Myślę, że już najbardziej niezorientowani w tym, co się dzieje w kraju i Mielcu zrozumieli, że kryzys w służbie zdrowia, także kryzys wokół mieleckiego szpitala, ma podłoże strukturalne, którego korzenie sięgają Warszawy. I to nawet nie Ministerstwa Zdrowia.
Że po to, aby było lepiej, bo przecież nie dobrze (choć bardzo bym tego chciał), nie wystarczy wymienić Starostę w prowincjonalnym powiecie, na inną osobę, która bardzo chce tego stanowiska, a która niczym szczególnym się na tym stanowisku nie wykazała wcześniej, żeby nagle nasz mielecki szpital dostał skrzydeł, przestał się zadłużać, zaczłą działać tak, ze wszystkich zadowoli. Także swoich pracowników i związkowców.
Że nie wystarczy wymieniać wszystkich po kolei starostów we wszystkich prowincjonalnych powiatach, wraz z radami powiatów, którzy tych starostów wybierają, by się skończyły problemy ze służbą zdrowia.
Bo takie wymiany tylko pogorszą sytuację.
Bo ci, którzy przyjdą, nie będą na pewno Salomonami. Nie naleją z pustego. Chociaż czy z pustego? No właśnie.
Może należałoby powiedzieć raczej, że bez centralnego wsparcia kolejni dyrektorzy szpitali i starostowie nie zaczną inaczej rozlewać z tego naczynia, do którego co raz my wszyscy, Polacy, dolewamy, a które wciąż wydaje się – jeśli nie puste – to jednak bardzo niepełne.
Nie będę się wymądrzał z tym dolewaniem, jak niektórzy mądrzy, którzy uważają, że jak się zmieni Starostę, to sobie doleją. Nie wiem, co jest głównym problemem mieleckiego szpitala. Czy za wysokie zarobki lekarzy, czy personelu średniego, czy błędy organizacyjne i zarządcze.
Nie wiem.
Są do tego mądrzejsi, choć przypuszczam, że mają związane ręce różnymi sznurkami i linami i nie mogą zrobić, tego, co chcieliby.
Nie przyłączę się do tego chóru centralnego, podającego na tacy szokujące przykłady, że wszystkiemu są winni za dużo zarabiający lekarze.
Może gdzieś tam, nie wiem, czy w Mielcu.
Choć powiem, że miałem wymianę poglądów z jednym z naszych lekarzy, gdy napisałem, że każda kobieta w ciąży winna mieć dostęp do bezpłatnego lekarza ginekologa. Nic więcej nie powiedziałem. Nie pytałem o zarobki. Ale chyba się nie zrozumieliśmy.
Ale żeby nie było, że na kogoś nastaję, to powiem, że po wielu latach leczenia moja córka mogła urodzić dzieci dzięki wielkiej przenikliwości dr Gruszeckiego. I to jego nietypowe badanie inna, śląska firma, wprowadziła do standardu leczenia. I na zawsze będziemy o tym pamiętać.
Ale wróćmy do referendum i naszego szpitala.
Napisałem w poprzednim felietonie, że nie wierzę w połączenie ze szpitalem Klinicznym w Rzeszowie. Ale napisałem też, że nie wierzę, że uda się przeprowadzić konsolidację (czyli restrukturyzację) wewnętrzną. Nie uda się, bo z rąk dyrekcji szpitala nie opadną te liny, które ją krępują. Czyli mówiąc po prostu i brutalnie, załoga nie zgodzi się na cięcia. Przede wszystkim płac i organizacyjne.
Chciałbym się bardzo mylić.
Ale jaki z tego wniosek wynika dla mieszkańców powiatu?
Olejcie, mówiąc brutalnie, referendum i tych, którzy bardzo chcą władzy.
Oczekujcie, ze jednak uda się restrukturyzacja wewnętrzna i pokażcie swoje oczekiwanie tak wobec Dyrekcji Szpitala, jak i jego pracowników.
Bo chcemy mieć dobry, mielecki szpital.
A środkiem do tego nie jest zmiana jednego polityka na drugiego.
Ps. Nie ukrywam, ze oczekuję bardzo drastycznych działań w sprawie reformy służby zdrowia ze strony premiera Tuska. Bo ten kryzys jest najpoważniejszym testem dla niego i dla KO.
Tyle tylko , że my jesteśmy tu, u siebie, w Mielcu i powiecie. Chcemy reformy szpitala, nie politycznej rozróby.
Olejcie referendum.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz