środa, 12 stycznia 2022

Zatroskany mielczanin patrzy z nadzieją na radnych PiS

 

Zdjęcie za hej.mielec

 Przeczytałem dokładnie sprawozdanie hej.mielec z konferencji radnych miejskich PiS, jaka miała miejsce chyba w hotelu Atena. Zapewne byłem wśród nielicznych, którzy tę relację przeczytali, jako że w pierwszym podejściu wyglądała na typowe pisowskie narzekanie, jakie mieleccy radni PiS uskuteczniają od początku kadencji.

Ale jednak nie. Jak się wczytać i przemyśleć sprawę, to poruszono tam kilka ważnych dla Mielca spraw, które rzeczywiście rządząca miastem koalicja wymiata skutecznie sprzed oczu mielczan. A pomagają jej w tym mało dociekliwe media.

W czasie konferencji (tak wynika z zamieszczonej relacji) poruszono trzy dla mnie ważne sprawy. O pierwszej z nich, gospodarce odpadami, radni PiS już wiele razy mówili, ale zawsze robili to w takim stylu, że nawet ja to traktowałem jako zawzięte pisowskie narzekanie na prezydenta Wiśniewskiego.

A jednak sprawa jest poważna i warta głębszego zastanowienia się.

Kolejny temat to wysokość budżetu miasta na tle budżetów podobnych miast województwa podkarpackiego. No i temat trzeci, czyli wspólna, zgodna praca całej Rady Miasta dla dobra mielczan i Mielca, której, zdaniem radnych PiS teraz nie ma, a jak rządził PiS to oczywiście była.

Zacznijmy od sprawy najważniejszej, od kosztu odbioru odpadów w Mielcu i faktu, że – zgodnie z opinią radnych PiS - miasto, prezydent, niewiele robią w tej sprawie, znowu w porównaniu z podobnymi miastami Podkarpacia.

Przyznam, że dyskusji na ten temat nie pamiętam. Był wielki krzyk o halę na strefie, gdzie miano przeładowywać odpady, afera z błędem w przetargu, jaki zrobiła mielecka MPGK, który to przetarg oczywiście unieważniono, wyjaśnienia urzędu w sprawie cen za odbiór odpadów, ale to wszystko. Mieleckie media dość wiernie relacjonują wydarzenia, ale rzadko stać je na głębszą refleksję i wyciąganie własnych wniosków.

Aby dyskusja o cenach czegokolwiek miała wymiar inny niż demagogiczny – „znowu sięgają do naszych kieszeni” – należy podać więcej danych, a tego, jak pamiętam radni PiS, krytykując działania prezydenta Wiśniewskiego, nie robili.

Jeśli mamy zbyt wysokie ceny za odpady, to należy podać, jak się one kształtują w porównaniu w cenami w sąsiednich miastach. Czy są niższe, czy wyższe i dlaczego.

Czy instalacje przetwarzania odpadów, jakie wybudowała sobie Stalowa Wola z okolicznymi gminami, a także podobnie Krosno, są przyczyną niższych cen, czy może raczej ceny są wyższe, bo trzeba w nie wliczać koszty związane z inwestycjami na poziomie 105 mln złotych.

Jeśli tego nie wiemy i nie znamy innych uwarunkowań, to krytykowanie miasta, że także nie podjęło się budowy takiej instalacji, nie ma merytorycznego umocowania.

Jeśli są oczywiste korzyści finansowe czy organizacyjne z posiadania takiej miejskiej instalacji, to wszyscy na pewno będą za. No może prócz sąsiadów takiej lokalizacji.

Stalowa Wola na swoje i Tarnobrzega potrzeby (i wielu gmin z ich terenu) zbudowała na terenie strefy, tuż obok zakładu IKEA, wspaniały zakład przetwarzania odpadów. To nowoczesna fabryka, zawierająca w sobie instalacje takie jak sortownia, przeróbka frakcji organicznej, frakcji surowcowej (do recyklingu) i frakcji paliwa alternatywnego. Z kolei przeróbka frakcji organicznej to kompostownia, fermentacja z produkcją biogazu i wreszcie Kogeneracja (produkcja ciepła i energii elektrycznej).

Zakład bardzo nowoczesny, mieszczący się w środku zabudowy przemysłowej.

Wybudowano go jeszcze za rządów PO, ale podobny w Krośnie powstał w latach rządów PiS.

Wg hej.mielec nad podobną inwestycją myślano w Mielcu dokładnie 2 lata temu. Nawet uzyskano ponoć deklarację uczestnictwa 26 samorządów, w tym powiatu Tarnobrzeskiego. Przeznaczono na analizę sprawy 50 tys. złotych i na tym ona się skończyła. Zresztą i tak chyba była dęta, bo Tarnobrzeg obsługiwany jest przez zakład w Stalowej Woli.

Dlaczego samorządowcy PiS wciąż do sprawy wracają? Jedną z przyczyn jest zapewne to, ze pan radny Swół jest prezesem EuroEko, firmy przetwarzającej odpady, a pan radny Cena dyrektorem marketingu w tejże spółce.

Czy dlatego wracają, że się znają na sprawie (tego nie kwestionuję), czy dlatego, że widzą w tym interes spółki, a prezydent Wiśniewski nie za bardzo chce im pójść na rękę? Nie wiem. Może sami to powiedzą.

Zapyta ktoś, dlaczego miasto nie robi, czy nie zrobiło kiedyś, wspólnego przedsięwzięcia z Euro Eko, co byłoby w jakimś sensie oczywiste i naturalne?

Ja nie wiem, dlaczego dzisiaj jest jak jest i zamiast Euro Eko miasto ma umowę z podobną instalacją Gminy Ostrów w Kozodrzy, gdzie działa takze instalacja przeróbki odpadów Euro Eko. Dla mnie to jest przykre i niezrozumiałe.

Nie dziwi mnie, że takiej współpracy z Euro Eko miasto nie podjęło 12 lat temu, bo wtedy trzeba było być szalonym, by łączyć się z firmą, do której nieco później weszła Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Wierzę jednak, że - pamiętając o tamtej sytuacji i jej przyczynach, a pamięć zbiorowa radnych PiS tę wiedzę przechowuje – obecna Euro Eko jest dobrą firmą i tym bardziej dziwi mnie brak współpracy z miastem i wspólnego programu działania.

 

A teraz budżet miasta. Tu radni PiS cały czas protestują, ale wychodziło na to, że protestują bo chcieli być przeciwko. I tyle.

Sytuację może zmienią dane przedstawione w czasie konferencji w Atenie. I może okaże się – a bardzo chciałbym się tego dowiedzieć i nawet chciałbym, żeby tak było – że radni PiS byli przeciw budżetowi, bo mieli ważne ku temu powody.

Ale dla tego nie wystarczy porównać wysokości planowanych przychodów i wydatków w poszczególnych miastach Podkarpacia, ale pokazać poszczególne, najważniejsze pozycje i na ich przykładzie udowodnić, ze władze miasta mogły zrobić więcej (dla przychodów na przykład) a nie zrobiły. Bo jak chciały powiększyć przychody, podnosząc podatki, to radni PiS byli przeciw.

Więc bardzo chciałbym wiedzieć, że można było mieć większe przychody budżetowe, podobnie jak w innych miastach, np. Tarnobrzegu i może nawet nie podnosić podatków a wręcz je obniżyć.

Będę pierwszy w krytyce władz Mielca, gdy uda mi się od radnych PiS uzyskać taką wiedzę.

Bo to, że Stalowa Wola ma budżet o kilkadziesiąt procent wyższy niż Mielec wiedziałem już w latach 2005 – 2009, ale nigdy nie dowiedziałem się, dlaczego.

Więc bardzo proszę panów radnych PiS o konstruktywną krytykę prezydenta Wiśniewskiego w sprawie dochodów budżetowych. Chętnie się do niej przyłączę.

 

No i trzecia sprawa. Zgodna praca całej rady w interesie Mielca.

Jak stwierdził w czasie konferencji pan radny Wójcik, powinniśmy myśleć w kategorii Mielca, współpracować i tworzyć co dobre, nie dzielić, nie budować sztucznych murów”. Z kolei pan radny Szostak powiedział: W poprzedniej kadencji, gdy klub PiS miał większość w Radzie Miejskiej, zawsze dyskutowaliśmy przy budżecie, zapraszaliśmy przedstawicieli wszystkich klubów, pytaliśmy jakie inwestycje proponują, próbowaliśmy utrzymać konsensus

Bo budżet, dyskusja nad nim, okazał się – wg radnych PiS – głównym powodem żalów o złej współpracy z prezydentem i radnymi koalicji rządzącej.

Jak było naprawdę i jak winno być? Ano lepiej byłoby, gdyby było lepiej. Ale akurat zgodnej współpracy PiSu z totalną opozycję nikt już chyba nie oczekuje, nikt w nią nie wierzy. To oczywiście bardzo źle dla Mielca, bardzo źle dla Polski, ale chyba tak już pozostanie.

 

Gdyby jednak panowie radni PiS potrafili wyjść ze spektakularnym przykładem współpracy, takim, że koalicja nie mogłaby go odrzucić bez utraty sympatii mielczan, byłoby to o wiele lepsze od wypowiedzianych w temacie słów.

No i to by było na tyle.

Czy zostanę potraktowany przez panów radnych poważnie, tak jak ten felieton jest poważny, czy raczej niepoważnie, jak czasami ja traktowałem niektóre ich wypowiedzi, pokaże klasę wywoływanych publicznie i rzeczywistą wagę ich publicznych wypowiedzi..

 

 

środa, 5 stycznia 2022

Jak (dobrzy) obywatele reagują na masowe umieranie innych (dobrych) obywateli?

 

Rozważania na podstawie zdarzeń mających miejsce w III Rzeszy Niemieckiej i w III Rzeczypospolitej.

1.

Przeczytałem w jeden dzień potężne tomisko zatytułowane „Wojna lekarzy Hitlera”. Jak zacząłem, nie mogłem się oderwać, aż skończyłem gdzieś o drugiej w nocy. Książka ma dwa główne i wiele pobocznych wątków, splecionych ze sobą w fascynująca, ale tragiczną czy makabryczną opowieść. Dwa główne, to losy osobistego lekarza Hitlera, Theodora Morella oraz jego lekarza przybocznego, Karla Brandta. Wątek Morella  jest jednocześnie historią powolnej degradacji zdrowia przywódcy III Rzeszy, historią fascynującą oraz walki tegoż lekarza o zdrowie super nietypowego i przeraźliwie trudnego pacjenta. Kto ciekaw, przeczyta.

Wątek drugi to kariera młodego chirurga, Karla Brandta, który został lekarzem przybocznym wodza, takim od ewentualnego nieszczęścia w podróży, który jednocześnie jako zaufany człowiek Hitlera zrobił w III Rzeszy oszałamiającą karierę, zostając na koniec komisarzem Rzeszy ds. sanitarnych i służby zdrowia (po naszemu - ministrem zdrowia).

I ten wątek jest najciekawszy. Pokazuje on, jak sam Brandt i bardzo wielu niemieckich lekarzy powoli stawało się mordercami, realizując zadania partii. Zadania partii w „oczyszczaniu Narodu” z elementów chorych. Te elementy to ludzie. Mniej sprawni umysłowo czy fizycznie, niżby tego oczekiwała władza, a przez to jej zbędni, stanowiący balast dla władzy społeczny, dodatkowy koszt.  Władza nie mogła sobie pozwolić  na to, by zajmować szpitalne łóżka potrzebne dla ludzi, którym można by pomóc.

A zaczęło się tak jakoś prosto. Pośród tysięcy listów, które Niemcy przysyłali do Kancelarii rzeszy z prośbami np. o łaskę, wiosną 1939 roku przyszedł list, w którym ojciec prosił Hitlera o śmierć dla swojego dziecka. Urodziło się ona straszliwie zdeformowane i rodzice byli w totalnej depresji. List trafił do Hitlera i ten wysłał swojego lekarza przybocznego Brandta, z poleceniem by zbadał sprawę i jeśli uzna, że prośba jest zasadna, by „działał natychmiast”. Temu niemowlakowi, który przeszedł do niemieckiej historii jako „dziecko K”, doktor Brandt dał zastrzyk z luminalu. Zmarło.

Hitler, ale także wielu niemieckich uczonych, przed wojną uważali, że należy likwidować „bezwartościowe życie” dbając o czystość genetyczną społeczeństwa jak i o finanse państwa. Dyskusja wcale nie była ukierunkowana, bo wielu ludzi i uczonych było przeciwko eutanazji, ale także przeciw przerywaniu ciąży.


 Osobisty lekarz Hitlera , Morell, na jego polecenie, sporządził  - po załatwieniu przypadku „dziecka K” - raport, a w nim m.in. takie wyliczenie: oszczędności w przypadku 200 tys. chorych psychicznie, jacy byli w niemieckich szpitalach, sięgałyby do 1945 roku 8 miliardów reichsmarek. Gdyby oczywiście tych chorych nie było.

I wtedy Hitler, także po oglądnięciu przesłanych mu filmów ze szpitali psychiatrycznych,  podpisał dekret w sprawie powszechnej eutanazji. Był to jedyny podpisany przez niego dokument, w którym daje zgodę na ludobójstwo. Nigdy go nie opublikowano. Leżał w sejfie i był wyciągany, gdy któryś z lekarzy, dobieranych do prowadzenia  akcji „T4”, bo pod taką nazwą eutanazja przeszła do historii, miał wątpliwości, czy takie działalnie jest zgodne z prawem.

Akcja zaczęła się rozkręcać, zorganizowana wg dobrej niemieckiej modły. Lekarze w szpitalach psychiatrycznych mieli obowiązek wypełniania specjalnych ankiet personalnych pacjentów, po zakwalifikowanych przyjeżdżały specjalne autobusy i wiozły ich do komór gazowych, w których zabijano ich tlenkiem węgla. Potem palono. Urny z prochami przesyłano rodzinom. Takich ośrodków na terenie rzeszy było kilka a ich „przerób” w 1940 roku wynosił 700 osób na miesiąc. Ponieważ jednoczesna duża ilość zgonów zaczęła budzić podejrzenia, opracowano później, w drugiej części akcji, specjalną dietę, która zabijała  - po miesiącu żywienia - przekazanych ze szpitali pacjentów.

Do współpracy wciągano coraz to nowych lekarzy. Nawet jeśli niektórzy na początku mieli opory, jakoś dziwnie szybko się ich pozbywali. Bez przymusu. Zarobkami czy obietnicą przeniesienia z frontu do „spokojnej” pracy.

Akcja zaczęła się późną jesienią 1939 (dekret Hitlera miał datę 1.09.1039), z przerwą w drugiej połowie 1941 roku trwała do końca wojny. Zamordowano 80 – 100 tys. upośledzonych Niemców, a ogólnie ok. 200 tys. ludzi, bo potem mordowano także więźniów obozów koncentracyjnych w ramach okrutnych eksperymentów medycznych. Funkcjonariusze zaangażowani w akcję T4 organizowali w 1942 roku masową eksterminację Żydów w obozach zagłady w Polsce. Zamordowano tam miliony Żydów. A zaczęło się od „dziecka K”. Szefem akcji T4 był szef Kancelarii Rzeszy Bouhler, a za całość działań odpowiadał dr Brandt

Po co ja to piszę? Każdy może sobie poczytać o tym w Wikipedii lub wzmiankowanej książce.

Ano piszę, bo interesuje mnie dzisiaj, bardziej nawet od ilości ofiar, jak się zachowywali w stosunku do tych mordów, których – mimo wielkiej tajemnicy na początku – nie udało się ukryć, tzw. zwykli Niemcy. Wiele rodzin nie interesowało się swoimi chorymi krewnymi, ale wielu zaczęło protestować. Wyrazicielem tych zaniepokojonych został niemiecki biskup katolicki Moguncji hrabia von Galen, który w kazaniu wygłoszonym 31 sierpnia 1941 roku publicznie nazwał „zabijanie z litości” zwyczajnym morderstwem. Powiedział m.in. Biada ludowi Niemiec, gdzie zabija się niewinnych, a ich mordercy pozostają bezkarni. (...) Nie mamy do czynienia z maszynami, końmi i krowami, których jedyny cel polega na służeniu ludzkości, wytwarzaniu dóbr dla człowieka. Maszyny można złomować, a zwierzęta zaprowadzić do rzeźni, kiedy nie spełniają już swoich funkcji. Nie, mamy do czynienia z ludzkimi istotami, naszymi bliźnimi, naszymi braćmi i siostrami. Z biednymi chorymi ludźmi – jeśli chcecie: ludźmi


 
Nie aresztowano go od razu, bo się bano reakcji świata, ale rozpoczęto przeciw niemu wielką akcję oszczerstw. Aresztowano go po zamachu na Hitlera. Zmarł w 1946 roku, a Benedykt XVI ogłosił go w 2005 roku błogosławionym. Prócz niego protestowali jeszcze dwaj pastorzy, jednocześnie dyrektorzy szpitali psychiatrycznych, Braun i Bodelschwingh, z których pierwszy został aresztowany, a drugi, mniej radykalny uniknął więzienia. No i jeszcze sędzia Lothar Kreyssig, który, gdy dowiedział się, że za mordami stoi Kancelaria Rzeszy, złożył oficjalny donos na jej szefa Bouhlera, a kiedy mu pokazano trzymany w sejfie dokument o „łasce śmierci” podpisany przez Hitlera, stwierdził krótko: Słowo Fuhrera nie tworzy prawa. Za to karnie przeniesiono w stan spoczynku.

I to byli wszyscy. Naród w swej masie milczał. Większość zainteresowanych może była nawet zadowolona, że element chory, skażający zdrową tkankę narodu, nieużyteczny i kosztowny, został wyeliminowany. Akcja T4 prowadzona była przez cały czas na pół oficjalnie. O tym, że mordowanych są tysiące chorych wiedziało z pewnością kilkanaście tysięcy osób należących do niemieckiego personelu medycznego. I wszyscy milczeli.

Gdy rozpoczął się w 1946 roku w Norymberdze tzw. proces lekarzy, w którym nie było już międzynarodowego trybunału, a tylko amerykańscy sędziowie wojskowi, rozpoczęły się protesty. Na egzekucję niemieckich lekarzy, w tym Brandta, Niemcy zareagowali wściekłością. Prasa pisało o mordzie na niewinnych. Pisano o Brandcie jako o lekarzu i kapłanie, badaczu i opiekunie. A książka Niemca Mitscherlicha z 1949 roku, demaskująca tę okrutną część historii Niemiec, zatytułowana Nauka bez człowieczeństwa przeszła zupełnie bez echa, bo ktoś w dniu wydania wykupił z księgarń cały 10 - cio tysięczny nakład.

2.

Nie ukrywam, że podczas mojego czytania o setkach tysięcy ofiar nazizmu, uśmierconych w ramach „łaski śmierci”, o których wtedy nie chciano nic wiedzieć, pamiętać, o obojętności ludzi tamtych tragicznych lat, o obojętności tych „porządnych”, zwykłych Niemców, cały czas stała mi przed oczami sytuacja aktualna w Polsce, kiedy w ciągu roku zmarło 100 tysięcy Polaków, a od początku pandemii już 200 tysięcy, których to śmierci w dużej części można było uniknąć. Czyli zmarło tyle ludzi, ile w hitlerowskich Niemczech zabito w ramach w.w akcji, czyli eutanazji.

Zapyta ktoś, co ma piernik do wiatraka i jak śmiem porównywać tamte czasy z obecnymi.

Ja nie porównuję czasów, ale zdarzenia i reakcje ludzi na nie.

Bo co się u nas dzieje? Zmarło w Polsce na covid 200 tys. ludzi, a społeczeństwo w swojej masie przyjęło to zupełnie bezrefleksyjnie. Niemcy w większości nie wiedzieli pewnie o eutanazji. Polacy o śmierci swoich rodaków w pandemii doskonale wiedzą. No i co? Tylko niektórzy apelują, krzyczą w mediach. Większość milczy. I jeszcze patrzy na tych krzyczących jak na wariatów. Myślą: ważne, że to nie ja. Inni niech umierają. Pal ich sześć. Jak jakiś znajomy umrze, trochę nam żal, ale i tak nie pójdziemy się zaszczepić. Dla wielu najważniejsza jest czternasta emerytura i inne bonusy, które szykuje rząd. Rząd, który gra głupa i nic nie robi, by pandemię ograniczać. Czy komuś, kto się nie zaszczepił, zadrży powieka i pomyśli, że może jednak się zaszczepię, bo tak uratuję innego człowieka, którego może nie zarażę, albo któremu nie zajmę miejsca w szpitalu, gdy zachoruje na raka czy inną śmiertelną chorobę? A dlaczego się nie szczepię, skoro na świecie podano ponad 8 mld szczepionek i nie było tych dziwnych skutków ubocznych, od których aż wrze w Internecie.

A wciąż pojawiają się w Internecie nowe memy kłamiące o covidzie, o szczepionkach, wyśmiewające tych, którzy się szczepią. Czekać, jak zacznie się wyśmiewać tych, którzy chorują lub umarli.

Oprócz impotentnego, niezdolnego do działania, pozbawionego mocy, inercyjnego rządu mamy, posłów partii rządzącej, którzy w części głośno są przeciwko sensownym ograniczeniom dla niechcących się szczepić, a w części tchórzy, którzy nie odezwą się inaczej, niż oczekuje władza, ale mamy też posłów Konfederacji, gwałcących nawet to słabe prawo i ostentacyjnie wchodzących do Sejmu bez maseczek. No i mamy Radio Maryja, które jest przeciwko szczepieniom, mamy dużą część kleru, który jest także przeciwko. A ludzie, w tym wierni, ostatni ich wierni, bo to głównie ludzie starzy, umierają. A młodzi z Kościoła odchodzą.

Szykujemy się na omikron, zajętych jest 20000 łóżek, a minister kłamie, że możemy uruchomić następne tysiące łóżek. Jak? Przez wyrzucenie innych chorych pacjentów ze szpitali? Pod koniec wojny w Niemczech zaczęto zabijać beznadziejnych pacjentów szpitali, by zwolnić łóżka dla rannych żołnierzy, czy dla ofiar alianckich nalotów. Chociaż tymi drugimi, tak jak w Polsce covidowcami, mało kto się przejmował, gdy większość szpitali była zbombardowana.

Obojętność polskiego społeczeństwa wobec krzywdy innych, społeczeństwa już – jak widać – zupełnie znieczulonego na krzywdę innych ludzi, mogliśmy zobaczyć w czasie kryzysu granicznego, kiedy – wydawało by się, katolicy – byli za wyrzucaniem matek z dziećmi do lasu. To katastrofa moralna naszego społeczeństwa, naszych katolików, po części naszego Kościoła (pisze po części, bo nie cały kler tak myśli). To zupełna katastrofa naszego rządu.

Nasz rząd – co prawda – nie postępuje w sprawie eutanazji tak jak rząd Hitlera. Tam wydano zgodę na zabicie „dziecka K”. U nas, po uchwale tzw. Trybunału Konstytucyjnego, nasza władza nie zgadza się na uśmiercanie (nienarodzonych ) „dzieci K”. A jest tych dzieci w Polsce wiele. No i co z tego? Czy ta postawa ma szersze konsekwencje, prócz protestów społecznych? Czy za nim idzie troska o innych chorych obywateli? Czy w tych działaniach nasz rząd, nasz społeczeństwo, jest lepsze niż niemieckie w sprawie eutanazji?

Może  bredzę, może ktoś mnie wdepcze w ziemię, za takie porównania. Ale po przeczytaniu „Wojny lekarzy Hitlera” Bartosza Wielińskiego takie mnie naszły myśli i nie mogłem się od nich opędzić. I tak dałem im wyraz.

Na koniec uwaga o lekarzach. Dobrze, że nasi lekarze nas nie zabijają, jak ci niemieccy. Dobrze, że nas leczą ze wszystkich sił. Ale co będzie, jak zabraknie łóżek? Jak po znajomości będziemy próbowali dostać się do szpitala, by ratować życie? Organizacja służby zdrowia jest fatalna i jak do tego się dołoży piąta fala, to będzie jak pod koniec wojny w Niemczech, gdzy większość szpitali zbombardowano i nie było gdzie leczyć.

 

poniedziałek, 3 stycznia 2022

Zaproszenie dla mieleckiej policji po mandaty pod Górkę Cyranowską

 

Na Polaków można nakładać coraz to nowe podatki i opłaty i nikt z nas nie zaprotestuje.  Premier bowiem przekonująco te podwyżki podatków uzasadni większymi i wciąż rosnącymi potrzebami ludzi, którym państwo chce i musi pomóc. A jak chce i musi, to skądś musi też wziąć pieniądze. Także po to, by zatykać dziurę w budżetach po podwyżce cen, czyli tzw. inflacji.

 Władze miasta Mielca, a może i powiatu, bo nie wiem do końca, kto mielczanom zafundował ten pasztet, postawiły przy Górce Cyranowskiej znaki ograniczenia prędkości do 30 km/h. A nie jest to, jak wiemy, droga osiedlowa, na którą  mogą wejść dzieci, ale przelotowa ulica Mielca.

 Na dodatek ani w czasach, gdy te znaki stawiano, ani tym bardziej dzisiaj, nic nie wskazywało na zwiększone czynniki zagrożenia bezpieczeństwa, czy to dla ludzi, czy dla aut na tej ulicy.

Chociaż postawiono je jeszcze przez zmianami w prawie, dającymi pierwszeństwo dla pieszych na przejściach dla nich przeznaczonych, to nie słyszałem, żeby tam właśnie dochodziło do jakiś częstych kolizji pieszy – samochód, jak to się np. działo przy skrzyżowaniu z ul. Kochanowskiego czy przed wiaduktem, gdzie nadal obowiązuje 50 km/h.

Tym bardziej teraz, kiedy te przepisy się zmieniły.


 

Wprowadzono znaki ograniczenia do 30 km/h, kiedy mandaty za przekroczenia prędkości były znacznie łagodniejsze, ale i tak nie widziałem żadnych powodów merytorycznych, by to robić. Ostatecznie ograniczenie do 40 km/h można by jeszcze jakoś zrozumieć, ale taka radykalna redukcja?

Ktoś się rozminął z rozsądkiem, podejmując te działania. Słyszałem, że nawet Policja  była przeciwna takiej redukcji, ale urzędnicy postawili na swoim.

Że ten pomysł nie urodził się w głowach policjantów, przekonuje mnie to, że od paru miesięcy nigdy policjanci nie kontrolowali tam prędkości, a i za rządów starego taryfikatora bardzo by się na takich akcjach „obłowili”. Ale widać, że mają więcej rozsądku niż urzędnicy.

Teraz jednak, kiedy pieszy ma pierwszeństwo na przejściu dla pieszych, kiedy przejścia tam mają wykonaną dolną sygnalizację świetlną, kiedy za przekroczenie prędkości o 30 km/h, o co w tym miejscu jest bardzo łatwo, trzeba już będzie zapłacić 800 złotych (a za 40 km już 1000 złotych), a mimo tego nie ma żadnego sensownego ruchu ze strony urzędu, by tę beztroskę czy bezmyślność komunikacyjną naprawić, wypada jedynie zaprosić panów (i panie) policjantów z drogówki do zorganizowania kontroli prędkości. I do wystawiania stosownych, bardzo wysokich mandatów.

Myślę, że wkurzenie kierowców wystarczy za nacisk na stosowych urzędników, by zastanowić się nad swoim działaniem.

Przy okazji nasuwa mi się szersza refleksja o stosowaniu prawa w Polsce. Jak stwierdził Ten, Który w Polsce jest Prawem, nie ma sensu wprowadzać prawa, bo i tak Polacy nie będą go respektować. Bo już tacy ci Polacy są. (no może prócz prawa zakazującego aborcję)

Ja dodam, że tak naprawdę nie ma sensu wprowadzać głupiego prawa, bo wszyscy będą go omijali. A to pod Górką Cyranowską, to prawo urzędnicze, jest głupim prawem. Choćby dlatego, że jak można było obniżyć (nieskutecznie zupełnie) prędkość do 30 km/h, to może lepiej było na przejściu dla pieszych, zamiast światełek, zbudować próg, jak to się robi we wszystkich krajach, gdzie nie ma takiego, który jest prawem, i przed którym to progiem, kierowcy chcąc czy nie chcąc, absolutnie bez udziału policji, zmniejszą prędkość i nie zdążą się znowu rozpędzić.

Bo Policja przydała by się na Alei Kwiatkowskiego, gdzie jest 50 km/h, a gdzie  dzisiaj dwóch bohaterów mijało mnie z prędkością ok 90 – 100 km/h.

 

Prawo surowe, ale prawo. Ale nie głupie i egzekwowane.

 

 

piątek, 31 grudnia 2021

Mielecka szopka staroroczna.

  


Zdjęcie za Starosto Powiatowe

Być może mielecka gazeta, jak w minionych latach, opublikuje mielecką szopkę noworoczną, traktującą o starym roku, nad którą już zapewne pracują pracowicie mieleccy wierszokleci. Nie czytam takich rymowanek, ale dla potrzeb tego felietony przeczytałem tekst szopki opublikowany w Korso w 2019 roku i przeraziłem się jego prymitywizmem. Chociaż nie prymitywizmem, bo to kierunek sztuki, ale prymitywnością.

Lata pracy Michalskiego w Grupie Literackiej Słowo, a teraz w Mieleckim Towarzystwie Literackim, nie zaowocowały trafieniem poezji pod mieleckie „strzechy”. Niestety. Tym smutniej, że pisze to ktoś, kto jest być może dziennikarzem.

 

Ten ktoś w usta Maryi, trzymającej małego Jezusa, włożył np. taki kuriozalny tekst:

„Idźmy od początku roku.

W samym styczniu groźne wieści.

Śmieci coraz droższe będą,

bo ich nie ma gdzie pomieścić”.

Ale to tylko mała część tej pisanej katastrofy. Bo ta większa katastrofa rzeczywiście coraz bliżej. I literacka, i społeczna, i kościelna, bo jakoś nikt w Mielcu na te koślawe bzdety nie zareagował. A może niektórzy nawet rechotali. A dalej będzie tylko gorzej.

 Czy nasi samorządowcy w tym roku coś nam przygotowali, nie wiem. Jak rządził w powiecie PiS, to uraczono nas szopką noworoczną, której scenerią była stacja kolejowa, wtedy, w 2017 roku, nieczynna, a w niej pani wicestarosta (wicestarościna?) Napieracz i inni samorządowcy usiłowali rozśmieszyć mielczan paletą parodiowanych problemów powiatowych. Podobno szopka cieszyła się wielkim wzięciem i mielczan.

 Z szopkami tak bywa, że coś tam, bardziej czy mniej umiejętnie, autorzy i wykonawcy usiłują krytykować, ale tak naprawdę działają wedle zasady, którą kiedyś w rozmowie ze związkowcem o nazwisku Kruk (czego nie byłem świadom) wyraziłem w słowach: kruk krukowi oka nie wykole. No bo jak tu iść na udry, kiedy przecież szopka minie, Nowy Rok zacznie być zwyczajnym rokiem, a żyć i współdziałać jakoś trzeba. Więc dokopać tak naprawdę można tylko komuś, kto wypadł całkiem z obiegu, a całej reszcie, nawet jak zasługują na kopa, można co najwyżej przyczepić delikatną łatkę.

No i tak widzowie się trochę pośmieją, albo porechocą, jak przy szopce z Korso, aktorzy się pobawią i przyjdzie normalność.

Normalność? Przeciez świat poza szopką jest bardziej śmieszny, a może bardziej karykaturalny niż w szopce. Tylko patrzeć i śmiać się, albo zapłakać. Bo dobra szopka może wycisnąć łzy. Radości albo i wściekłości.

No i tak patrzę na ten mielecki świat, świat, który zawarł się w 2021 roku, i myślę sobie, że to prawdziwa staroroczna szopka. Tylko nie każdy chce być jej widzem.

Więc po kolei. Po najważniejszych elementach naszej mieleckiej szopki.

Zacznę od starostwa i rady powiatu, które już zdążyłem skrytykować, ale teraz wkładam je do szopki jako czołowy jej element. Radni powiatowi okazali się ludźmi bezpruderyjnymi. Przypominam, że Pruderia (fr. pruderie) to pochodzące z języka francuskiego określenie fałszywej skromności lub przesadnej i udawanej wstydliwości. Tak więc radni powiatowi, szczególnie reprezentujący bardzo pruderyjną z założenia i propagandy partię Prawo i Sprawiedliwość, nie wykazali fałszywej skromności, bo w pełnym przekonaniu, że za ich genialność i ciężką pracę im się należą wielki podwyżki diet, takowe podwyżki sobie przyznali. Jednocześnie dając co najmniej trzykrotnie mniejsze podwyżki rodzinom zastępczym, których praca jest o wiele bardziej potrzebna powiatowi, niż ich siedzenie na stołkach i debaty nad budową chodników w podmieleckich wsiach. Także na maksa poszli z podwyżkami zarobków starosty, chyba dla neutralizacji swoich sumień. Ja uważam, że Starosta winien godnie zarabiać i pewnie ta stawka 18 tys. jest ok. Ale ona, swoim wymiarem, dotyka innego ważnego elementu naszej szopki – szpitala powiatowego. Uciekł z niego dyrektor ekonomiczny, a plan restrukturyzacji, zresztą zrobiony przez poprzedniego dyrektora, okazał się tak ogólny i niczego nie rokujący, że co mądrzejsi radni, wbrew panu Staroście, odesłali go do poprawki. Czuję, że  ciąg dalszy szpitalnej szopki nastąpi. Tym bardziej, że bardzo istotnym jej elementem zdają się być sprawy personalne.

A na koniec co do starostwa, wciąż nie mogę sobie odpowiedzieć na pytanie: po co ono Mielcowi i jego mieszkańcom?

 No to teraz prezydent i rada miasta. Jak do tej pory radni miejscy okazali się chwalebnym wyjątkiem na tle szopki ogólnopolskiej. Nadal nie podwyższyli sobie diet, kiedy zrobili to już chyba wszyscy samorządowcy w kraju.  

Zdjęcie za wcj24.pl


 
Nie oznacza to jednak, ze niczego w miejskiej szopce nie wystawiają, ze nic się tam nie dzieje. Oj dzieje się, dzieje, a głównymi aktorami satyrycznymi są znowu radni PiS.

 

Zaczęło się od podwyżki podatków od nieruchomości. Dziura w budżecie Mielca wynosi 50 779 829 zł. Kwota długu miasta na koniec 2022 wynieść ma 151 345 006 zł. Oczywiście radni PiS to wiedzą, ale „im gorzej ma Wiśniewski, tym lepiej”, więc oczywiście byli przeciwko podwyżce podatków lokalnych, zresztą trzykrotnie niższej niż inflacja, za która odpowiada rząd PiS.

Potem przyszła kwestia wymuszonej przez prawo podwyżki zarobków prezydenta. Przypominam, że podwyżki diet radni nie muszą uchwalać. Choć mogą, jak radni powiatowi.

No i tu się znowu zaczęła szopka. Chociaż radni PiS przyznawali, że podwyżka być musi, to byli przeciw. Nie tylko werbalnie, ale i w głosowaniu. I tak radny PiS, prawnik, Robert Wójcik, mówił tak: „Mam problem, bo wiem, ze ustawa wymusza na nas tę podwyżkę…”

Zauważcie – Tak mówi on i inni, że musi być, ale byli przeciwko prawu, uchwalonemu przez PiS. Fajne.

 

A jak argumentują? Ano tak, że nawet jakby pracował za darmo, to i tak Mielec by tracił – to radny Wójcik. A radny Swół dodawał:  Sam uważam, że dobry prezydent powinien dobrze zarabiać. (…) Rzecz w tym, że Mielec nie ma dobrego. (…)  Który swoją prezydenturą pokazał dwie rzeczy - że każdy może zostać prezydentem miasta i że nie każdy powinien nim być.

To ja przypomnę panu radnemu Swółowi, prezesowi spółki z nadania PiS, że każdy może być prezesem spółki państwowej (za 20 tys miesięcznie – domysł mój), pod warunkiem, że będzie należał do PiSu. To dla zachowania równowagi w wypowiedziach na przyszłość.

 

Ale zaskoczyło mnie w szopce miejskiej jeszcze jedno: pan radny Ziomek, którego chwaliłem za rozsądek, nagle zagłosował przeciwko budżetowi. Nie powiem, że razem z PiSem, bo nie wiem, ale tak jakoś wychodzi. I wiadomo, że nie chodzi o merytorykę, bo głosowania, tak w sejmie, jak w radzie, są partyjne lub układowe, a nie merytoryczne. Co się więc stało? Kukiz będzie starował z list PiS?

 

No to teraz mielecki Kościół. Jak ktoś się spodziewał, że będzie krytycznie, to się nie doczeka. I nie dlatego, że się boję. Bo się nie boję. Ale akurat ta część mieleckiej szopki mi nie podpadła. Niczym. No, może trochę. Bo byłoby znacznie lepiej, gdybyśmy mieli biskupa z wizją i odwagą do zmian. Bo – wierzę, choć nie mam dowodów – nasi księża by sobie poradzili znacznie lepiej z wyzwaniami nowych czasów. Gdyby mieli więcej możliwości działania. A czasy idą ciężkie. Wygłupił się ostatnio biskup Gądecki, który myślał – tak powiedział – że kryzys wiary u Polaków to tylko pandemia i że po niej wszystko wróci „do starego”. Ale się przeliczył. Pokazał, w jakiej szklanej wieży żyją nasi biskupi. Byle do emerytury, byle. A o Kościół niech się martwi Ten, który powiedział, że siły piekielne go nie przemogą.

No to teraz nasi posłowie. Będzie krótko. Nasi posłowie są ikonami parlamentaryzmu. Ikonami na tej zasadzie, że „mówił dziad do obrazu”. Choć muszę dla sprawiedliwości przyznać, że Pani poseł czasami się z tej ściany partyjnej urywa i spada do ludzi.

No nie, jest jeszcze Pan Poseł Poręba. I tu mam tylko same pochwały. Serio. Na mnie, który mało kogo chwali, Pan Poseł Poręba naprawdę robi wrażenie. Za tzw. całokształt. Nawet za linię kolejową, którą załatwił wbrew mojej opinii, za S19, a nade wszystko za uratowanie (kolejne ) Stali Mielec. Wielkie chapeau bas, czapki z głów, panowie i panie. Stworzenie, szybkie, takiego załatania dziury finansowej klubu, robi wrażenie. Nawet jeśli wrażenie robi też wyłożenie przez małą firmę kwoty na zakup niepewnych akcji Stali w wysokości podwójnej wartości kapitału akcyjnego swojej spółki. Ale cieszę się bardzo. Nawet jeśli na meczu stali byłem tylko jeden jedyny raz w 1962 roku, jak przegrała z Górnikiem Zabrze 6:1.

Stal Mielec to połowa Mielca. Druga połowa to strefa.

Najtrudniej mi znaleźć miejsce w  szopce dla Pana Marszałka Ortyla. Zupełnie nie jest śmieszny, ani nie zrobił niczego, za co można by go krytykować i z tego się pośmiać. Ale też nie znam spraw, za które, jak posła Porębę, można by go wznieść pod niebiosa mieleckie. Chyba czas, panie Marszałku, wpisać się w historię Mielca dużymi literami. Nie wiem jak, ale tak sugeruję.

Kto nam jeszcze został? Strefa? Już nie ma Strefy. To znaczy jest, ale jakby jej nie było. Dla mnie bardziej jest strefa tarnobrzeska, którą wciąż obserwuję w mediach. A w Mielcu Strefy brak. Przykre.

Kto jeszcze ? Ano media. Z tymi to mam na pieńku. Właściwie nie wiem, z jakich powodów. Do hej.mielec napisałem pewnie z 500 felietonów, na dodatek za darmo, więc powinni – tak mi się zdaje – mieć do mnie jakąś formę wdzięczności. A nie mają. Do Korsa też pisałem, i też za darmo, ale ci, chyba z przyczyny postawy właściciela, nie lubią mnie o wiele bardziej niż hej.mielec. I też nie wiem dlaczego. Taka jest ludzka wdzięczność.

Pewnie mnie nie lubią, bo oni chodzą na krótkim sznurku, a ja piszę o czym chcę. I jestem niezależny. A to kłuje w oczy. Szczególnie dziennikarzy.

Rozpisałem się bardziej niż zazwyczaj. Jak uczyła mnie kiedysiejsza redaktor naczelna Korso, którą tak dobrze wspominam, Pani Małgorzata Rojkowicz, felieton winien mieć nie więcej niż dwie strony A4. A ja już napisałem 3 i to z odstępem nie 1,5 ale 1. Wiec kończę.

 

I życzę wszystkim czytelnikom mniej śmiesznej mieleckiej szopki w Nowym 2022 roku.

 

 

 

sobota, 25 grudnia 2021

Idą ciekawe czasy

 

 

Obyś żył w ciekawych czasach, mówiono. I niekoniecznie było to dobre życzenie. Bo dla niektórych ciekawe czasy i życie w nich mogą być naprawdę interesujące, ciekawe, ale większość z nas , jak tak pomyśleć, wcale życia w ciekawych czasach nie oczekuje.

 

No bo co to są te „ciekawe czasy”? Czy ciekawe dla każdego człowieka z osobna, czy może ciekawe dla większej grupy ludzi, ba, dla całego społeczeństwa? Czy ciekawe z udziałem, czy bez udziału zainteresowanych? Czy – jak mówi kolejne przysłowie – ta ciekawość to pierwszy stopień do piekła, czy może brama, przez którą wchodzimy w świat tajemnicy i ją odkrywamy? A może ciekawość w potocznym, mieleckim wydaniu - w odbiorze czytelników felietonu, czy też moich sąsiadów, którym ona widzi się niepotrzebną i niebezpieczną - to wkładanie palców pomiędzy drzwi a framugę?

No i co z tego, że drzwi rozdzielają znane i nieznane?

 

Jak pisał Ryszard Kapuściński w „Podróżach z Herodotem” „Przeciętny człowiek nie jest specjalnie ciekaw świata. Ot, żyje, musi jakoś się z tym faktem uporać, im będzie to kosztowało mniej wysiłku - tym lepiej. A przecież poznawanie świata zakłada wysiłek, i to wielki, pochłaniający człowieka. Większość ludzi raczej rozwija w sobie zdolności przeciwne, zdolność, aby patrząc - nie widzieć, aby słuchając - nie słyszeć”.

 

Czy znajdziemy lepsze słowa, opisujące nasze społeczeństwo tu i teraz? Ja sądzę, że Kapuściński trafia w samo sedno.

 

Chyba zaczynamy żyć w naprawdę ciekawych czasach. I nawet nie to, że już sam premier i jego ludzie straszą czym popadnie: Unią, Niemcami, Białorusią i Putinem, Zjednoczoną Europą, bezbożnictwem Zachodu, TVN-em, nawet Ameryką,  choć nie covidem i nie kryzysem w Polsce, bo w tym wszystkim Polska radzi sobie najlepiej od czasów rozbiorów (sic! I najlepiej ze wszystkich. Czyli usiłują nas uspokoić, ze te czasy nie takie znowu ciekawe.

 

Niezależnie od słów pana premiera, przychodzi chyba czas totalnych przewartościowań. Przede wszystkim moralnych i społecznych. Kościół jeszcze jakoś dycha, szczególnie w Galicji, ale młodzież od niego wręcz ucieka, nie czekając nawet na zakończenie edukacji, a wypisując się z lekcji religii i szerokim łukiem omijając kościoły.

Kończy się to coś, co niektórzy uważali za liberalizm, gospodarczy i społeczny, a zaczyna się odwrót do socjalizmu. To oczywiście zupełnie inny socjalizm jak znają ludzie starzy, ale ponieważ tego dawnego nie znają ludzie młodzi, to chętnie się godzą na jego nowoczesną wersję, która także kiedyś zbankrutuje. A starzy ludzie, w większości emeryci o niskich, socjalistycznych emeryturach, chcą doić z państwa ile się da, mając każdy do dyspozycji głos w wyborach.

Pierwszy zrozumiał to Kaczyński i odniósł sukces. Opozycja będzie musiała biec tą samą drogą, tylko szybciej. I szybciej będzie katastrofa.

 

Bo w tymże świecie, który dla jednych się kończy, a dla innych zaczyna, nasze społeczeństwo jest właśnie jak to społeczeństwo z cytatu Kapuścińskiego – patrzy i nie widzi, słucha i nie słyszy. A może raczej widzi, co chce widzieć i słyszy, co chce słyszeć. Albo jeszcze bliżej prawdy – widzi, to co do widzenia dostaje i słyszy, to co ktoś mu daje do słyszenia. Bo jego ciekawość jest zredukowana do absolutnego minimum, prawie nie istnieje. Ciekawość, to wysiłek dla większości zbyt wielki. Większość myśli jedynie, jak najłatwiej skończyć szkoły, załatwić pracę, najlepiej na posadzie państwa lub samorządu, wziąć pożyczkę, pojechać do Egiptu. Wszystko all inclusive. Wszystko dostarczone na brzeg łóżka, basenu, stołu.

Władza to wie i robi wszystko, by obywatel widział to, co chce władza, a władza zrobi wszystko, by wmówić, że my to nie żyjemy w żadnych ciekawych, ale normalnych czasach.

 

Mówił Albert Einstein o sobie: „Nie mam żadnych szczególnych uzdolnień. Cechuje mnie tylko niepohamowana ciekawość”. Mówił także: „Ważne jest by nigdy nie przestać pytać. Ciekawość nie istnieje bez przyczyny. Wystarczy więc, jeśli spróbujemy zrozumieć choć trochę tej tajemnicy każdego dnia. Nigdy nie trać świętej ciekawości. Kto nie potrafi pytać nie potrafi żyć”.

 

Nie jesteśmy einsteinami. Bardzo nie jesteśmy. Ale możemy próbować być troszeczkę. Przynajmniej niektórzy z nas. Ci, których „ciekawość przeżyła typowe wykształcenie polskiej szkoły”. To cud, ale się zdarza. Trudne czasy wzmagają ciekawość. Bo łatwo nie być ciekawym, jak wszystko ma się podane, jak na dobrych wczasach. Wtedy ciekawość sprowadza się jedynie do tego, czy drink jest bardziej oszukany czy mniej. Władza takich lubi. Bo władza nie lubi ciekawych, których nazywa ciekawskimi. A ciekawość to pierwszy stopień do piekła.

 

A jednak nie do końca nie jesteśmy ciekawi. Bo czasami obserwuję od z jakim zainteresowaniem mielczanie czytają o dietach, zarobkach i majątkach swoich lokalnych władców, radnych, urzędników różnych szczebli i jak bardzo tymi wiadomościami się bulwersują.

To ludzi rusza.

Bo polityka płacowa PiS – u poniosła, nie wiedzieć czego (?), klęskę. Pomimo ciągłego podnoszenia płacy minimalnej, coraz więcej ludzi zarabia właśnie minimalną, a do tego ci, którzy mieli kiedyś więcej, zbliżają się z zarobkami coraz bardziej do tej minimalnej. Bo jak trzeba podnosić komuś płace z mocy ustawy, to robi się to kosztem tych lepiej zarabiających, których ustawa nie obejmuje.

 

I w coraz powszechniejszej bryndzy finansowej, jaka ogarnia część sprywatyzowanego społeczeństwa, potęgowanej inflacją, zarobki ludzi finansowanych z naszych podatków muszą budzić dyskusję. Szczególnie gdy radni w całej Polsce podnoszą sobie diety przy pierwszej nadarzającej się okazji, i – mając usta pełne frazesów, jak nasi powiatowi radni PiS – sobie podnieśli o 900 i więcej złotych na czysto, a rodzinom wychowującym cudze dzieci dali po 300 złotych.

 

Ludzie jednak na co dzień nie są ciekawi i władzę to jedynie może cieszyć. Gorzej, jak zaczynają pytać. Te resztki demokracji, których wyrazem jest konieczność publikacji zarobków i stanu majątkowego, są czynnikiem nawrotu ciekawości wśród społeczeństwa. Oczywiście władza PiS zabezpieczyła się Trybunałem Konstytucyjnym, że majątków przepisanych na żony już nie trzeba ujawniać. Niedługo nie trzeba będzie odpowiadać na pytania o sprawy publiczne – także po kolejnym wyroku Trybunału, który można przewidzieć, więc dodatkowo z urzędu ograniczy się zarówno ciekawość społeczeństwa, które i tak z przyrodzenia jest mało ciekawe, jak też spowoduje, że te ciekawe czasy, które nam się zapowiadają, władza będzie w swej mądrości czynić mniej ciekawymi.

 

Więc bądźmy pewni, że choć idą ciekawe czasy, to władza zrobi wszystko, by takie ciekawe nie były. Bo jak się zlikwiduje niezależne media, TVN, to ilość ciekawych informacji drastycznie spadnie, tym samym czasy będą mniej ciekawe. Bo wiadomości z TVP i prasy Orlenu akurat tę ciekawość będą temperowały, ba utną jej nawet głowę.

 

Ale ludzie nie lubią żyć w ciekawych czasach, jak to powiedzieliśmy powyżej, więc na taki stan chętnie się zgodzą. Przynajmniej na początku, dopóki przez różowość ekranów telewizyjnych nie przebije się paskudny zgrzyt i koszmarny obraz rzeczywistości, w której inflacja zeżre wszystkie rządowe datki i tarcze inflacyjne.

 

 

 

Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?

  Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?   Skończyły się Dni Mielca. Ponoć były fantastyczne. A już występ pani Chylińskiej –...