poniedziałek, 16 grudnia 2019

CHURCHING - wędrówki po kościołach w poszukiwaniu Boga



Istnieją takie pojęcia, jak shoping czy clubing (spędzanie czasu w wielu sklepach czy w wielu klubach tego samego wieczora). Ktoś mi podpowiedział, że ostatnio istnieje też pojęcie churchingu.

Oznacza ono poszukiwanie kościoła, w którym sposób odprawiania nabożeństw, szczególnie mszy świętych, stosunek kapłanów do odprawianego sakramentu, ich stosunek do wiernych, atmosfera kościoła, przeżywanie misterium Przeistoczenia, odpowiada naszym potrzebom duchowym.

Takie zachowania wiernych są bardzo nie na rękę i źle widziane przez proboszczów, którzy tracą członków wspólnoty, nawet jak nie formalnie, to w rzeczywistości. Może chodzić tu w mniejszym stopniu o pieniądze, ale bardziej o przenoszenie niewygodnych idei i zasiewanie ich w umysłach parafian. Zresztą może i o wiele innych spraw, które nie są mi znane.
Bo z drugiej strony, tej ideologicznej, pachnie to trochę pentekostalizacją (czyli uzielonoświątkowieniem) Kościoła, a to nie jest akurat ten kierunek rozwoju duchowości Polaków, który nasza hierarchia popiera.

Tym niemniej problem istnieje.
Przy gwałtownym ubytku wiernych, uczestniczących w mszach świętych, przy spadku ilości dzieci i młodzieży chodzących do kościoła i uczęszczających na lekcje religii – czyli ogólnie rzecz ujmując, przy spadku pobożności społeczeństwa -  wciąż jest wielka grupa ludzi, która z Chrystusową wiarą identyfikuje się bardzo mocno, ale którym nie odpowiada współczesny, oficjalny model religijności, wywiedziony wprost z biurokratycznych ustaleń kurii diecezjalnych, konferencji Episkopatu, czy nawet z uczonych wywodów różnych watykańskich dykasterii.

Bo że jest źle, przyznają już właściwie wszystkie organa kościelne i przykościelne, jak np. mielecki Klub Inteligencji Katolickiej, który też podjął ten trudny temat w cyklu wykładów, pod wspólnym tytułem „Kościół w Polsce - kryzys czy nowa wiosna?.
No może z  wyjątkiem Rodziny Radia Maryja i współpracujących z nią ministrów naszego rządu, którzy zgodnie twierdzą, że jest fajnie.

Przewodniczący mieleckiego KIK, mój szanowny znajomy, pan doktor Andrzej Skowron, próbując znaleźć drogę wyjścia z tego duchowego impasu kościoła w Polsce, zaproponował tzw. Drogę św. Benedykta.

Ale zanim zacznę polemizować z  tezami pana doktora, wrócę na chwile do tytułowego churchingu, jako formy sposobu na szukanie innej, odpowiadającej mi religijności, jako sposobu na szukanie Boga.

Tak się dzieje, że będąc zdeterminowanym członkiem wspólnoty parafialnej Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Mielcu, od lat uczestniczę w mszach świętych w różnych świątyniach naszego kraju. A właściwie w trzech często, w innych sporadycznie. Te odwiedzane często to Kościół i Bazylika w Łagiewnikach, klasztor jasnogórski i kościół ojców Dominikanów na Służewie. Ostatnio zamieniłem klasztor jasnogórski na kościół akademicki w Częstochowie i to było prawdziwe olśnienie.
A teraz do sedna. Jak uzewnętrznia się religijność w każdym z nich? Który wywiera na mnie największe wrażenie? W którym, moim zdaniem, wierni sa najbliżej Boga? Co chciałbym przenieść do swojej parafii?

Po kolei. Moja parafia MBNP jest (dla mnie) przykładem parafii absolutnie i do bólu sformalizowanej liturgicznie. Wywiedzione jest to – tak sobie myślę, bo nie mam innych danych – zarówno z tradycji osobistej księdza proboszcza, który był urzędnikiem kurialnym, jak też z ogólno - diecezjalnego formatu, narzuconego parafiom przez naszego biskupa (o którym kiedyś pisałem, że jest, a jakoby go nie było) i naszą kurię, zastygłą w pamięci dawnej świetności diecezjalnej, braku problemów i przekonaną, że tak jak było, było dobrze i niczego zmieniać nie należy.

Z kolei oba kościoły łagiewnickie, Bazylika i kaplica klasztorna, do których jeździmy co jakiś czas z potrzeby serca, to miejsce wielu pielgrzymek i jako takie powinno ulec pełnej komercjalizacji, tak to jest widoczne gdzie indziej. Powinno, a moim zdaniem nie uległo. W tzw. normalne niedziele czy święta, kiedy ta ilość pielgrzymów nie poraża, czuć unoszącego się nad nim Ducha Świętego, który zapewne sprawia, że człowiek spotkanie z Bogiem, z Jezusem Miłosiernym, przeżywa głęboko i nie wytrącają go z tego działania księży, których jest wielu, nawet na jednej mszy, gdzie kazania czy homilie są i sensowne, i nie drażniące, i zmuszające do głębszych refleksji. Nie wiem, czy zdarzają się takie, jak niesłychanie infantylna homilia otwierająca rekolekcje w naszej parafii, głoszona przed księdza doktora dyrektora, ale ja nie słyszałem. 

Do Częstochowy jeździmy kilka razy w roku. Pierwszy raz nie piszę, na Jasną Górę, bo ostatnio odwiedziliśmy w niedzielę kościół akademicki. Częstochowa jest miejscem zamieszkania naszej Córki, więc nasza obecność na Jasnej Górze była dotychczas czymś naturalnym. Była, ale jakoś minęła. Klasztor Jasnogórski jest miejscem, gdzie wszystko można spotkać, poczynając od obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej, ale najtrudniej wyczuć tam obecność Ducha świętego. Tak jakby szybował gdzieś, ponad wieżą, wysoko, i swoją mocą nie docierał do tłumu pielgrzymów, bąkających się z przewodnikiem lub bez, który po wizycie w kaplicy cudownego obrazu nie bardzo wie, co z sobą zrobić. A ciąg mszy, przeszkadzających sobie nawzajem z obu kościołów, byle jakich kazań, nie zachęca do większej refleksji. Trzeba już mocnej wiary, żeby oderwać się od tego natłoku komercji i polityki, i dotknąć Boga, poczuć jego obecność.
Czy ktoś zastanawia się co dalej, gdy pielgrzymów coraz mniej, gdy państwowe pielgrzymki zakładów wodociągowych wymieniły wszystkie włazy do kanalizacji na piękne mosiężne, z wotami, gdy niedługo przestaną przyjeżdżać ministrowie, by wspólnie z biskupami sobie potańczyć?

Boga spotkaliśmy za to w kościele akademickim, gdzie odprawiano msze dla dzieci. Było jak w wielkim przedszkolu. A może jak na moment przed ewangelicznymi spotkaniem z Chrystusem, gdy mówił: Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. (…) I biorąc je w objęcia, kładł na nie ręce i błogosławił.  Dzieci łazimy, pełzały, płakały śmiały się, a młody ksiądz mówił z taką wiarą, że wyciskał łzy z oczu. A przecież ta msza niczym w rycie nie odbiegała od tej na jasnej Górze. Przecież miała miejsce w diecezji najbardziej konserwatywnego polskiego biskupa. W mieście rządzonym przez SLD, gdzie inne kościoły świeca pustkami.

No i wreszcie nasz „czwarty” kościół: Dominikanie na Służewie. Parafia mojego syna. Na każdej mszy świętej są takie tłumy ludzi, jakich zazdrościłaby najlepsza parafia tarnowska. Podobno w tej zeświecczonej Warszawie przyjeżdżają do tego kościoła z daleka. No i znowu msze dla dzieci, na które chodzimy z wnuczkami. Inaczej jak w Łodzi, ale też mrowie dzieci. Łażą po kościele, mruczą, płaczą, gremialnie przybywają na wezwanie kapłana i obsiadają wielkie stopnie ołtarza i słuchają, co ksiądz ma im do przekazania.
A każda msza ma taką atmosferę, że jak ktoś nawet mało wierzy, to chce tam wrócić. A przecież ta msza znowu formalnie niczym się nie różni od mieleckiej czy jasnogórskiej.
Więc co?
Więc dlaczego?
Więc jak?

Dlaczego w jednym kościele Bóg, Chrystus, jest prawie dotykalny, a już na pewno niesłychanie mocno odczuwalny, a w innych albo go prawie nie ma, albo bardzo trzeba się wsłuchać w siebie samego, zamykając na słowa homilii, na głos kapłana, by Go poczuć? By z Nim być?

Tak sobie myślę, że jak w świątyni Jerozolimskiej miejsce najświętsze odgradzała od wiernych Żydów zasłona, za którą mógł wchodzić kapłan jedynie, tak w polskim kościele bardzo często tę zasłonę tworzy rytualne skostnienie, jakby wypalenie księży, ale najbardziej  kościelna biurokracja, budująca przepisy, rytuały, zabijająca indywidualizm kapłanów, skutecznie odgradzające Boga od wiernych.

Ten ksiądz, który umie zerwać tę zasłonę, otrzymuje nagrodę i od Boga i od ludzi.
Ale jak rzadko się to dzieje. Coraz rzadziej.
Dlaczego?

I tu dochodzimy do wykładu mojego szanownego znajomego, Doktora Andrzeja Skowrona. Jestem ostatni, którzy będzie za obecny stan Kościoła winił tylko kapłanów, a właściwie biskupów. Ale w wykładzie Pana doktora właściwie o winie kleru się nie wspomina. Tylko że źle nauczają religii. Co skutkuje tym, że tylko 23 % ludzi w wieku 18 – 25 lat uważa się za wierzących.
Ja główną winą za brak wiary młodych ludzi nie obarczam wprost kapłanów nauczycieli, czy – często marnych – katechetów, ale rodziców, a wcześniej dziadków. Gdy starzy ludzie tracą wiarę, młodzi ludzie, po okresie młodzieńczego buntu, do niej już nie powrócą. Niezależnie od tego, jakie będą lekcje religii (a podobno są raczej nieciekawie marne).
A dlaczego starzy/starsi ludzie tracą wiarę? Czy tylko przyczyną jest zmieniający się świat, goniący za dobrami materialnymi i cielesnym użyciem? Także. Ale największa winę ponoszą właśnie biskupi i kształtowany prze nich nasz Kościół, jego kapłani.
Bo może być inaczej, co pokazałem powyżej. Bo wielu ludzi potrzebuje innego kościoła. I są kapłani, którzy go dają.

Jak przychodzę do naszego mieleckiego kościoła, to ciśnie mi się na myśl jedno słowo: geriatria. Ja też jestem cholernie stary, ale chyba myślę jak młody człowiek.
Ci starzy ludzie, babcie i dziadkowie, wymrą niedługo i szlak mnie trafia, że nie będzie miał kto ich zastąpić.
Co myślą o tym kapłani? Tego się nie dowiemy. Co zamierzają zrobić? Czekać na przyjście Chrystusa? Bo bramy piekielne Kościoła nie przemogą? I można czekać? Biernie? Niczego nie zmieniać, bo dawniej było dobrze?
A te talenty, które Bóg im zostawił, zakopali, zamiast je rozmnażać!

Pan Doktor Andrzej mówi, że niedługo Kościół będzie mały i niewiele znaczący. Ale bardziej ideowy. Czy na to czekają nasi kapłani?
Dalej Pan Doktor postuluje za jakim autorem książki, by postępować jak Benedykt w piątym wieku, by budować wspólnoty, by swoim przykładem zarażać innych, by utwierdzać wiarę w rodzinie, wspólnie się modlić etc.

Zapominamy, że św. Benedykt nie znał Internetu. I mógł nauczać jak nauczał. I mógł dawać przykład, który przez dziesięciolecia i stulecia rozprzestrzeniał się po świecie.
Naprawdę wierzy Pan, Panie Doktorze, że to jest metoda na dzisiaj?
Bo ja nie wierzę.
Ze światem trzeba walczyć metodami świata. To nic, że w Biblii nie pisze się i Internecie. Nie pisze się też o teorii względności i Wielkim Wybuchu. A te wszystkie pojęcia nasza religia musi oswoić i przyswoić. I można to uczynić, nie odchodząc ani na jotę od słów Chrystusa. Tyle że trzeba to chcieć robić i trzeba spróbować umieć.

Ale nie zrobi tego biurokracja kurialna, wytresowana w starym, nie zrobią to księża, nawet młodzi i otwarci, boi zostano „uziemieni” i zniszczeni, i odechce się im być innowacyjnymi.

Ja wiem, że to się dałoby zrobić, ale tak coraz mniej wierzę, że obecne struktury Kościoła to potrafią. Sam pracuję w korporacji i wiem, jaki skomplikowany jest proces decyzyjny. A Kościół jest wyjątkowo korporacyjną korporacją. Bez wnikanie w nią i krytykowania powiem, ze nie wierzę. Że w takiej formie cośkolwiek można w Kościele zreformować.

Żadne struktury benedyktyńskie nic nie pomogą, jak kościelno korporacyjna biurokracja, na czele z biskupami, nie ulegnie dalekiej metamorfozie.

Chyba tyle. Nie wiem, czy mnie nie wyklną z mojego kościoła, ale musiałem to napisać.



CHURCHING. W poszukiwaniu Boga


 obraz z http://chrzescijanstwo.blogspot.com
Istnieją takie pojęcia, jak shoping czy clubing (spędzanie czasu w wielu sklepach czy w wielu klubach tego samego wieczora). Ktoś mi podpowiedział, że ostatnio istnieje też pojęcie churchingu.

Oznacza ono poszukiwanie kościoła, w którym sposób odprawiania nabożeństw, szczególnie mszy świętych, stosunek kapłanów do odprawianego sakramentu, ich stosunek do wiernych, atmosfera kościoła, przeżywanie misterium Przeistoczenia, odpowiada naszym potrzebom duchowym.

Takie zachowania wiernych są bardzo nie na rękę i źle widziane przez proboszczów, którzy tracą członków wspólnoty, nawet jak nie formalnie, to w rzeczywistości. Może chodzić tu w mniejszym stopniu o pieniądze, ale bardziej o przenoszenie niewygodnych idei i zasiewanie ich w umysłach parafian. Zresztą może i o wiele innych spraw, które nie są mi znane.
Bo z drugiej strony, tej ideologicznej, pachnie to trochę pentekostalizacją (czyli uzielonoświątkowieniem) Kościoła, a to nie jest akurat ten kierunek rozwoju duchowości Polaków, który nasza hierarchia popiera.

Tym niemniej problem istnieje.
Przy gwałtownym ubytku wiernych, uczestniczących w mszach świętych, przy spadku ilości dzieci i młodzieży chodzących do kościoła i uczęszczających na lekcje religii – czyli ogólnie rzecz ujmując, przy spadku pobożności społeczeństwa -  wciąż jest wielka grupa ludzi, która z Chrystusową wiarą identyfikuje się bardzo mocno, ale którym nie odpowiada współczesny, oficjalny model religijności, wywiedziony wprost z biurokratycznych ustaleń kurii diecezjalnych, konferencji Episkopatu, czy nawet z uczonych wywodów różnych watykańskich dykasterii.

Bo że jest źle, przyznają już właściwie wszystkie organa kościelne i przykościelne, jak np. mielecki Klub Inteligencji Katolickiej, który też podjął ten trudny temat w cyklu wykładów, pod wspólnym tytułem „Kościół w Polsce - kryzys czy nowa wiosna?.
No może z  wyjątkiem Rodziny Radia Maryja i współpracujących z nią ministrów naszego rządu, którzy zgodnie twierdzą, że jest fajnie.

Przewodniczący mieleckiego KIK, mój szanowny znajomy, pan doktor Andrzej Skowron, próbując znaleźć drogę wyjścia z tego duchowego impasu kościoła w Polsce, zaproponował tzw. Drogę św. Benedykta.

Ale zanim zacznę polemizować z  tezami pana doktora, wrócę na chwile do tytułowego churchingu, jako formy sposobu na szukanie innej, odpowiadającej mi religijności, jako sposobu na szukanie Boga.

Tak się dzieje, że będąc zdeterminowanym członkiem wspólnoty parafialnej Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Mielcu, od lat uczestniczę w mszach świętych w różnych świątyniach naszego kraju. A właściwie w trzech często, w innych sporadycznie. Te odwiedzane często to Kościół i Bazylika w Łagiewnikach, klasztor jasnogórski i kościół ojców Dominikanów na Służewie. Ostatnio zamieniłem klasztor jasnogórski na kościół akademicki w Częstochowie i to było prawdziwe olśnienie.
A teraz do sedna. Jak uzewnętrznia się religijność w każdym z nich? Który wywiera na mnie największe wrażenie? W którym, moim zdaniem, wierni sa najbliżej Boga? Co chciałbym przenieść do swojej parafii?

Po kolei. Moja parafia MBNP jest (dla mnie) przykładem parafii absolutnie i do bólu sformalizowanej liturgicznie. Wywiedzione jest to – tak sobie myślę, bo nie mam innych danych – zarówno z tradycji osobistej księdza proboszcza, który był urzędnikiem kurialnym, jak też z ogólno - diecezjalnego formatu, narzuconego parafiom przez naszego biskupa (o którym kiedyś pisałem, że jest, a jakoby go nie było) i naszą kurię, zastygłą w pamięci dawnej świetności diecezjalnej, braku problemów i przekonaną, że tak jak było, było dobrze i niczego zmieniać nie należy.

Z kolei oba kościoły łagiewnickie, Bazylika i kaplica klasztorna, do których jeździmy co jakiś czas z potrzeby serca, to miejsce wielu pielgrzymek i jako takie powinno ulec pełnej komercjalizacji, tak to jest widoczne gdzie indziej. Powinno, a moim zdaniem nie uległo. W tzw. normalne niedziele czy święta, kiedy ta ilość pielgrzymów nie poraża, czuć unoszącego się nad nim Ducha Świętego, który zapewne sprawia, że człowiek spotkanie z Bogiem, z Jezusem Miłosiernym, przeżywa głęboko i nie wytrącają go z tego działania księży, których jest wielu, nawet na jednej mszy, gdzie kazania czy homilie są i sensowne, i nie drażniące, i zmuszające do głębszych refleksji. Nie wiem, czy zdarzają się takie, jak niesłychanie infantylna homilia otwierająca rekolekcje w naszej parafii, głoszona przed księdza doktora dyrektora, ale ja nie słyszałem. 

Do Częstochowy jeździmy kilka razy w roku. Pierwszy raz nie piszę, na Jasną Górę, bo ostatnio odwiedziliśmy w niedzielę kościół akademicki. Częstochowa jest miejscem zamieszkania naszej Córki, więc nasza obecność na Jasnej Górze była dotychczas czymś naturalnym. Była, ale jakoś minęła. Klasztor Jasnogórski jest miejscem, gdzie wszystko można spotkać, poczynając od obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej, ale najtrudniej wyczuć tam obecność Ducha świętego. Tak jakby szybował gdzieś, ponad wieżą, wysoko, i swoją mocą nie docierał do tłumu pielgrzymów, bąkających się z przewodnikiem lub bez, który po wizycie w kaplicy cudownego obrazu nie bardzo wie, co z sobą zrobić. A ciąg mszy, przeszkadzających sobie nawzajem z obu kościołów, byle jakich kazań, nie zachęca do większej refleksji. Trzeba już mocnej wiary, żeby oderwać się od tego natłoku komercji i polityki, i dotknąć Boga, poczuć jego obecność.
Czy ktoś zastanawia się co dalej, gdy pielgrzymów coraz mniej, gdy państwowe pielgrzymki zakładów wodociągowych wymieniły wszystkie włazy do kanalizacji na piękne mosiężne, z wotami, gdy niedługo przestaną przyjeżdżać ministrowie, by wspólnie z biskupami sobie potańczyć?

Boga spotkaliśmy za to w kościele akademickim, gdzie odprawiano msze dla dzieci. Było jak w wielkim przedszkolu. A może jak na moment przed ewangelicznymi spotkaniem z Chrystusem, gdy mówił: Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. (…) I biorąc je w objęcia, kładł na nie ręce i błogosławił.  Dzieci łazimy, pełzały, płakały śmiały się, a młody ksiądz mówił z taką wiarą, że wyciskał łzy z oczu. A przecież ta msza niczym w rycie nie odbiegała od tej na jasnej Górze. Przecież miała miejsce w diecezji najbardziej konserwatywnego polskiego biskupa. W mieście rządzonym przez SLD, gdzie inne kościoły świeca pustkami.

No i wreszcie nasz „czwarty” kościół: Dominikanie na Służewie. Parafia mojego syna. Na każdej mszy świętej są takie tłumy ludzi, jakich zazdrościłaby najlepsza parafia tarnowska. Podobno w tej zeświecczonej Warszawie przyjeżdżają do tego kościoła z daleka. No i znowu msze dla dzieci, na które chodzimy z wnuczkami. Inaczej jak w Łodzi, ale też mrowie dzieci. Łażą po kościele, mruczą, płaczą, gremialnie przybywają na wezwanie kapłana i obsiadają wielkie stopnie ołtarza i słuchają, co ksiądz ma im do przekazania.
A każda msza ma taką atmosferę, że jak ktoś nawet mało wierzy, to chce tam wrócić. A przecież ta msza znowu formalnie niczym się nie różni od mieleckiej czy jasnogórskiej.
Więc co?
Więc dlaczego?
Więc jak?

Dlaczego w jednym kościele Bóg, Chrystus, jest prawie dotykalny, a już na pewno niesłychanie mocno odczuwalny, a w innych albo go prawie nie ma, albo bardzo trzeba się wsłuchać w siebie samego, zamykając na słowa homilii, na głos kapłana, by Go poczuć? By z Nim być?

Tak sobie myślę, że jak w świątyni Jerozolimskiej miejsce najświętsze odgradzała od wiernych Żydów zasłona, za którą mógł wchodzić kapłan jedynie, tak w polskim kościele bardzo często tę zasłonę tworzy rytualne skostnienie, jakby wypalenie księży, ale najbardziej  kościelna biurokracja, budująca przepisy, rytuały, zabijająca indywidualizm kapłanów, skutecznie odgradzające Boga od wiernych.

Ten ksiądz, który umie zerwać tę zasłonę, otrzymuje nagrodę i od Boga i od ludzi.
Ale jak rzadko się to dzieje. Coraz rzadziej.
Dlaczego?

I tu dochodzimy do wykładu mojego szanownego znajomego, Doktora Andrzeja Skowrona. Jestem ostatni, którzy będzie za obecny stan Kościoła winił tylko kapłanów, a właściwie biskupów. Ale w wykładzie Pana doktora właściwie o winie kleru się nie wspomina. Tylko że źle nauczają religii. Co skutkuje tym, że tylko 23 % ludzi w wieku 18 – 25 lat uważa się za wierzących.
Ja główną winą za brak wiary młodych ludzi nie obarczam wprost kapłanów nauczycieli, czy – często marnych – katechetów, ale rodziców, a wcześniej dziadków. Gdy starzy ludzie tracą wiarę, młodzi ludzie, po okresie młodzieńczego buntu, do niej już nie powrócą. Niezależnie od tego, jakie będą lekcje religii (a podobno są raczej nieciekawie marne).
A dlaczego starzy/starsi ludzie tracą wiarę? Czy tylko przyczyną jest zmieniający się świat, goniący za dobrami materialnymi i cielesnym użyciem? Także. Ale największa winę ponoszą właśnie biskupi i kształtowany prze nich nasz Kościół, jego kapłani.
Bo może być inaczej, co pokazałem powyżej. Bo wielu ludzi potrzebuje innego kościoła. I są kapłani, którzy go dają.

Jak przychodzę do naszego mieleckiego kościoła, to ciśnie mi się na myśl jedno słowo: geriatria. Ja też jestem cholernie stary, ale chyba myślę jak młody człowiek.
Ci starzy ludzie, babcie i dziadkowie, wymrą niedługo i szlak mnie trafia, że nie będzie miał kto ich zastąpić.
Co myślą o tym kapłani? Tego się nie dowiemy. Co zamierzają zrobić? Czekać na przyjście Chrystusa? Bo bramy piekielne Kościoła nie przemogą? I można czekać? Biernie? Niczego nie zmieniać, bo dawniej było dobrze?
A te talenty, które Bóg im zostawił, zakopali, zamiast je rozmnażać!

Pan Doktor Andrzej mówi, że niedługo Kościół będzie mały i niewiele znaczący. Ale bardziej ideowy. Czy na to czekają nasi kapłani?
Dalej Pan Doktor postuluje za jakim autorem książki, by postępować jak Benedykt w piątym wieku, by budować wspólnoty, by swoim przykładem zarażać innych, by utwierdzać wiarę w rodzinie, wspólnie się modlić etc.

Zapominamy, że św. Benedykt nie znał Internetu. I mógł nauczać jak nauczał. I mógł dawać przykład, który przez dziesięciolecia i stulecia rozprzestrzeniał się po świecie.
Naprawdę wierzy Pan, Panie Doktorze, że to jest metoda na dzisiaj?
Bo ja nie wierzę.
Ze światem trzeba walczyć metodami świata. To nic, że w Biblii nie pisze się i Internecie. Nie pisze się też o teorii względności i Wielkim Wybuchu. A te wszystkie pojęcia nasza religia musi oswoić i przyswoić. I można to uczynić, nie odchodząc ani na jotę od słów Chrystusa. Tyle że trzeba to chcieć robić i trzeba spróbować umieć.

Ale nie zrobi tego biurokracja kurialna, wytresowana w starym, nie zrobią to księża, nawet młodzi i otwarci, boi zostano „uziemieni” i zniszczeni, i odechce się im być innowacyjnymi.

Ja wiem, że to się dałoby zrobić, ale tak coraz mniej wierzę, że obecne struktury Kościoła to potrafią. Sam pracuję w korporacji i wiem, jaki skomplikowany jest proces decyzyjny. A Kościół jest wyjątkowo korporacyjną korporacją. Bez wnikanie w nią i krytykowania powiem, ze nie wierzę. Że w takiej formie cośkolwiek można w Kościele zreformować.

Żadne struktury benedyktyńskie nic nie pomogą, jak kościelno korporacyjna biurokracja, na czele z biskupami, nie ulegnie dalekiej metamorfozie.

Chyba tyle. Nie wiem, czy mnie nie wyklną z mojego kościoła, ale musiałem to napisać.



wtorek, 10 grudnia 2019

P - jak podatki. P - jak populizm?


zdjęcie za hej.mielec
Druga sesja „podatkowa” Rady Miasta Mielca  przeszła jakoś tak niepostrzeżenie dla ogółu mielczan. Zajęci wolną sobotą, przy braku bieżącej informacji lokalnych mediów, które skupiły się na obchodach 80 – lecia Fabrycznego Klubu Sportowego, mielczanie ocknęli się po fakcie, już w niedzielę, kiedy na forach internetowych rozgorzała dyskusja, poświęcona naszym wspólnym pieniądzom. Z kontynuacją w poniedziałek.

Dominowały w dyskusji dwa nurty. No, może trzy.
Jeden nurt to milcząca post factum wyniosłość „totalnej mieleckiej opozycji”, czyli klubu PiS. Milcząca, po bardzo przegadanej – jak się okazało – sesji Rady. A sesja była przegadana przez radnych PiS pewnie po to, by mielczanie nie zarzucili im brak dbałości o miasto i interesy jego mieszkańców. A tak będą mogli mówić – walczyliśmy o was. Jak lwy. I nie odpuszczaliśmy. Po to, by przeciętny właściciel mieszkania nie musiał płacić aż 1,22 zł więcej co miesiąc. A właściciel domu, o powierzchni użytkowej 200 m2, czyli mielecki bogacz, nie dopłacał co roku aż 3,16 zł średnio co miesiąc. Popatrzcie sami, warto było walczyć! Ale przegraliśmy, i to nie nasza wina. Tylko prez. Wiśniewskiego, który nie umiał skalkulować właściwie budżetu i chciał zabrać naszym sportowcom. To oczywiście był szantaż, któremu nie mogliśmy się poddać. I wygraliśmy. Jesteśmy moralnymi zwycięzcami tego pojedynku. A w Polsce to się tylko liczy. Nie jakieś durne cyfry.

Fakt, zapomnieli chyba na chwilę o przeszłości. Bo jakby nie patrzeć, to właśnie radni PiS przeforsowali w ubiegłej kadencji tę „sztandarową” inwestycję Mielca, w formie, która może na wiele lat położyć się cieniem na finansach miasta a także, zamiast uratować, pogrąży całkiem mielecki sport.
Przyznajmy – apel Pana europosła o ratowanie mieleckiego sportu poprzez jego finansowanie z budżetu miasta, przy jednoczesnej niechęci radnych PiS do zasilenia tegoż budżetu z podwyżki podatków, wybrzmiał co najmniej mało wiarygodnie. A rady, żeby ograniczyć zatrudnienie w UM, ludzi pracujących tam zresztą za marną kasę, przypominają trochę te o oszczędności na oświetleniu i papierze do drukarek.
Jak by nie nazywać, radni PiS zachowali się jak rasowi populiści, aczkolwiek trudno mi uwierzyć, że mogli postąpić inaczej. W końcu grali przeciwko nie swojemu prezydentowi.
Radni PiS z sąsiedniej gminy najpierw przegłosowali podwyżki dla siebie i wójta, a potem nie było problemów z podniesieniem podatków. Wszak podwyżki trzeba z czegoś sfinansować.
Jak przyjdzie co do czego i zacznie się szukać budżetowych oszczędności, szczególnie tak nośnych medialnie jak obniżanie zatrudnienia i płac w urzędzie, winni postąpić honorowo i zaproponować równocześnie obniżenie sobie diet. Dajcie przykład.

To był jeden nurt, jedna narracja, a właściwie jej brak. Zamilkli po sesji i się nie odzywają.
Drugi to kontynuacja populistycznej narracji, której przewodzi jeden z radnych, nazwijmy go,bardzo na wyrost, niezależnym, a który – jak przewidywałem kilka miesięcy temu – wesprze PiS. I wsparł. Dlaczego to zrobił, nie wiem? Tak czy inaczej wyszedł i na populistę, i na człowieka poszukującego gorączkowo swojego miejsca w mieleckiej polityce.
I wygląda, jakby się wstydził swej decyzji i dawał temu wyraz, rozdzierając publicznie „szaty” i labidząc na czym świat stoi, jaka to krzywda się dzieje mielczanom i jacy to źli ludzie (radni) byli przeciwko nim.
W tej narracji uczestniczy większość ludzi wypowiadających się publiczne. Podnoszenie podatków jest oczywiście „be”. Więc ludzie protestują. Ale usług od miasta oczekują. I wcale nie myślą, skąd na to pieniądze. W końcu przez ostatnie 4 lata nauczono ich, że mają dostać. A tu muszą dać. 1,22 zł miesięcznie
Oczywiście, za chwilę zdrożeje energia, zdrożeją bardzo śmieci. I znowu radni PiS zaprotestują. Bo to przecież wina Wiśniewskiego. Nie rządu.
Już w zawiłości odpisów z PIT nie będę wnikał, bo to i tak nikogo prawie z dyskutujących nie interesuje.

Mniej liczna, ale także znacząca, wypowiadała się za podatkami ta bardziej świadoma część mieleckiego społeczeństwa. Która wie, kto zawinił, kto stoi za podwyżkami, która wie, że pieniądze nie  rosną na drzewach i nie wypadają Wiśniewskiemu z kieszeni.

Dyskusja jest emocjonalna i emocjonująca. Czasami dyskutantom „puszczają” nerwy. Choć nie powinny. Ja przy tej okazji ponownie pochwalę Pana Radnego Ziomka, który nie uległ populizmowi, a może też różnym obietnicom, i zagłosował jedynie racjonalnie, czyli za podwyżką podatków.

Co będzie dalej?
Ano chyba debata budżetowa.
Jak wiele populizmu wyleje się wtedy z Sali Jana Pawła II, nikt tego dzisiaj nie wie.
Miastu potrzebna jest mądra dyskusja i decyzje mu służące, nie populizm. Idą ciężkie czasy, przed którymi, nie tylko ja, ostrzegano od wielu miesięcy.
A mimo tego obietnice „dostanie za darmo” nadal dawano.

To tak, jakby mówić że są „darmowe  obiady”. W dobrej restauracji. A jak nie ma, to każemy za nie komuś zapłacić. Najlepiej tym, którzy wzbogacili się na krzywdzie ludu pracującego.

Do socjalizmu jest tak blisko, jak nigdy nie było od 30 lat.



wtorek, 3 grudnia 2019

O nagrodach i wyróżnieniach


zdjęcie za hej.mielec

Jestem zadowolony, że Rada Miasta Mielca, jej członkowie, potrafili wznieść się ponad indywidualne i partyjne zawiści i uhonorowali tytułem Honorowego Obywatela Miasta Mielca panów Kazimierskiego i Latę. Było może łatwiej, bo i postacie nie budziły kontrowersji.

Tym samym – jak mniemam – władze Mielca wróciły do zarzuconej lata temu tradycji wyróżniania tych spośród mielczan, którzy na wyróżnienie zasługują, którzy swoją działalnością przyczynili się do rozsławienia Mielca i do budowy jego tkanki, tak społecznej i kulturowej, jak i materialnej.

To wydarzenie, dziejące się na posiedzeniu Rady Miasta, to jakiś przełom w wieloletniej tradycji niewyróżniania nikogo.
Niewyróżniania czy to dlatego, żeby nie narazić się niewyróżnionym, a tych z oczywistych powodów będzie większość, czy to ulegając własnym egoistycznym myślom, że jak nie ja, to i nie on.

Dzisiaj prawie wszystkie nagrody i wyróżnienia, rozdawane z wielką pompą, w bogatym, często kapiącym złotem, otoczeniu, w towarzystwie bardziej lub mniej znanych celebrytów, kupuje się za większą lub mniejszą kasę.
Szarzy obywatele najczęściej o tym nie wiedzą i rozdziawiają usta w podziwie, że znowu ktoś tam, został za coś tam, najczęściej definiowane bardzo ogólnie, wyróżniony, a kolejny puchar, czy dyplom, czy  jakiś wymyślny order, wręczał mu sam pan minister, albo prezydent kapituły, albo jakiś najbogatszy w otrzymane wcześniej wyróżnienia.

Ale do rzeczy.
Ludzie żyją i pracują. Większość pracuje dla siebie i swojej rodziny. I obojętne jest im publiczne uznanie, nawet jak swoją pracą czy wychowaniem dzieci też odrobinę przyczyniają się do rozwoju miasta. Mniejszość ma od losu czy Opatrzności tę szansę, by – nawet pracując dla siebie i rodziny – pracować także dla innych i dla miasta i jego mieszkańców, zostawiając po sobie mniejszy czy większy ślad w pamięci Miasta. 

Rolą i obowiązkiem władz miasta, Pana Prezydenta, Rady Miasta, jest te ślady utrwalać. Obowiązkiem jest budować wspólną, mielecką pamięć wszystkich mielczan.
I robić to uczciwie, wznosząc się ponad podziały polityczne i osobiste animozje.

Ja wiem, człowiek jest tylko człowiekiem, z całym wachlarzem wad i przywar
Taki organ jak Rada Miasta może być tych wad i przywar kumulacją. Może, ale nie musi.
Bo to może być tak jak z wypadkowym wektorem sił ciągnących w różnych kierunkach. Może on działać we właściwa stronę.
Ja liczę bardziej na zbiorową mądrość Rady i Prezydenta, niż na jej zbiorową głupotę.
Liczę na to, że w takich sprawach jak nagradzanie mielczan nie będzie dyscypliny partyjnej, a wyłącznie osobiste przemyślenia. Że nie wstanie jeden "mądry" i powie – na tego nie głosujemy. Tylko na tamtego.
Jak to się dzieje w innych organach przyznających wyróżnienia, zdominowanych przez jedną wielką siłę, niekoniecznie niezależną, nieinteresowną i budującą.

Tylko że takie działanie, jak z panami Latą i Kazimierskim może być wyłącznie jednorazowe. Jak nie ujmiemy zasad nagradzania w dokładne przepisy, regulaminy, jak nie określimy, komu za co, kiedy, jak nie określimy kto i w jaki sposób nominuje i wybiera, to za chwilę uczynimy tytuł Honorowego Obywatela Miasta Mielca na równi z takimi półprywatnymi nagrodami jak Mielczanin Roku – Skałka Korso, Pieczęć Zasług Obywatelskich Sigillum Meriti Civilis (którą zresztą kiedyś tam wymyśliłem), czy Albertus.
Nawet jak zapomnimy na chwilę, że Honorowym Obywatelem Mielca jest też Lech Wałęsa. Powinien on być przestrogą przed upolitycznianiem tytułu, przez szybkim, okolicznościowym, na potrzeby chwili, działaniem.

Jeśli już tych różnych nagród w Mielcu jest kilka, to każda z roku na rok zatraca się w powszedniości, bylejakości i niebycie, niezależnie od medialnego nagłośnienia i siły przebicia ich fundatorów. Czekam, kiedy nagrody te utworzą swoiste zamknięte koło nagradzania samych swoich i siebie samych. Obym tego nie doczekał.

Jedynie zbiorowa nagroda przyznawana pośród sporów, ale wierzę też że w zbiorowej mądrości Rady i Prezydenta, według ściśle określonych reguł, może mieć jakąś wartość na długi czas.
Oczywiście będzie taką nagrodą tytuł Honorowego Obywatela, ale ileż takich honorowych obywateli można stworzyć, by nagrody nie zabić, by jej nie wdeptać w ziemię. Niewiele.
Dlatego widzę pilna potrzebę ustanowienia jakiegoś wyróżnienia przyznawanego corocznie przez Radę i Prezydenta, albo przez Radę na wniosek Prezydenta, za działalność gospodarczą, społeczną i kulturalną.

Pokłóćcie się bardzo, ale wybierzcie kogoś, kogo większość mielczan uzna za godnego wyróżnienia.
I zapiszcie jego nazwisko w kronice Mielca na tzw. „wieczne czasy”.


Ps. Dla mnie wzniesieniem się ponad uprzedzenia i zapamiętane urazy, będzie jakaś forma docenienia pana Dyrektora Ryczaja, który bardziej jeszcze przyczynił się do budowy sportu w Mielcu niż obaj nowi Honorowi Obywatele, a wszyscy zgodnie milczą na jego temat, rżnąc głupa. Jak obecni włodarze nie chcą ulicy prez. Kozdęby, łączącej Witosa i Inwestorów, dajmy jej imię Tadeusza Ryczaja.


Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?

  Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?   Skończyły się Dni Mielca. Ponoć były fantastyczne. A już występ pani Chylińskiej –...