już przejdzie wkurzenie, będę musiał jechać na pumptrack. Czyli na to to, co buduje Pan Prezydent w ramach budżetu obywatelskiego.

Aż się boję myśleć, co przyniesie druga, tegoroczna tura tego budżetu. Ja bym zaproponował park linowy. W mieleckim lesie. Bo w porównaniu z takim podskakiwaczem nie wymagającym ani wysiłku, ani umiejętności, w nim trochę jednak trzeba by się wykazać.

No, ale pożartowaliśmy sobie, a teraz czas na powagę. Ten jakże gorący czas przedwyborczy, a za chwilę wyborczy, mija w Mielcu dziwnie spokojnie
Wiadomości na portalach – te nieco  podnoszące ciśnienie – to przede wszystkim wypadki samochodowe, pożary i ochotnicza straż pożarna, o która zabiegają politycy, nieliczne zarażenia  koronawirusem, procesje kościelne, podtopienia po deszczach, otwarcie sklepu, a takie fakty jak licencja Stali na grę w ekstraklasie, skok z okna, czy wizyta Trzaskowskiego urastają chyba do rangi wydarzeń. Kronospan dymił jak dymi, podobno ma spalać stare meble zwożone z całej Polski (coś z nimi trzeba przecież robić, jak już się wyrzuci na ulicę), a tu nikt nie protestuje. Nawet mój ulubiony radny miejski Pan Szczerba zobaczył innego wroga, jakim jest dla niego 5G, i dymem przestał się pasjonować. Swoją drogą 5G też już w Mielcu jest i nadal wszyscy żyjemy. No i nikt nie protestuje, że mamy.
Jest nadzieja, że będzie ciekawiej w listopadzie, jak będziemy czcili 550 rocznicę lokacji Mielca, chociaż przygotowania idą tak niemrawo, jak konkurs na Mielczanina 550 lecia, który ilością 28 głosów wygrał Grzegorz Lato. 
No bo braku takiej marnej rocznicy, jak 25 lat Specjalnej Strefy Ekonomicznej Euro Park Mielec nawet nikt nie zauważy. A mogło być ciekawie, ale nie będzie, bo nic nie będzie. Bo nawet nie będzie obchodów. 
Sama nuda. Nuda, spokój, porządek i  miłość wzajemna każdego do każdego. Nawet zwolnienia w mieleckich firmach nie budzą jakiegoś poruszenia. Może są całkiem niewielkie, choć prasa alarmowała, że raczej spore, a może dlatego, że na forach internetowych piszą ludzie budżetowi, którym zwolnienie nie grozi. No i jakoś sprawa nie budzi emocji. 
Cisza i spokój w Mielcu
Ale to pewnie dobrze, że tak jest. Wsi spokojna, wsi wesoła, można by za Kochanowskim powiedzieć o naszym mieście za lasem, albo za Barbarą Krafftówną zaśpiewać w nawiązaniu do ogródków działkowych: a poza tym nic już w Mielcu się nie dzieje, co niedziela działkowiczów wielki tłum.

Czy rzeczywiście nic się w Mielcu nie dzieje, czy jak w piosence Krafftówny, która w rzeczywistości nosi tytuł  Dramat w ogródkach działkowych” i w której dochodzi do zbrodni opisanej następująco: „Na alejce posypanej świeżym piaskiem Przy rabatce obsadzonej pelargonią Ktoś udusił panią sznurkiem albo paskiem Kto? Nie wiemy. Przypuszczalnie, chyba on – ją”, trwa w Mielcu podskórna walka, rozgrywka wrogich sobie sił, walka buldogów, które w ukryciu przez opinią publiczną, lubiącą spokój, usiłują wykończyć jeden drugiego.
Tylko jak się zastanowić, to kto miałby być tymi buldogami? No, może PiS. Ale reszta? Nieistniejąca Platforma, słabiutkie PSL? Zostaje lewica. Ta ogólnie pojęta. Bo właściwie to wszyscy w Mielcu nie PiS - owcy są lewicą, co już tam kiedyś udowadniałem.
Ale jakoś też tego nie widzę. Lewica mielecka sama z siebie niewiele dzisiaj może, a poza tym sama dla siebie jest przeszkodą i hamulcem..

A może ten spokój to spokój przez burzą. Może PiS czeka do wyborów, by – jak wielu mówi – po wyborach pokazać prawdę o epidemii i prawdę o gospodarce. I wtedy się zacznie. I w Polsce i w Mielcu.
A może to wszystko jedynie takie babskie gdybanie i tak naprawdę nic nigdy dramatycznego w Mielcu się nie zdarzy, bo albo jesteśmy takim spokojnym społeczeństwem, co tylko miłość wzajemną i dobroć, albo też mieleckie elity są tak ze sobą zblatowane, że co by się wokół Mielca nie działo, zawsze ze sobą się dogadają, a walka to tylko teatr dla gawiedzi?

W to też nie wierzę.

Więc dlaczego jest tak spokojnie?

czwartek, 25 czerwca 2020

Nudno w Mielcu

Kiedyś, dawno temu, jak otwarto Ogródki Działkowe Metalowiec, a ja miałem pewnie ze 6 lat, ktoś na jednej z działek, położonej blisko, albo tuż za obecnym budynkiem Zarządu Ogrodu, zaczął hodować nutrie. Młodym ludziom wyjaśniam, że to takie gryzonie, trochę przypominające bobry, które hodowało się po to, żeby – jak dorosną – zedrzeć z nich skórę i zrobić żonie futro.
Nutrie mieszkały sobie w obszernych klatkach, wyposażonych z takie małe baseniki z wodą, w których lubiły się ciapać.

Jaka to była w tym czasie sensacja!! Całe rodziny z dziećmi szły na spacer do tego swoistego mieleckiego zoo i patrzyły jak te duże szczury zjadają jakieś patyki i kąpią się w wodzie.
Przy braku innych atrakcji złaknione ich społeczeństwo miał atrakcję z byle powodu. Nawet na pochód pierwszomajowy poszło chętnie, bo też coś potem dali czy sprzedali.

A dzisiaj co? Żeby uatrakcyjnić smutne życie młodym mielczanom pan Prezydent wybuduje im za niezła kasę taką krzywą drogę, na której będą jechali raz w górę raz w dół. To może być takie fizyczne przygotowanie do codzienności życia, gdzie raz się jest na górze, drugi raz na dole. Ale niekoniecznie. Jak wyznałem na Facebooku, że nie wiem po co to takie krzywe, to mnie okrzyknięto wapniakiem, który nic z tego świata nie kuma.
A ja zamartwiam się o młodzież, której mogą wejść w krew takie nierówne drogi, a ponieważ i tak już rozpoczęliśmy budowę drogi do nowego socjalizmu, to pomyśli, że do niego to tak zawsze nie po równej…

Ja, jak mam akurat czas, co jest raczej rzadkością mimo mojego wieku, to biorę rower i jadę do lasu. Tam też jest nierówno i krzywo, ale jakoś tak naturalniej i absolutnie przyjemnie. Na dodatek za darmo. Choć ostatnio coraz bardziej się obawiam, że Dyrekcja Lasów Państwowych w Krośnie, z jej delegaturami w mieleckich nadleśnictwach, która też jest złożona z wapniaków, na dodatek łasych na kasę, równo mi wybetonuje i wyasfaltuje wszystkie drogi leśne i żeby mnie potrzepało, jak mi już przejdzie wkurzenie, będę musiał jechać na pumptrack. Czyli na to to, co buduje Pan Prezydent w ramach budżetu obywatelskiego.

Aż się boję myśleć, co przyniesie druga, tegoroczna tura tego budżetu. Ja bym zaproponował park linowy. W mieleckim lesie. Bo w porównaniu z takim podskakiwaczem nie wymagającym ani wysiłku, ani umiejętności, w nim trochę jednak trzeba by się wykazać.

No, ale pożartowaliśmy sobie, a teraz czas na powagę. Ten jakże gorący czas przedwyborczy, a za chwilę wyborczy, mija w Mielcu dziwnie spokojnie
Wiadomości na portalach – te nieco  podnoszące ciśnienie – to przede wszystkim wypadki samochodowe, pożary i ochotnicza straż pożarna, o która zabiegają politycy, nieliczne zarażenia  koronawirusem, procesje kościelne, podtopienia po deszczach, otwarcie sklepu, a takie fakty jak licencja Stali na grę w ekstraklasie, skok z okna, czy wizyta Trzaskowskiego urastają chyba do rangi wydarzeń.
Ale to pewnie dobrze, że tak jest. Wsi spokojna, wsi wesoła, można by za Kochanowskim powiedzieć o naszym mieście za lasem, albo za Barbarą Krafftówną zaśpiewać w nawiązaniu do ogródków działkowych: a poza tym nic już w Mielcu się nie dzieje, co niedziela działkowiczów wielki tłum.

Czy rzeczywiście nic się w Mielcu nie dzieje, czy jak w piosence Krafftówny, która w rzeczywistości nosi tytuł  Dramat w ogródkach działkowych” i w której dochodzi do zbrodni opisanej następująco: „Na alejce posypanej świeżym piaskiem Przy rabatce obsadzonej pelargonią Ktoś udusił panią sznurkiem albo paskiem Kto? Nie wiemy. Przypuszczalnie, chyba on – ją”, trwa w Mielcu podskórna walka, rozgrywka wrogich sobie sił, walka buldogów, które w ukryciu przez opinią publiczną, lubiącą spokój, usiłują wykończyć jeden drugiego.
Tylko jak się zastanowić, to kto miałby być tymi buldogami? No, może PiS. Ale reszta? Nieistniejąca Platforma, słabiutkie PSL? Zostaje lewica. Ta ogólnie pojęta. Bo właściwie to wszyscy w Mielcu nie PiS - owcy są lewicą, co już tam kiedyś udowadniałem.
Ale jakoś też tego nie widzę. Lewica mielecka sama z siebie niewiele dzisiaj może, a poza tym sama dla siebie jest przeszkodą i hamulcem..

A może ten spokój to spokój przez burzą. Może PiS czeka do wyborów, by – jak wielu mówi – po wyborach pokazać prawdę o epidemii i prawdę o gospodarce. I wtedy się zacznie. I w Polsce i w Mielcu.
A może to wszystko jedynie takie babskie gdybanie i tak naprawdę nic nigdy dramatycznego w Mielcu się nie zdarzy, bo albo jesteśmy takim spokojnym społeczeństwem, co tylko miłość wzajemną i dobroć, albo też mieleckie elity są tak ze sobą zblatowane, że co by się wokół Mielca nie działo, zawsze ze sobą się dogadają, a walka to tylko teatr dla gawiedzi?

W to też nie wierzę.

Więc dlaczego jest tak spokojnie?


niedziela, 14 czerwca 2020

Ulica Tadeusza Ryczaja za ulicę Lecha Kaczyńskiego. I Wyklętych.



Dwa wrogie plemiona zamieszkujące Polskę, ani myślą folgować w wojnie, która co dnia wkracza na wyższy poziom obelg, fałszywych memów, półprawd będących pełnymi kłamstwami, politycznych zapasów w błocie, wyzwisk, kalumnii, przeinaczeń i co by tam jeszcze nie wymyśleć.

I nikt już nie wierzy, że skończy się to taplanie w politycznej brei wraz z rozstrzygnięciem wyborów prezydenckich. Niezależnie od tego, kto je wygra.

Niezależnie od powyższego fatalistycznego stwierdzenia nie sposób nie zadać pytania, co mogłoby zakończyć tę bratobójczą, wyniszczającą tkankę społeczną walkę?
Jeśli odpowiem, że jedynie rozsądek przynajmniej części zwalczających się plemion politycznych, to nie będzie to wielkie odkrycie.  Ale od razu ktoś powie, że na co jak na co, ale na rozsądek to liczyć nie można. Tym bardziej, że już nikt dzisiaj nie wierzy w żadne pozytywne deklaracje przeciwnika, a tym bardziej w jego dobre intencje, a brak wiary i zaufania zaczyna też zżerać od wewnątrz tak prawicę jak i opozycję.

Jeśli bym powiedział, że pozytywnie zaskoczył mnie Trzaskowski, stwierdzając, że Lech Kaczyński będzie miał w Warszawie swoją ulicę, to po pierwsze nie byłaby to prawda, a po drugie i tak by mi nie uwierzono.
Miał na to już ponad rok czasu i dzisiaj tej jego deklaracji trudno odebrać inaczej jak elementu gry politycznej przed wyborami.

Żebym mógł przejść do dalszych rozważań, muszę tu jednoznacznie stwierdzić, że moim zdaniem blokowanie przez władze Warszawy, przeszłe i obecne, uczczenia śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego poprzez nadanie jakiejś ważnej ulicy jego imienia jest zwykłym sukinsyństwem. Można go cenić lub nie, ale elementarna uczciwość zmusza do stwierdzenia, że był człowiekiem ważnym dla Polski i Warszawy.
Małostkowość jego politycznych przeciwników doprowadziła do tak kuriozalnej sytuacji, że  sprawa dla każdego demokratycznego narodu oczywista, stała się w Polsce czymś totalnie karykaturalnym, pokazującym na lichotę ludzi nami rządzących.

Powyższe sklasyfikowanie przeciwników Lecha Kaczyńskiego nie oznacza, że jego stronników oceniam inaczej niż jako małostkowych. Akurat po drugiej (PO - wskiej) stronie nie zginęła osoba równie ważna, na której uczczenie lub nie mieliby wpływ, więc nie byli w stanie zachować się podobnie haniebnie. Ale na pewno by się zachowali.
Jedni są warci drugich.

W nawiązaniu do tytułu felietonu zapyta ktoś, a jak się ma Tadeusz Ryczaj do Lecha Kaczyńskiego? Ano ma się tak, jak ma się Mielec do Warszawy. Czyli może by powiedzieć, ze nijak.

Ale to nie byłaby prawda. Bo oba te przypadki niechęci uczczenia osób ważnych dla danego  środowiska pokazują miernotę tak władz lokalnych, rządzących miastami, jak partii, z których się wywodzą. Ale w sporej części pokazują także marność społeczeństw zamieszkujących te miasta. Społeczeństw skonfliktowanych jak partie, które popierają, jak wywodzące się z tych partii tzw. komitety lokalne. Społeczeństw nie ceniących swojej przeszłości, zainteresowanych pełnym garnkiem i jak największym socjalem.

Nie wiem, czy moje pisanie cośkolwiek zmieni w Mielcu. Pewnie nie. Bo PiS będzie twardo stał przy negatywnej ocenie przeszłości i jej ludzi, wspominając krzywdy, rzadziej prawdziwe, częściej wymyślone lub urojone, a tzw. nowa lewica, aktualnie Mielcem rządząca, jest tak nijaka i tak bez kręgosłupa ideowego, że angażowanie się w spór o coś, co nie przyniesie jej doraźnych korzyści politycznych w ogóle nie wchodzi w krąg rozważań.

Nawet nie potrafiła uczcić osoby podobno dla niej ważnej, czyli śp. prezydenta Daniela Kozdęby. Więc jakby miała walczyć o postać z przeszłości.

W minorowym nastroju zbliżam się do końca felietonu, a jednak mimo tego nadal zachowuję jakąś iskierkę nadziei, że ta polityczna głupota i zacietrzewienie naszych  elit zostanie w końcu przełamana odrobiną rozsądku, a świadomość, że przeszłość była bardziej skomplikowana niż budowane o niej mity, i że ludzie w niej działający najczęściej nie mogli dokonywać i nie dokonywali biało czarnych wyborów, bo takie jest życie, pozwoli na zrozumienie racji swoich przeciwników.

Bo w Mielcu jest miejsce zarówno  na ulicę Tadeusza Ryczaj jak i na pomnik Wyklętych. A może i na ulicę Lecha Kaczyńskiego. Tak jak winno to już dawno być w Warszawie.



piątek, 5 czerwca 2020

Symbol odlatującego komunizmu pozostanie w Mielcu


Zdjęcie za hej.mielec i Kacprem Strykowskim
W ostatnich latach zawadzał niektórym ludziom. Dla PiS-u był symbolem komunizmu, który trzeba wreszcie usnąć, tak jak się usunęło pomnik „wyzwoliciela” sprzed Wydziału komunikacji. Nieremontowany, w fatalnym otoczeniu rozjeżdżonego niby ronda, przestawał się coraz bardziej podobać mielczanom. Dla drogowców był poważnym utrudnieniem do przebudowy ul. Przemysłowej.

Tak w ogóle to sztuka socjalizmu nie ma się w Mielcu zbyt dobrze. Jak i inna sztuka zresztą. Prof. Henryk Burzec na zamówienie władz Mielca i WSK zrealizował w latach 60 – tych cały cykl rzeźb plenerowych, które stały się przez lata symbolami Mielca.
Są to: „Biegaczki” (kiedyś przy hali sportowo-widowiskowej), „Miotacz” (kiedyś obok hotelu „Jubilat”), „Lot” (kiedyś przed bramą główną WSK „PZL-Mielec”), „Tancerka” (w parku za Domem Kultury SCK) i „Radość życia” (przy ul. M. Konopnickiej). Wykonał też ścianę z mozaiką w Domu Kultury SCK i fontannę z delfinami w atrium SDK MSM.

Tak (i nie tylko tak) władze komunistycznego Mielca dbały o styczność mielczan z kulturą i o upiększanie przestrzeni, w której żyjemy.

Od tego czasu też powstało w Mielcu parę „konstrukcji przestrzennych”, które z biedą można by uznać za  kontynuację tamtych, socjalistycznych rzeźb.
To słynne „szubienice” przy Górce Cyranowskiej. I to chyba wszystko. Na nic więcej współczesny Mielec się nie zdobył.
W czasie, gdy inne miasta dbają o przestrzeń miejską, o jej upiększanie czymś więcej, niż betonowymi chodnikami.

No cóż, tak krawiec kraje, jakie klient ma potrzeby estetyczne.
A niestety – przy wszystkich moich pozytywnych opiniach na temat najdłużej nam panującego Prezydenta, chyba głównie starał się zaspokoić potrzeby gospodarcze mielczan, a nie ich fanaberie estetyczno – kulturalne.

Odsądzany od czci i wiary przez prawicę, ale i zapominany intensywnie przez rządzącą przez minione lata Mielcem lewicę,  dyr. Ryczaj miał jednak gust, albo dobrych doradców i zostawił po sobie coś więcej, niż żywicielkę mielczan, WSK, której już nie ma. Rzeźby zostały. I pamięć. Mam nadzieję – na zawsze.

Pewnie wiem, komu zasługuje swoje ocalenie wielka betonowa rzeźba plenerowa Lot, potocznie zwana przez mielczan Ikarem,  wykonana w Mielcu w latach 1964-1966 przez prof. Henryka Burzca – artystę rzeźbiarza z Zakopanego, a usytuowana przed wejściem głównym do WSK PZL Mielec (aktualnie SSE EURO-PARK Mielec).  Pewnie wiem, komu dziękować. Bo ten remont finansuje Miasto z dotacją wojewody. Więc chyba mogę napisać: Panie Prezydencie Wiśniewski – dziękuję w imieniu starych mielczan, dla których uratował Pan symbol Mielca.

Teraz jeszcze proszę go odrestaurować.

Byli tacy, którzy przy okazji przebudowy ulicy Przemysłowej chcieli się tej symbolicznej rzeźby bezczelnie pozbyć. Na szczęście te plany się nie powiodły. Obserwowałem z wielkim przejęciem film z przeniesienia Lotu w nowe miejsce. Chwała ludziom, którzy to wspaniałe dzieło wykonali. Chwała władzy, która zdecydowała o pozostawieniu w Mielcu tego, co przez minione ponad pół wieku wrosło w podstawowy symbol Mielca.

Oby ten symbol odwiecznych marzeń człowieka o zrywaniu się do lotu, o lataniu i spełnianiu tych marzeń, także poprzez produkcję samolotów w Mielcu, nadal w trudnych czasach, które do Mielca nadchodzą, był wskazówką i inspiracją do prób odrywania się od ciążącej rzeczywistości, od problemów i nieszczęść, które nas przyziemiają, przywiązują do ziemi, pomagał w pokonywaniu słabości i szukaniu inspiracji.

czwartek, 4 czerwca 2020

Co w Polakach zmienił czas pandemii koronawirusa?



Na początku pandemii, 6 marca, napisałem felieton „Czekając na koronawirusa. Czekając na koniec świata”. Na jego końcu wyrażałem przekonanie, że po pandemii już nic nie będzie takie, jak przed nią.

Teraz, z perspektywy trzech miesięcy widzę, że było to myślenie życzeniowe, które się nie spełni. A przynajmniej nie spełni się w Polsce.
I twierdzę tak w opozycji zarówno do myślącego życzeniowo ważnego watykańskiego kardynała, cytowanego poniżej, jak i polskiego profesora socjologii.

Już teraz widać, że są różne perspektywy oglądu pandemicznej rzeczywistości na świecie, a tym samym wyciągania wniosków z tego, co się wokół nas dzieje. Jedna to perspektywa włoska czy hiszpańska, gdzie ludzie umierali tysiącami, gdzie nie miał ich kto pochować, nie mówiąc o godnym pożegnaniu. Z innej perspektywy patrzą na epidemię mieszkańcy USA, w dużej mierze pozbawieni opieki medycznej, teraz w ogromnej ilości także pracy, wstrząsani wielkimi rozruchami społecznymi, z paleniem miast i rabowaniem sklepów. Niewykluczone że i Brazylia zmierza w podobną stronę. Trudno coś powiedzieć o perspektywie chińskiej, więcej może o innej dalekowschodniej, gdzie szybko nad pandemią przejęto kontrolę.
Na tle tego wszystkiego całkiem odrębna jest perspektywa, z jakiej my, Polacy, patrzymy na to co się dzieje wokół nas i jakie tego mogą być konsekwencje.

Z jakiś powodów koronawirus wydaje się być dla Polski łaskawy. Może to za przyczyną działanie ministra Szumowskiego, może – jak chcą inni – bycia narodem wybranym, a może wreszcie obowiązku szczepień przeciwko gruźlicy, albo innych nieznanych jeszcze czynników. Fakt faktem, epidemia przebiega u nas łagodnie, nawet jeśli jest manipulowana politycznie.

Gdybań, co będzie po pandemii, jak się zmieni świat, jest bez liku. Dla uzupełnienia moich przemyśleń przeczytałem dwa artykuły na temat tego, co będzie „po”.  Jeden to artykuł napisał gwinejski kardynał Robert Sarah, obecnie prefekt watykańskiej Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, a zatytułowany „O czym pandemia przypomniała nam wszystkim?” oraz drugi polskiego socjologa prof. Piotra Długosza - „W pandemii bardziej zaczęliśmy cenić zdrowie, wolność, pracę i przyjaciół”.
Pierwszy artykuł napisany jest (chyba) z perspektywy Włoch, drugi Polski.

Ten pierwszy, w świetle badań socjologicznych przytoczonych w drugim artykule, jest zbiorem pobożnych życzeń, pobożnych i przez osobę piszącego, i przez ich treść, ale także pobożnych w sensie niemożności – tak myślę - ich spełnienia.

Pisz kardynał Sarah, że „Wirus pokazał, że świat mimo zapewnień o pełnej kontroli bezpieczeństwa wciąż jest paraliżowany strachem przed śmiercią. Świat może rozwiązać kryzys sanitarny. Poradzi sobie zapewne również z kryzysem ekonomicznym. Ale nigdy nie pojmie tajemnicy śmierci. Bo tylko wiara daje odpowiedź”.
„Ale społeczeństwa zachodnie przywiązują wagę jedynie do tego, co dotyczy ekonomii, władzy politycznej i postępu technologicznego. (…) Bóg przestał nas obchodzić, a Kościół zaczął nam ciążyć”.
„To, co się wydarza na naszych oczach, zmusza Kościół katolicki do powrotu do swojego najważniejszego powołania. Świat oczekuje od niego nie tylko słowa wiary, ale także życia pełnego wiary, które pozwoli mu pokonać traumę, jaką było spotkanie ze śmiercią twarzą w twarz”.
„Wiemy już, że społeczeństwo, które nie niesie przesłania nadziei na życie wieczne, nie może przetrwać.  Jest ono skazane na iluzoryczny mit postępu, który również zresztą upadł. Jeśli nasze społeczeństwa nie postawią na nowo nadziei na życie wieczne w centrum swojego życia, nie będą miały przyszłości.
Jeśli Kościół nie uczyni z głoszenia prawdy o życiu wiecznym sedna swojego orędzia, ryzykuje tym, że stanie się niepotrzebny”.

I zaraz nasuwają się pytania: czy świat rzeczywiście oczekuje od Kościoła katolickiego „powrotu do swojego najważniejszego powołania”,  a nawet czy oczekuje czegokolwiek? Podobnie jest z kwestią, czy rzeczywiście społeczeństwa uważają, że jak „nie postawią na nowo nadziei na życie wieczne w centrum swojego życia, nie będą miały przyszłości”. Mam co do tego wielkie wątpliwości.

A dalej już czytam artykuł polskiego socjologa.
Pyta pan profesor: „Czy za sprawą koronawirusa dojdzie do zmian w świadomości społecznej, w podejściu do własnego życia, drugiego człowieka, pracy, kariery, wiary?”.
Przytacza w nim nadzieje na powstanie po śmierci Jana Pawła II tzw. „pokolenia JPII”, a okazało się, że te nadzieje okazały się niesłychanie płonne, a w krótkim czasie spaliły, jak słoma.

Ważna zdania wypowiada profesor na temat podstawowej siły napędzającej dzisiejszy świat, czyli konsumpcji.
„W sferze gospodarczej negatywne konsekwencje mogą być odczuwalne najmocniej. (…) Ludzie ograniczyli konsumpcję, zobaczyli, że nie są im potrzebne najmodniejsze ubrania, nowe samochody, sprzęt turystyczny. Kiedy spadną dochody, zacznie się oszczędzanie i zaciskanie pasa, co znowu będzie miało wpływ na trwanie spadku popytu”.

Istnieje poważne ryzyko, że brak możliwości konsumpcji na dotychczasowym poziomie, a szczególnie uniemożliwienie zamanifestowania swojego statusu, wprowadzi społeczeństwo konsumpcyjne w stan zbiorowej pustki egzystencjalnej. Nagle cały sens życia i ludzkiej egzystencji zostanie zakwestionowany. Czym będzie zastąpiony? Raczej trudno sobie wyobrazić, że imperatyw „mieć” zmieni się w „być”.

I tu w swych sądach zbliża się nieco do twierdzeń kardynała Saraha, ale od razu poddaje w wątpliwość możliwą przemianę postaw ludzi z konsumpcyjnej na duchową. I ja także uważam, że zamiast zmieniać radykalnie postawy, ludzie najpierw zaczną szukać możliwości powrotu do poprzedniego poziomu konsumpcji, a jeśli będzie to utrudnione, zaczną żądać od państwa. Refleksja nad sensem życia może przyjdzie po długim stanie niskiej konsumpcji. Ale co jeszcze wtedy przyjdzie, trudno się straszyć. Pan profesor także zakłada możliwość radykalizacji nastrojów i rebelii społecznej na skutek pogłębienia nierówności społecznych, bo może być tak, że na kryzysie najwięcej zyskają jednostki już teraz lepiej usytuowane w piramidzie społecznej. Jednak od rebelii do zmiany postawy wobec życia droga daleka.

Jak pisze na podstawie badań statystycznych pan profesor, dla Polaków od wielu lat „najważniejsze są udane małżeństwo, dzieci, zdrowie, pieniądze, praca.  Wartości duchowe, moralne, wykształcenie nie są specjalnie w cenie. W społeczeństwie konsumpcyjnym liczy się sukces. Najlepiej, aby można było zamanifestować go innym. (…) Ostentacyjna konsumpcja pełniła funkcje klasowej dystynkcji. Im szybciej jednostka mogła wymienić produkt na nowszy, tym jej status był wyższy”.

I gdy przyszedł czas zarazy także wykonano badania pokazujące, co w ocenach Polaków zyskało na wartości, co pozostało bez zmian, co straciło.
Jak wynika z przytoczonego wykresu, zdrowie staje się najważniejsze. Aż 67 proc. respondentów zauważyło, że obecnie bardziej im na nim zależy. Będąc różnorako ograniczanymi w możliwościach poruszania się i kontaktów, Polacy zaczęli bardziej cenić wolność i swobodę (66 proc.). Nastąpił wzrost oceny wartości pracyw życiu aż o 45 proc., pogody ducha, optymizmu (41 proc.), przyjaciół (40 proc.).

I nawet jak ludzie uświadamiają sobie, albo tylko przeczuwają, że po kryzysie nie będzie już można żyć jak przed nim, że jednak wzorce konsumpcji ulegną zmianie, to nie oznacza to jak na dzisiaj zasadniczej zmiany wzrostu ocen innych życiowych wartości.

 W przedstawionej poniżej choince widzimy, ze akurat te wartości, których powrót przewiduje kardynał Sarah, niewiele u ludzi zyskały na znaczeniu. Opatrzność i Bóg zyskały na znaczeniu tylko u 19% respondentów, zajmując przedostatnie miejsce w rankingu. Przed silnym charakterem. Co też jest znamienne, bo oznacza, ze ludzie nie liczą na siebie, tylko na opiekę państwa. Za to nie liczą na opiekę Boga.

Pisze na koniec pan profesor znamienne słowa: „Na tym – początkowym przecież – etapie wielkiej zmiany widzimy, że ludzie bardziej zaczynają cenić te wartości, z których realizacją mają problem”.

Czy Polacy nie mają problemów z realizacją wiary w Boga i dlatego wzrost znaczenia w kryzysie tej wartości ich  życia jest tak mizerny? Czy Polacy mają tak wystarczająco dużo wiary w Boga, że nie musi jej już być więcej w trudnym czasie, który nadchodzi? Mam wielkie wątpliwości. Czy czas zamknięcia kościołów, czas  gdy było „mniej Boga”, pogłębił potrzebę wiary, czy raczej ją spłycił? Mam wrażenie, że to drugie.

Uważam, że ludzie się zmienią nie z powodu „mniej Boga”, ale zmienią się z powodu „mniej pieniędzy”. Za„mniej pieniędzy” przyjdzie „mniej zabawy”, „mniej zdrowia”, „mniej wystawności i szpanu”, „mniej zagranicznych wczasów”, „mniej ciuchów”, „mniej perspektyw”.
Czy jest szansa, że z tego „mniej” zrobi się czegoś „więcej”? Np. więcej refleksji nad życiem? Czy z tego „mniej” zrobi się więcej refleksji nad śmiercią? Nad sensem?
Czy przestaniemy wypychać śmierć z życia, bo zrozumiemy, że jest jego immanentną, nierozłączną częścią?
Zobaczymy. Ja wątpię.

Swoją drogą ciekawe byłoby, gdyby kardynał Sarah pisał swój artykuł bazując na koronawirusowych doświadczeniach Polaków, a jakiś włoski socjolog zrobił podobne badania na Włochach. I gdybym ja był Włochem. Może moje wnioski byłyby zupełnie inne.

Poniższy wykres mówi o tym, dla jakiego procenta Polaków jakaś wartość życiowa zyskała na znaczeniu, a jaka nie.  

 

Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?

  Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?   Skończyły się Dni Mielca. Ponoć były fantastyczne. A już występ pani Chylińskiej –...