środa, 5 grudnia 2018

Ulica Daniela Kozdęby


Rano, jadąc do pracy, co dnia od ponad miesiąca przejeżdżam nowym łącznikiem pomiędzy ulicami Wincentego Witosa i  ulicą Inwestorów, przy której mieści się moja firma.
I do tej pory czyniłem to bezrefleksyjnie, zasłuchany w muzykę, która akurat sobie na kolejny poranek ustawiłem.
Łącznik, będący de facto nową, piękną, długą ulicą, wzbudza w człowieku poczucie satysfakcji, że są inwestycje w Mielcu godne pochwały. Fakt, na początku byłem sceptyczny co do tego pomysłu, ale ktoś widział dalej niż ja.

Tym „ktosiem” był zmarły prezydent Mielca Daniel Kozdęba.
Kiedyś, cztery lata temu, wiązałem z jego prezydenturą duże nadzieje. Los chciał inaczej, niż chciał zmarły prezydent, którego pomysły i dynamikę działania przerwała i zniweczyła choroba i śmierć. Los chciał inaczej, niż chciało wtedy wielu z nas.

Ludzie odchodzą. Sam proces odchodzenia bywa często bardzo tragiczny. Tak było i w tym przypadku. Oczywiście, tragizmu odchodzenia doświadcza najbliższe otoczenie chorego, może przyjaciele.
Organizacja , którą kieruje odchodzący, w tym przypadku miasto Mielec, żyje swoim życiem, nie przejmując się zbytnio losem chorego przywódcy. I tak musi być, bo czym jest los, nawet tragiczny, jednego człowieka, w porównaniu z bytowaniem dziesiątków tysięcy.
Tak uważałem dwa lata temu, tak uważam i dzisiaj. Bardzo mnie za taką postawę niektórzy krytykowali, zarzucając mi bark „serca”, empatii, i w ogóle brak uczuć ludzkich etc.
I ten felieton nie jest dla „zmycia win”, bo nie uważam się za winnego w najmniejszym stopniu. Przedłużanie wtedy stanu zawieszenia, swoistego bezkrólewia, bezwładzy w Mielcu, uważałem i nadal uważam za wielką szkodę dla miasta, nawet jak ten brak działań pomagał ciężko choremu prezydentowi przedłużać jego egzystencję.
Sam byłem kiedyś w rodzinie tym, który musiał bratu powiedzieć, że to już koniec i wiem, co się wtedy czuje.

Niezależnie od tego, co kto powie na moją inicjatywę i jakie mi przypisze intencje, stwierdziłem, że nadszedł czas, by z nią wystąpić.
Tym bardziej, że – mam nadzieję, że na zawsze – odeszła z Mielca „nowa polityka historyczna” lansowana przez PiS.
Trzeba szanować i czcić ludzi za to, co materialnie i duchowo zrealizowali dla naszej wspólnoty, a nie wyciągać z niebytu nieszczęśników, którym los nie był po wojnie łaskawy i na siłę czynić z nich wzorce do naśladowania. Czego?

Może nie zostało po zmarłym prezydencie wiele artefaktów materialnych – ta ulica jest jednym z nich – ale pozostała pamięć nadziei na nową dynamikę, na zmiany. Układ polityczny, w którym mu przyszło działać,  był tak samo zabójczy dla inicjatyw prezydenta jak jego zdrowie. Popełnił błędy, ale miał też świetne pomysły. Jednym z nich jest łącznik drogowy pomiędzy Połańcem a drogą S7. Teraz tamtędy jeżdżę do Warszawy i marzy mi się, by kiedyś tę drogę zbudowano.
Pewnie czytelnicy znajdą inne przykłady pomysłów zmarłego, które mogły odmienić nasze bytowanie.

Myślę, że jest czas na zaproponowanie nowemu prezydentowi Mielca, by łącznikowi pomiędzy ulicami Witosa i Inwestorów nadać imię Daniela Kozdęby.

Ten gest będzie miał kilka wymiarów.
Po pierwsze docenimy ten kawałek życia Daniela Kozdęby, który poświęcił dla Mielca, i jako prezydent, i jako radny powiatowy.
Po drugie pokażemy, że władza docenia także – a może przede wszystkim – tych, którzy dla Mielca, tu i teraz, bez zadęcia jakiejkolwiek ideologii, działali i działają.
Po trzecie w końcu pokażemy, że jesteśmy w stanie znaleźć w sobie tyle pokory i zrozumienia ponad podziałami, by docenić także kogoś z nas, mielczan, nam współczesnych, odchodząc od łatwizny nadawania imion Jana Pawła, Hetmana Mieleckiego, Mickiewicza czy królowej Bony.
Czas na odwagę.
Zasłużeni są ludzie tu i teraz, dzisiaj i niedaleko wczoraj. Nie bójmy się docenić kogoś, bo był naszym sąsiadem, odłóżmy zawiść, bo ktoś nam nie powiedział dzień dobry. Nauczmy się doceniać człowieka, którzy popierał inną partię niż my, ale działał dla nas wszystkich.

Ale jednak nadawajmy imiona pośmiertnie.
Wielkie zasługi pana prezydenta Chodorowskiego, oby żył najdłużej, wierzę, że też ktoś kiedyś podobnie uczci.
Bo – wierzę także - już do tego momentu oduczymy się zawiści. A przynajmniej oduczymy się tego, że godne pochwały jest jej publiczne wyrażanie.


piątek, 30 listopada 2018

Haratanie w gałę po mielecku


Zbulwersował mnie przeogromnie apel radnych PiS do nowego prezydenta Mielca, żeby sobie obniżył pobory za wykonywanie swej funkcji. Już abstrahuję od faktu, że sam sobie tego zrobić nie może i że pobory ustala mu Rada Miasta, w której radni PiS są znacząca siłą.

Podjęte przez mielecki PiS już na początku kadencji działania świadczą, że nadzieje na jakąkolwiek współpracę ponad politycznymi podziałami dla dobra Mielca i na istnienie tzw. konstruktywnej opozycji, są nadziejami naiwniaka.

Zapowiada się - może nawet 5 lat – haratania w gałę.

Donald Tusk o tym zajęciu napisał, że „Haratanie w gałę to zajęcie dla dżentelmenów”. Tyle tylko, że miał na myśli grę w piłkę nożną, którą czasem uskuteczniają starsi panowie.

Literalnie sprawę rozważając, słowo haratnąć znaczy także (a może do niedawna przede wszystkim: uderzać, niszcząc coś lub zadając komuś ranę, ranić samego, kaleczyć się wzajemnie; szarpać się.

Gała z kolei to nie tylko piłka, ale także oko (wytrzeszczać gały). Nie mówiąc już o takich znaczeniach jak: najniższa ocena szkolna, czy nieudacznik, gapa, ciapa (Białostockie)

No i teraz będziemy mieli w Mielcu haratania w oczy, po oczach, na oczach i po dobrym imieniu. Haratanie po politycznych przeciwnikach. Ufam, że prezydent Wiśniewski nie odpowie tym samym i że mimo wszystko i pomimo wszystkich, będzie starał się zachować kulturę poprawnej współpracy z wrogami.
Bo że to będą wrogowie, to zaczynam nie mieć wątpliwości.

A Mielec czeka. Ale na dobre zarządzanie.

W minionej sesji Rady Miasta radni pisowscy dość bezceremonialnie, by nie pisać: bezczelnie,  podnieśli  sobie o 50% diety, motywując to (pan Zaskalski), że tak dawno nie mieli podwyżek. Jednocześnie pisowscy posłowie działając w maksymalnie skrajnym populizmie, obniżyli o 20% uposażenia prezydentów, wójtów, burmistrzów i starostów. Przy okazji obniżono uposażenia szefom miejskich spółek. W tym samym czasie pisowscy nominaci w różnych spółkach zarabiali dziesiątki tysięcy złotych, do tego ogromne odprawy i płatne „zakazy konkurencji” przez rok czasu. I tak dla przykładu prezes KNF miał 38 tys. na miesiąc.
Jednocześnie w tej samej kadencji radni PiS swoją polityką finansowo – inwestycyjną doprowadzili budżet miasta na skraj jego możliwości (czas pokaże, jak stromy to skraj).
Ale wiadomo: wystarczy nie kraść i pieniądze się znajdą! A teraz mówią – czasy idą ciężkie, więc prezydencie, daj przykład i obniż sobie wynagrodzenia. Tak jakby sami nie byli przyczyną tych ciężkich czasów, które nadchodzą, a mimo tego sami nie zechcieli obniżyć sobie wysokości diet. Pewnie nie chcą schudnąć.

I teraz, po podwyżce podatków lokalnych, która oczywiście była nieuchronna i którą przygotowywała już poprzednia władza, proponują prezydentowi, żeby zmniejszył wydatki miasta, poprzez rezygnację z części dość marnego już wynagrodzenia prezydenckiego. Prezydent za swoją ogromną pracę zarabia dzisiaj 10 tys. zł. Tyle zarabia w firmach bardzo wielu menadżerów średniego szczebla, nie mówiąc już o wyższych.

 Drażni mnie, i pewnie wielokrotnie dam temu wyraz, że władzami miasta zawładnęli dzisiaj nauczyciele. We władzach powiatu mamy trzech dyrektorów szkół (byłego i dwóch obecnych), w szerokich władzach miasta póki co też mamy ze trzech dyrektorów instytucji oświatowych. To jest złe skrzywienie proporcji reprezentatywności.

Ale kto ma chcieć iść do samorządu? Ci menadżerowie, którzy w dobrej firmie zarobią znacznie więcej od prezydenta czy starosty, pracując w normowanym czasie pracy, mając perspektywę awansu i stabilności zatrudnienia.

Więc mamy selekcję, jaką mamy. Wygrywają nauczyciele, z których pan Myśliwiec też ma chyba kłopoty z powrotem do dawnej pracy (ale tu była jeszcze inna historia), czy wieczni samorządowcy.
A do tego populistycznie zmniejsza się wysokość zarobków do poziomu wręcz humorystycznego. A niektórym i to nie wystarcza i  dowcipnie żądają jeszcze większych obniżek. Ale nie dla siebie.

No i to tyle o moich i nas wszystkich pieniądzach. Kierujący takim wielkim organizmem jak Mielec winien godnie zarabiać. Godnie w stosunku do zajmowanego stanowiska. Bo inaczej byle kto będzie się z niego śmiał, że frajer.

A wracając do haratania w gałę (albo raczej w gały), to zaczyna się w Mielcu okres lokalnych corrid, turniejów, meczy i ogólnie walk na wszystkie możliwe sposoby.
I będzie to trwało aż do bardzo prawdopodobnej przegranej PiS w najbliższych wyborach do Sejmu, jeśli członkowie tej partii nie zrozumieją błędów swojego postępowania. Bo na razie widać, że niczego partii nie nauczyła arogancka wizyta przywódcy, który odebrał panu Kapinosowi zwycięstwo.


poniedziałek, 26 listopada 2018

hej.mielec - satyra czy antyklerykalizm?


Jak wynika z artykułu w portalu – na ogół trzymającego poziom - nieocenionego red. Cynkiera, mielecki ksiądz stał się przyczyną żenady i kpin internautów całej Polski. I to aż koalicji internautów, jednoczącej osoby wierzące i niewierzące.

Czytam oto na hej.mielec w zakładce „polecamy/aktywni/wiara” krótki artykulik pod tytułem „Oburzenie i żarty po wpisie księdza pochodzącego z Mielca!”
A na koniec artykuliku ankieta zatytułowana „Czy zgadzasz się z wpisem księdza Marka Jana Pytko?”

A jakiż to wpis rzeczony ksiądz z Mielca zamieścił? Tu redaktor portalu hej.mielec przywołuje inny portal – ASZ.dziennik.pl – gdzie pod tytułem „Sukces księdza. Jednym "memem" połączył wierzących i niewierzących we wspólnocie żenady” zacytowano ten wpis (zresztą autorstwa Piotra Szczepanika).
Brzmi on tak:Ateizm kończy się w momencie gdy samolot zaczyna spadać, a feminizm kiedy trzeba wnieść szafę na IV piętro – to treść niezwykłego kazania, po którym ateiści i wierzący dostrzegli, że mają ze sobą wiele wspólnego.

Oczywiście nie chodzi o kazanie, tylko mem internetowy, który zawsze z racji miejsca, ogranicza się do zwięzłych zdań, oddających sedno sprawy.

No i wyszło, jak chciał, albo nie chciał – co by gorzej o nim świadczyło – redaktor hej.mielec.
Znowu mielczanie dali ciała. Najpierw niejaki Chrzanowski w KNF, a teraz dla równowagi ksiądz z Mielca.

Dla uzyskania równowagi, przytoczę czytelnikom krótkie streszczenie misji portalu ASZdziennik.pl. Jak piszą sami o sobie, ich portal to „Najlepsze zmyślone newsy w kraju. Jedyny opiniotwórczy serwis satyryczny w Polsce”. A w innym miejscu „Prawda. Tylko że odrobinę zmyślona”. I dalej (za wikipedią) – „Proporcje prawdy i fikcji zmieniają się w poszczególnych tekstach”

Akurat ponoć ten mem księdza jest prawdziwy, choć wątpię, czy ktoś z czytelników go pamięta z fejsbuka. Zapamiętali z portali: ASZdziennik i hej.mielec.

Zapamiętali też, że ksiądz "dał plamę". Nikt za bardzo nie zastanawia się - pośród kpin z księdza - nad tym, jak ludzie zachowują się w chwilach ostatecznych. Kogo by to interesowało. To boli. Lepiej zająć się szafą wnoszoną na czwarte piętro przez sześć nawiedzonych feministek.

A ksiądz napisał prawdę. Prawdę bolącą. Często bardzo bolącą. Tyle tylko, że taką prawdę, która jest najboleśniejsza dla niewierzących. Stąd taki hałas - zagłuszyć myślenie nad sprawami ostatecznymi szafą w rękach feministek. Wyśmiać, wyszydzić.

Takie są efekty bezrefleksyjnego przekopiowywania głupich artykułów tylko dlatego, ze występuje w nich osoba z Mielca. Przykro mi, że portal hej.mielec, o którym mam dobre zdanie, wziął udział w takim spektaklu.


Ps. Dla tych, którzy dotarli do tego miejsca felietonu, co dla większości internautów i tak jest sukcesem, mam propozycję bardziej poważnych rozważań o zachowaniu ludzi czy to w spadającym samolocie, czy żołnierzy w okopie, gdy rozrywają się czaszki kolegów, a nawet sławnych ateistów w chwili swojej śmierci. Feministkami się nie zajmę, bo mnie bawią, a ja jestem poważny człowiek.

Czy w okopach są ateiści?


Jak pisze ASZdziennik, „wspólnota zażenowanych nie wierzy, że w 2018 roku duchowni nadal próbują nawracać tekstem o tym, że "w okopach nie ma ateistów". Łączy ją też głęboka wiara w to, że tekst o wnoszeniu lodówki na czwarte pięto należy zostawić wąsatym wujom z wesela o 3:00 nad ranem i trzymać go z daleka od ludzi reprezentujących Kościół”.


Już samo stwierdzenie, że ateistów łączy głęboka wiara z nie ateistami jest dla mnie tak zabawne, że mogę w rozważaniach swoich zaniedbać feministki.

Sparafrazowane w tytule w tytule powiedzenie Winstona Churchilla przypomniałem sobie w kontekście niedawno podanej za źródłami kościelnymi przez różne media – w tryumfalnym często tonie lub ze złośliwą satysfakcją – informacji o tym, że liczba wiernych biorących udział w coniedzielnych mszach świętych spadła w Polsce poniżej 40%.

Jednocześnie wyczytałem informację, że „pogrzeby świeckie nie cieszą się w Polsce popularnością. Szacuje się, że stanowią tylko 2-4% wszystkich pochówków” i zadumałem się głęboko. Tym głębiej, że dowiedziałem się równocześnie, iż przed śmiercią podobno pojednał się z Bogiem gen. Jaruzelski, a nie całkiem jeszcze przed śmiercią stał się chrześcijaninem, i to katolikiem, Michaił Gorbaczow.

W okopach, a więc w bezpośrednim sąsiedztwie śmierci, ludzie niewierzący - rzadko ateiści, a najczęściej osobnicy nie zastanawiający się wcale nad kwestią istnienia lub nie, Boga, którym bez Boga jest po prostu wygodnie żyć - stają się nagle i często wierzącymi w Boga i oczekującymi od niego jakiejś tam formy pomocy, najczęściej uratowania życia. I tego faktu żaden ASZdziennik nie unicestwi.

Fakt, że kiedy z tych okopów wychodzą, kiedy kończy się wojna i śmierć odchodzi na bok, często powracają do swojego poprzedniego życia, w którym dla Boga nie ma miejsca. I tak się dzieje, bo wciąż żyją w przekonaniu, że wciąż będą żyli, a ryzyko spotkania ze śmiercią ich nie dotyczy.

Trudniej powiedzieć, co myślą ludzie ze spadającego samolotu, jako że niewielu ich przeżywa. Ale ci, którzy przeżyją swoją śmierć i wyjdą cało z katastrofy lotniczej najpewniej już nigdy nie będą takimi ludźmi jak sprzed spadania.

Wojna i jej okrucieństwo z cytowanymi powyżej okopami, nie są w naszym świecie granicą, która determinuje na stałe nasze zachowania. Taką granicą jest jedynie świadomość nieuchronności śmierci. A taka świadomość przychodzi tylko raz. Rzadko już dzisiaj w okopach, kiedy nie wierzymy w wojnę koło naszego domu. Ona przychodzi, kiedy widzimy, że nieodwracalnie doszliśmy już do końca naszej drogi.

I wtedy nawet piewcy materialistycznego egzystencjalizmu, jak Jean Paul Sartre potrafią mieć chwile słabości i uwierzyć w tego Miłosiernego Boga, którego istnienie całe życie negowali i z którym całe życie walczyli, jakby wierzyli, że On jednak jest, ale mieli do niego swoje żale.

Nie mnie oceniać takie zachowania, skoro Jezus powiedział, że „większa będzie radość w niebie z jednego grzesznika, który się upamięta, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują upamiętania.” Więc cieszę się wraz z aniołami nad faktem, że generał Jaruzelski może znaleźć się w niebie, gdzie może i ja trafię, i będziemy razem trwać w bezczasie.

Wracając jednak do początku felietonu, czyli do konstatacji faktu o ilości wierzących w Boga w  naszym społeczeństwie, zadać sobie trzeba pytanie, ile tak naprawdę ich jest. Czy 40% jak wynika z badania udziału we mszach świętych, czy może 96%, jak wynika z ilości grzebanych z udziałem księdza i – jak zakładam – po jakiejś formie pogodzenia się z Panem Bogiem.

Może czasami ma wtedy miejsce słynny zakład Pascala, który umierający czyni, nie mając nic do stracenia, a wiele do zyskania. Ale nawet jeśli tak jest, jeśli czyni to z wyrachowania, to także zaświadcza przynajmniej o swej wątpliwości w brak Boga.

Powie ktoś – bierze się księdza, bo tak wypada. Ale czy teraz coś nie wypada? Nie wypada nie mieć katolickiego pogrzebu w rodzinie? Może w mniejszych środowiskach tak jeszcze jest, ale i wtedy taka decyzja jest określoną deklaracją wiary. 

Pewnie też księża bardzo niechętnie odmawiają katolickiego pogrzebu ludziom niewiele wspólnego przez całe życie z Kościołem mającym. I pewnie czynią to z co najmniej trzech powodów. Pierwszy to konieczność rozstrzygania wątpliwości na korzyść umierającego. Tak naprawdę nigdy nic do końca nie wiadomo. Druga to swoista satysfakcja i chęć pokazania światu, że jednak z tą wiarą w Boga u ludzi – to co że w chwilach ostatecznych – nie jest tak najgorzej. I trzecia to obawa, że odmowa, nawet bardzo uzasadniona – udzielenia katolickiego pogrzebu spotka się ze zmasowaną krytyką mediów – tych niewierzących właśnie – i społeczeństwa parafii.

U mnie wątpliwości budzą tylko decyzje z tej trzeciej grupy. Jak np. użyczenia ateiście Geremkowi warszawskiego kościoła do odprawienia uroczystości pogrzebowych.Bo katolicki pogrzeb i msza pogrzebowa to nie usługa, ale posługa jaką Kościół sprawuje wobec swoich wiernych. Bo jeśli ktoś swoim życiem wyparł się wiary, działał na szkodę Kościoła, lekceważył przykazania i naukę Kościoła, więc dlaczego ma być żegnany przez Kościół?

Kodeks Prawa Kanonicznego określa komu można odmówić pogrzebu katolickiego i tak w Kan. 1184 § 1. „Jeśli przed śmiercią nie dali żadnych oznak pokuty, pogrzebu kościelnego powinni być pozbawieni: 3°inni jawni grzesznicy, którym nie można przyznać pogrzebu bez publicznego zgorszenia wiernych”.

Byśmy jednak nie utonęli w zawiłościach prawa kanonicznego powiem tylko, że tak naprawdę największe kontrowersje wśród internautów (ale i w rozmowach wiernych) budzą nie rozważania natury etyczno-prawnej, związanej z pogrzebem, ale opłaty za pogrzeb.
Przypuszczam, że najbardziej protestują przeciwko nim ci, którzy z Kościołem spotykają się jedynie z okazji ślubu i pogrzebu. Ci są święcie (co by to nie znaczyło) oburzeni na „zdzierstwo” księży, uważając zapewne, że jak już robią Kościołowi łaskę i pozwolą nad truchłem zmówić pacierz, to winni to mieć za darmo. I to niezależnie od tego, czy właściciel truchła, będący w niebie albo nigdzie, wykazywał jakiekolwiek i kiedykolwiek oznaki wiary, czy nie.  C`est la vie.


Ps. można, zamiast korzystać z pomocy księdza na ostatniej drodze, skorzystać z pomocy mistrza ceremonii. O pogrzebach świeckich mówi się też pięknie „humanistyczne” lub „laickie”. Mistrz ceremonii odpowiednio wcześniej przygotowuje mowę, którą wygłasza w kaplicy cmentarnej lub domu pogrzebowego. Po odczytaniu mowy w kaplicy mogą mieć miejsce wspólne wspominki czy słuchanie ulubionej muzyki zmarłego. Potem chowa się trumnę w grobie. Prawda, że pięknie? A potem na grobie zakłada się gniazda dla ptaszków. Jak u Kory. Też pięknie i ekologicznie. Może jednak?


Jak kobiety z hej.mielec (i trochę z Korso) kształtują świat na swój obraz i podobieństwo

  Logo portalu wykorzystałem bez wiedzy portalu, ale myślę, że moje dobre intencje mnie rozgrzeszą. Jak kobiety z hej.mielec (i trochę z Kor...