wtorek, 16 listopada 2021

Mieleccy Żydzi na granicy polsko białoruskiej, czyli o klęsce informacyjnej rządu

 

Zdjęcie za Wiadomości - Gazeta

W ostatnich godzinach byłem uczestnikiem dyskusji, która - trochę wbrew zamierzeniom autorki postu - połączyła w sobie los kurdyjskich emigrantów na granicy polsko białoruskiej z losem mieleckich Żydów, deportowanych ze swoich domów na mieleckie lotnisko w dniu 9 marca 1942 roku. Dodam tu, że byłem uczestnikiem potępionym za swoje stanowisko (wraz z jeszcze jedną osobą) przez w zasadzie wszystkich uczestników dyskusji.

Zaczęło się od postu Pani Izabeli Sekulskiej, (osoby niezwykle zasłużonej dla ochrony dziedzictwa mieleckich Żydów i niezwykle uczulonej na krzywdę innych, co podkreślam na początku), która porównała cierpienia emigrantów, marznących, a nawet umierających w lasach Białorusi, do cierpień i śmierci mieleckich Żydów, spędzających kilka pierwszych dni po deportacji, w głodzie i ogromnym chłodzie, zimnie, w hangarach mieleckiego lotniska.

Jakoś dziwnym trafem nikt, szczególnie spośród przejętych losem uchodźców pań, co może mniej dziwi, ale także, nad czym bardzo boleję, znawców problematyki żydowskiej w Mielcu, nie zauważył niestosowności porównania tych dwu sytuacji i nie zwrócił autorce uwagi.

Tylko ja – i jak pisałem, jeszcze druga osoba, wyglądająca na wtyczkę narodowców  w facebookowej grupie Mayn Shtetele Mielec – podnieśliśmy niestosowność porównania losu uchodźców z losem Żydów mieleckich, ofiar Akcji Reinhardt.

Bo można nie lubić rządu PiS, a takie odczucia chyba ma większość dyskutantów, można współczuć z ciężkim, tragicznym losem emigrantów, cynicznie wykorzystywanych w jakiegoś rodzaju wojnie hybrydowej, szukających w rozpaczy, czy z determinacją, swojego miejsca w lepszym europejskim świecie, można wspominać nasze polskie emigracje za chlebem i pieniędzmi, ale to nie zwalnia od stawiania podstawowych pytań i prób udzielania na nie odpowiedzi.

W końcu, po bardzo gorącej wymianie zdań,  post został skasowany przez właścicielkę, zaś niektórzy z dyskutantów w dalszej wymianie poglądów uzasadnili swoje milczenie, lepiej lub gorzej, głównie błędną polityka rządu.

Bo błędów popełniono wiele. Głównie po stronie rządu, ale także po stronie środowisk czy ludzi broniących emigrantów.

Zacznijmy od tych drugich. Nie będę się znęcał nad durnym posłem Starczewskim czy jakąś posłanką z lewicy. Ograniczę się do naszego podwórka.

Niezależnie od tego, jak bardzo współczujemy i chcemy pomóc emigrantom, choćby tylko gadaniem i pisaniem, wielkim błędem jest przyrównywanie niewątpliwych cierpień, szczególnie kobiet i dzieci na granicy, do cierpień Żydów wysiedlanych z Mielca w ramach Akcji Reinhardt. Jest co najmniej z dwu powodów nieuzasadnione. Po pierwsze sytuacja jednych i drugich jest zupełnie różna i chyba nie muszę tego twierdzenia rozwijać.

Po drugie posługując się takim argumentem szkodzimy sprawie upamiętniania mieleckich Żydów, jakie od lat prowadzą niektórzy mielczanie, a od dwóch lat z wielkimi sukcesami Pani Izabela.

Bardzo wiele osób jednak, nie tylko Pani Izabela, uważa, że imigrantom atakującym granicę polski należy pomóc. I że w tej sprawie jest robione zbyt mało.

Bardzo mądrze napisał o tym jeden z dyskutantów: Oczywiście że ja nigdy nie zestawiłbym obok siebie akcji Reinhardt i sytuacji migrantów na granicy, doskonale rozumiejąc intencje Izabeli Sekulskiej, a rozumiem także tych, których takie zestawienie tych dwóch tak różnych sytuacji obok siebie oburza. Mimo iż cierpienie jest cierpieniem , ból bólem , zimno zimnem a głód głodem . (…) Obojętnie jakie słowa tu padły to ja myślę że za wszystkimi kryje się pragnienie prawdy , wrażliwość na krzywdę , potrzeba sprawiedliwości . Ludzie widzą różnie tę samą sprawę bo patrzą na nią z innej perspektywy , przez inny pryzmat wiedzy , doświadczeń , faktów i emocji .

Jednocześnie dyskutanci zwracają uwagę na główną przyczynę takiego stanu rzeczy, czy raczej rozbieżności w ocenie sytuacji. Tą przyczyną jest fatalna polityka rządu. I ja się z nimi zgadzam, choć niekoniecznie w poszczególnych jej elementach.

Bo generalnie postulują wpuszczenie imigrantów. Jak pisze jeden z panów „Powinniśmy otworzyć przejścia graniczne z Białorusią i w sposób cywilizowany przejąć tych uchodźców do obozów dla uchodźców, gdzie mogli by złożyć wniosek o azyl. Teraz nie mają takiej możliwości i dlatego siłowo przekraczają granicę. Ci co chcieliby zostać w Polsce to umożliwić im to (bez przymusowego chrztu), bo siła robocza jest nam bardzo potrzebna. Ci co nie chcą tego zrobić powinni być wysłani samolotami do swojego kraju”.

Nikt nie mówi, że jesteśmy do tego zupełnie nieprzygotowani. Już obecnie w ośrodkach (nie obozach) dla uchodźców przebywa ponoć ponad 1000 osób (informacja Straży Granicznej). Niedługo będzie otwarty po remoncie ośrodek chyba w Ostrołęce, gdzie będzie kilkadziesiąt miejsc. A emigrantów są tysiące, kilkanaście tysięcy. Ludzie mówią o „korytarzu humanitarnym” , nie rozumiejąc, czym on właściwie jest. Wielu się wydaje, ze to przepuszczenie  ludzi z Białorusi przez Polskę do Niemiec. Nic bardziej mylnego. Prawo zabrania takiego działania, a nie słyszałem również, by Niemcy zadeklarowali chęć przyjmowania poza prawem. Jedna pani burmistrz miasta z Bawarii to za mało. Szef rządu Bawarii powiedział, że jakby chcieli ich u siebie, to by ich nie wozili przez Białoruś.

Tak więc te – może z serca płynące – propozycje są nie do zrealizowania w obecnej sytuacji.

Podnosi się brak umiędzynarodowienia konfliktu. I tu chyba leży pies pogrzebany.

 Dłuższy czas rząd i PiS chciały i były przekonane, że potrafią sprawę załatwić sami. W sytuacji permanentnego konfliktu z Unią, niewypełniania kolejnych wyroków TSUE, antyunijnej i antyniemieckiej propagandy, długi czas nie poproszono o pomoc. Ani Frontexu, ani unijnych, prawdopodobnych wtedy, sojuszników.

Jak to się skończyło? Ano pokazano rządowi i PiS gdzie jest nasze miejsce jako Polski. Angela Merkel rozmawia z Łukaszenką, a Emanuel Macron z Putinem. I prawdopodobnie załatwią, że  na Białoruskiej granicy za jakiś czas nie będzie nikogo. Że ten płot, który zbudujemy, zupełnie nie będzie potrzebny.

Mnie, jako Polakowi, jest strasznie przykro z tego powodu. Ale nie będę krzyczał o nowej Jałcie. Zapracowaliśmy sobie solidnie na to. I gdzie teraz uciekać z tej wrednej Unii? Do kogo się przytulić, jak nawet USA nas leje?

A jak jeszcze zabraknie nam gazu, po zamknięciu Jamału? To dopiero będzie bal.

No i ostatni element błędnej polityki rządu – polityka informacyjne. Świat dostaje przekaz tylko z mediów Białorusi i Rosji oraz od światowych mediów rozmieszczonych po stronie białoruskiej.

Rząd zablokował granicę przed jakimikolwiek mediami, stąd zapewne tak duża porcja niewiary w tej części Polaków, którzy nie oglądają tylko TVP. Zresztą TVP także nie ma prawa do wysyłania tam swoich dziennikarzy.

Rządowa propaganda robi nas na powrót przedmurzem Europy, fakt, już nie chrześcijańskiej. Zamiast powiedzieć, że najzwyczajniej nie mamy potencjału do wchłonięcia takiej liczby emigrantów w krótkim czasie, rząd woli straszyć społeczeństwo dzikimi hordami, zresztą nie bez pomocy rozwścieczonych emigrantów i cynicznych służb KGB Białorusi, szczujących młodych ludzi do ataków na Polskę.

Episkopat mówi o korytarzach humanitarnych, nie dodając, że pełną opdowiedzialnośc za korytarz, za ludzi nim ściąganych, za ich utrzymanie w kraju docelowym, nie płaci rząd, ale organizacje, które korytarz organizują.  Pierwszy taki korytarz zorganizowała organizacja katolicka Saint Egidio. Tą drogą ściągnięto ok 1000 osób, naprawdę zagrożonych w swoich krajach. Jak to się ma do kryzysu na polskiej granicy? Ano nijak.

 

Stąd, z tego braku wiarygodnej, pełnej informacji, się biorą tak dramatyczne wpisy, jak ten Pani Izabeli.

To pokazuje także, jak coraz bardziej rząd, ale też i Kościół, przegrywa walkę o społeczeństwo.

 

piątek, 12 listopada 2021

Czy wciąż rozwijają się (nam) skrzydła?

 

Przeżyłem całkiem ciekawie ostatnie 25 lat pracy zawodowej. Całe 14 lat w Agencji Rozwoju Przemysłu, twórczyni o zarządzającej dwiema ważnymi specjalnymi strefami ekonomicznymi, i ponad 10 w InterPhone Service Sp. z o.o., w tym przez 9 lat jako jej prezes.

To były lata nieustannego wzrostu gospodarczego i społecznego naszego kraju, naszego miasta, w czym miałem maleńki, ale jednak, udział.

Miał pełne prawo Pan Prezydent Chodorowski, którego roli w rozwoju Mielca nie da się przecenić, w haśle opisującym najkrócej nasze miasto, powiedzieć: „Tu rozwijają się skrzydła”.

Bo rzeczywiście się rozwijały. U wielu i w wielu miejscach.

Z pozytywnych skutków tych wzlotów miasta i poszczególnych jego organizmów, gospodarczych czy społeczno kulturalnych, korzystamy do dzisiaj. Nawet jak wielu malkontentów próbuje te osiągnięcia dezawuować czy wręcz podważać.

Oczywiście nasze miasto rozwijało się w towarzystwie całego kraju, który także „wzlatywał”, rozwijał skrzydła.

Do niedawna nie śmiałbym tego pisać w felietonie, bo zaraz różne sępy, nie mając merytorycznych argumentów, wywlokłyby mi moją przeszłość, ale zawsze uważałem, że najbardziej prokapitalistycznym, prorozwojowym i  proinwestorskim rządem w Polsce był rząd Leszka Millera i SLD, który stworzył podstawy nowoczesnej gospodarki kapitalistycznej.

Powód, że teraz o tym odważam się mówić, jest prosty – to samo powiedział pan prezes Roman Kluska w czasie wykładu w Toruniu w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej.

Lata 2001 do 2005 wspominam jako czas eksplozji przedsiębiorczości, w tym rozwoju specjalnych stref ekonomicznych, które rząd AWS omalże chciał likwidować.

Mielec miał szczęście i miał ludzi. To była „ludzka pozostałość” po upadłej WSK, tak dzisiaj lekceważonej, ale także wsparcie w Warszawie poprzez ARP S.A. ale i naszych ludzi w ministerstwach.

Jeśli ktoś miał nadzieję, że Mielec dorówna Rzeszowowi, to oczywiście był fantastą, ale nasze miasto zdobyło o wiele więcej niż inne, podobnej wielkości i potencjału, ośrodki miejskie. Nasze miasto wykorzystało sprzyjające prądy powietrzne w polityce i gospodarce do wznoszenia się „ponad poziomy” i rozwinęło, wraz ze swoimi mieszkańcami, skrzydła.

Piszę te wzniosłe słowa celowo, by postawić tym bardziej ostro pytanie o stan obecny.

Bo po panu Chodorowskim przyszedł młody prezydent z wizją – i przez jakiś czas mu pozytywnie towarzyszyłem w jego drodze – pan Daniel Kozdęba. Nie bał się wyzwań i chciał zrobić wiele. Niestety, nie wyszło. Choroba i śmierć były silniejsze.

Ale trzeba docenić to, że chciał utrzymać Mielec w wysokim locie. Oczywiscie, można dziś pytać, czy nawet gdyby nie umarł, udałoby mu się? Bo jednak otoczenie radykalnie się zmieniło. Zaczął rządzić PIS. O ile pierwszy rząd PiS u z Zytą Gilowską nie za bardzo odbiegał w gospodarce od swego poprzednika, to po doświadczeniach lat opozycji i wyczuciu zmieniających się oczekiwań społecznych, kolejne rządy Kaczyńskiego poszły w populizm czy też polski socjalizm, zależy jak czytać.

I teraz mamy w Mielcu prezydenta, który – w moim odczuciu – nie ma żadnej wizji dalszego rozwoju miasta i tylko administruje masą otrzymaną w spadku po poprzedniku, a jedyne zauważone przeze mnie jego aktywności to walka z promieniowaniem elektromagnetycznym, zaskarżenie uchwały Rady Miasta o nieudzieleniu mu wotum zaufania, tudzież wycofanie się z propagowania szczepień na covid, w czym upodobnił się do PiSu. No i utrata większości w Radzie, poprzez utratę swoich własnych radnych.

To oczywiście nie przesądza, że Mielec nagle zacznie pikować w rozwoju w dół. Procesy gospodarcze są na lata, nic się nie dzieje z dnia na dzień. Wiemy jednak, że potencjał, jaki dawała miastu specjalna strefa, już nie wzrasta, choć jeszcze stabilnie trwa, ale co będzie dalej?

To dalej to także polityka rządu. Potrzeba pieniędzy dla swojego, głównie wiejskiego i emeryckiego elektoratu, spowoduje,, że skądś je trzeba będzie wziąć. Samorządy będą ofiarą tej polityki. Akurat mielecki samorząd nie jest pisowski, więc z pieniędzmi może być gorzej niż gdzie indziej. Choćby w Stalowej Woli, która wydaje kasę na prawo i lewo.

Bo do tego dochodzi jeszcze problem – pozostając przy terminologii mielecko lotniczej – czy obecny rząd także nadal będzie „rozwijał skrzydła” Czy niebawem przejdzie w lot nurkowy do ziemi. I to nie po nową zdobycz, wbrew pozorom.

Bo rozkręcona spirala inflacyjna ma szansę na dalszą ekspansję, której nie będzie już można zatrzymać, co przyznają nawet tacy ekonomiści neutralnie nastawieni do rządu jak prof. Bugaj. Do tego skonfliktowanie już z całą prawie Unią i USA, w czasie gdy Białoruś nam wydała wojnę. Wstyd poprosić o pomoc, bo Unia też czegoś od nas chce. Można by wpuścić imigrantów, bo i tak chcą do Niemiec, ale co powie pisowski elektorat, tak bardzo przerażony pisowską wersją „dzikich hord”, a poza tym Niemcy mogą nam tych ludzi odesłać i to dopiero będzie problem.

Wbrew wielu analitykom twierdzącym, że PiS jest odporny wyborczo na wszelkie wpadki, ja wcale tak nie myślę i zakładam, że może nastąpić zbieg okoliczności, który zabierze PiS władze. Czy to będzie lepiej, nie wiem, patrząc na jakość opozycji. Ale pewnie inaczej. Zrobią znowu swój Sąd Najwyższy i swój Trybunał, co Unia oczywiście klepnie, i wszystko zacznie się od nowa. Cały młyn.

I gdzie my będziemy ze swoim Mielcem, nie posiadającym wizji co dalej, ze swoją walką z 5G, i swoją zapełnioną strefą, z której i kolejny rząd będzie chciał wyciągnąć jak najwięcej.

Bo dla zapewnienia spokoju elektoratu trzeba będzie wziąć skądś pieniądze.

Bo – niezależnie od powyższych narzekań -  czy nie macie jednak Państwo wrażenia, że w ostatnich kilkunastu miesiącach Mielec zamarł w jakimś polityczno – kulturalno -  społecznym bezruchu? I od razu powiem, bo trzeba, że nie łączę tego z pandemią, która może być usprawiedliwieniem wszystkiego i która rzeczywiście spowolniła pewne procesy społeczne.

Oczywiście odbywają się jakieś spotkania polityczno towarzyskie, jakieś promocje, na których promują się głównie wciąż ci sami działacze społeczni, jakieś posiedzenia rad, takich czy innych, z których niewiele wynika, jakieś zmiany przynależności partyjnej, próby kaperowania do nowych tworów politycznych, itd., itp.

Ale czy widzieliście Państwo kogoś z wizją? Kogoś, kto nie tylko pyskuje na konkurenta politycznego, ale mówi coś konstruktywnego? Kogoś, komu by można zaufać i wybrać, czy do Sejmu, czy do rządzenia miastem?

Przyznam, że ja nie widzę nikogo takiego.

Czy jeszcze szybujemy wysoko, czy już powoli kończą się prądy wstępujące i zaczniemy zniżanie, by wreszcie zacząć pikować?

PS. Nie znam się na piłce nożnej, ale zadziwia mnie – z tego co czasem słyszę - fenomen Stali Mielec. Ona dostała skrzydeł/ Oby utrzymała wznoszenie i oby to był dobry prognostyk dla miasta

 

środa, 10 listopada 2021

….. rozwijają się skrzydła?

Los i Bóg dali mi szansę przeżyć całkiem ciekawie ostatnie 25 lat. Całe 14 lat w Agencji Rozwoju Przemysłu, twórczyni o zarządzającej dwiema ważnymi specjalnymi strefami ekonomicznymi, i ponad 10 w InterPhone Service Sp. z o.o., w tym przez 9 lat jako jej prezes.

To były lata nieustannego wzrostu gospodarczego i społecznego naszego kraju, naszego miasta, w czym miałem maleńki, ale jednak, udział.

Miał pełne prawo Pan Prezydent Chodorowski, którego roli w rozwoju Mielca nie da się przecenić, w haśle opisującym najkrócej nasze miasto, powiedzieć: „Tu rozwijają się skrzydła”.

Bo rzeczywiście się rozwijały. U wielu i w wielu miejscach.

Z pozytywnych skutków tych wzlotów miasta i poszczególnych jego organizmów, gospodarczych czy społeczno kulturalnych, korzystamy do dzisiaj. Nawet jak wielu malkontentów próbuje te osiągnięcia dezawuować czy wręcz podważać.

Oczywiście nasze miasto rozwijało się w towarzystwie całego kraju, który także „wzlatywał”, rozwijał skrzydła.

Do niedawna nie śmiałbym tego pisać w felietonie, bo zaraz różne sępy, nie mając merytorycznych argumentów, wywlokłyby mi moją przeszłość, ale zawsze uważałem, że najbardziej prokapitalistycznym, prorozwojowym i  proinwestorskim rządem w Polsce był rząd Leszka Millera i SLD, który stworzył podstawy nowoczesnej gospodarki kapitalistycznej.

Powód, że teraz o tym odważam się mówić, jest prosty – to samo powiedział pan prezes Roman Kluska w czasie wykładu w Toruniu w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej.

Lata 2001 do 2005 wspominam jako czas eksplozji przedsiębiorczości, w tym rozwoju specjalnych stref ekonomicznych, które rząd AWS omalże chciał likwidować.

Mielec miał szczęście i miał ludzi. To była „ludzka pozostałość” po upadłej WSK, tak dzisiaj lekceważonej, ale także wsparcie w Warszawie poprzez ARP S.A. ale i naszych ludzi w ministerstwach.

Jeśli ktoś miał nadzieję, że Mielec dorówna Rzeszowowi, to oczywiście był fantastą, ale nasze miasto zdobyło o wiele więcej niż inne, podobnej wielkości i potencjału, ośrodki miejskie. Nasze miasto wykorzystało sprzyjające prądy powietrzne w polityce i gospodarce do wznoszenia się „ponad poziomy” i rozwinęło, wraz ze swoimi mieszkańcami, skrzydła.

Piszę te wzniosłe słowa celowo, by postawić tym bardziej ostro pytanie o stan obecny.

Bo po panu Chodorowskim przyszedł młody prezydent z wizją – i przez jakiś czas mu pozytywnie towarzyszyłem w jego drodze – pan Daniel Kozdęba. Nie bał się wyzwań i chciał zrobić wiele. Niestety, nie wyszło. Choroba i śmierć były silniejsze.

Ale trzeba docenić to, że chciał utrzymać Mielec w wysokim locie. Oczywiscie, można dziś pytać, czy nawet gdyby nie umarł, udałoby mu się? Bo jednak otoczenie radykalnie się zmieniło. Zaczął rządzić PIS. O ile pierwszy rząd PiS u z Zytą Gilowską nie za bardzo odbiegał w gospodarce od swego poprzednika, to po doświadczeniach lat opozycji i wyczuciu zmieniających się oczekiwań społecznych, kolejne rządy Kaczyńskiego poszły w populizm czy też polski socjalizm, zależy jak czytać.

I teraz mamy w Mielcu prezydenta, który – w moim odczuciu – nie ma żadnej wizji dalszego rozwoju miasta i tylko administruje masą otrzymaną w spadku po poprzedniku, a jedyne zauważone przeze mnie jego aktywności to walka z promieniowaniem elektromagnetycznym, zaskarżenie uchwały Rady Miasta o nieudzieleniu mu wotum zaufania, tudzież wycofanie się z propagowania szczepień na covid, w czym upodobnił się do PiSu. No i utrata większości w Radzie, poprzez utratę swoich własnych radnych.

To oczywiście nie przesądza, że Mielec nagle zacznie pikować w rozwoju w dół. Procesy gospodarcze są na lata, nic się nie dzieje z dnia na dzień. Wiemy jednak, że potencjał, jaki dawała miastu specjalna strefa, już nie wzrasta, choć jeszcze stabilnie trwa, ale co będzie dalej?

To dalej to także polityka rządu. Potrzeba pieniędzy dla swojego, głównie wiejskiego i emeryckiego elektoratu, spowoduje,, że skądś je trzeba będzie wziąć. Samorządy będą ofiarą tej polityki. Akurat mielecki samorząd nie jest pisowski, więc z pieniędzmi może być gorzej niż gdzie indziej. Choćby w Stalowej Woli, która wydaje kasę na prawo i lewo.

Bo do tego dochodzi jeszcze problem – pozostając przy terminologii mielecko lotniczej – czy obecny rząd także nadal będzie „rozwijał skrzydła” Czy niebawem przejdzie w lot nurkowy do ziemi. I to nie po nową zdobycz, wbrew pozorom.

Bo rozkręcona spirala inflacyjna ma szansę na dalszą ekspansję, której nie będzie już można zatrzymać, co przyznają nawet tacy ekonomiści neutralnie nastawieni do rządu jak prof. Bugaj. Do tego skonfliktowanie już z całą prawie Unią i USA, w czasie gdy Białoruś nam wydała wojnę. Wstyd poprosić o pomoc, bo Unia też czegoś od nas chce. Można by wpuścić imigrantów, bo i tak chcą do Niemiec, ale co powie pisowski elektorat, tak bardzo przerażony pisowską wersją „dzikich hord”, a poza tym Niemcy mogą nam tych ludzi odesłać i to dopiero będzie problem.

Wbrew wielu analitykom twierdzącym, że PiS jest odporny wyborczo na wszelkie wpadki, ja wcale tak nie myślę i zakładam, że może nastąpić zbieg okoliczności, który zabierze PiS władze. Czy to będzie lepiej, nie wiem, patrząc na jakość opozycji. Ale pewnie inaczej. Zrobią znowu swój Sąd Najwyższy i swój Trybunał, co Unia oczywiście klepnie, i wszystko zacznie się od nowa. Cały młyn.

I gdzie my będziemy ze swoim Mielcem, nie posiadającym wizji co dalej, ze swoją walką z 5G, i swoją zapełnioną strefą, z której i kolejny rząd będzie chciał wyciągnąć jak najwięcej.

Bo dla zapewnienia spokoju elektoratu trzeba będzie wziąć skądś pieniądze.

Bo – niezależnie od powyższych narzekań -  czy nie macie jednak Państwo wrażenia, że w ostatnich kilkunastu miesiącach Mielec zamarł w jakimś polityczno – kulturalno -  społecznym bezruchu? I od razu powiem, bo trzeba, że nie łączę tego z pandemią, która może być usprawiedliwieniem wszystkiego i która rzeczywiście spowolniła pewne procesy społeczne.

Oczywiście odbywają się jakieś spotkania polityczno towarzyskie, jakieś promocje, na których promują się głównie wciąż ci sami działacze społeczni, jakieś posiedzenia rad, takich czy innych, z których niewiele wynika, jakieś zmiany przynależności partyjnej, próby kaperowania do nowych tworów politycznych, itd., itp.

Ale czy widzieliście Państwo kogoś z wizją? Kogoś, kto nie tylko pyskuje na konkurenta politycznego, ale mówi coś konstruktywnego? Kogoś, komu by można zaufać i wybrać, czy do Sejmu, czy do rządzenia miastem?

Przyznam, że ja nie widzę nikogo takiego.

Czy jeszcze szybujemy wysoko, czy już powoli kończą się prądy wstępujące i zaczniemy zniżanie, by wreszcie zacząć pikować?

PS. Nie znam się na piłce nożnej, ale zadziwia mnie – z tego co czasem słyszę - fenomen Stali Mielec. Ona dostała skrzydeł/ Oby utrzymała wznoszenie i oby to był dobry prognostyk dla miasta

 

 

 

niedziela, 7 listopada 2021

Covidowi Wszyscy Święci

 

Zdjęcie moje z mieleckiego cmentarza komunalnego

1 listopada, jak kraj długi i szeroki, wypełniają się cmentarze, a na nich tłumy ludzi, którzy przyszli lub przyjechali z dalekich stron, by uczcić pamięć swoich zmarłych bliskich.

W polskiej tradycji to święto równie ważne lub nawet ważniejsze jak Boże Ciało, przynajmniej jeśli chodzi o frekwencję i pamięć o nim, bo jednoczy zarówno wierzących jak i ludzi niewierzących.

Pamięć to pamięć. A każdy jest człowiekiem i w pamiętaniu bliskich wiara go nie wyróżnia.

 Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że to święto dla Polaków jest trzecie w hierarchii ważności po Wielkiej Nocy i Bożym Narodzeniu.

 Polacy mają także inną ważna cechę: intensywną i wciąż podgrzewaną pamięć o przodkach, którzy oddali życie w sprawie ważniejszej niż samo umieranie. Czcimy ich, budujemy pomniki, piszemy, świętujemy wreszcie rocznice z nimi związane.

 W ubiegłym roku zmarło z powodu epidemii covid sto kilkadziesiąt tysięcy osób. Rząd robił wszystko by tych ludzi uratować, a przynajmniej zmniejszyć ilość ofiar pandemii.

 Gdy porównamy liczbę zmarłych z powodu covida – a ten rok dołoży jeszcze kolejne dziesiątki tysięcy ofiar – choćby z liczbą 20 tysięcy pomordowanych lub zabitych żołnierzy wyklętych, i gdy skonstatujemy, że w tym dniu świątecznym nawet o nich przez moment nie wspomniano w żadnym medium ani w żadnej politycznej dyskusji, to  jasnym się staje, że nie cenimy ich śmierci, która niczemu nie służyła.

I niczemu i nikomu nie służąc do czegokolwiek, na dodatek nikogo niczego nie nauczyła, o czy, świadczy ilość szczepionych, głupie wypowiedzi premiera, ze żadnych ograniczeń się nie wprowadzi bo nie życzy sobie tego część społeczeństwa (głównie popierająca PiS).

 Te 130 tysięcy nadmiarowych śmierci okazało się zupełnie bezsensowne. No chyba żeby brać pod uwagę obniżenie wieku dożycia i wyższe emerytury dla przechodzących na nie w obecnym roku.

Ja wiem, że indywidualnie ludzi te śmierci swoich bliskich w dniu 1 listopada bardzo rozpamiętywali. Ja także pamiętałem o moich 6 znajomych leżących na mieleckim cmentarzu. Jednak nie było nawet krzyny zbiorowej refleksji o tak masowej daninie życia.

Ani w kościele (nie byłem na cmentarnym nabożeństwie), ani w TV, ani w Internecie czy jakiś formach organów prasowych.

Po prosu nie było tematu. Ja wiem, że dla rządzących to temat niewygodny, bo w jakiejś mierze odpowiadają za te śmierci, a na pewno będą bardziej odpowiadać za śmierci obecne, ale także dla opozycji ci covidowi zmarli są albo zupełnie obojętni, albo wręcz jej ciążą.

Dlaczego tak jest? Kult umarłego bohaterstwa wszystkiego nie tłumaczy.  Czy zaczailiśmy się ze swoim strachem, bo nie wiemy, jak będzie w czwartej fali i kolejnych i jak wielu z nas jeszcze odejdzie i nie śmiemy nawet zaproponować zbiorowego upamiętnienia ofiar?

 Sejm ustanowił niedawno kolejny dzień wolny od pracy w rocznicę wybuchu Powstania Wielkopolskiego, w którym zginęło 2261 osób, doceniając ważność tego powstania, jedynego wygranego (w bitwie o lotnisko w Ławicy  (1919) zdobyto największy łup wojenny w tysiącletniej historii polskiego oręża, sprzęt lotniczy o wartości 160–200 milionów marek, w tym ponad 300 samolotów), a o zbiorowej hekatombie covidowej nawet nie wspominamy.

Pewnie czekamy na finał. Niepewni zaszczepieni, na ile szczepionka ich ochroni, coraz bardziej zaniepokojeni antyszczepionkowcy, czy rzeczywiście ich wybór był właściwy. Wszak może wiedzą, że znany mielczanin, Jacek Polak zmarł na covid w tydzień po spotkaniu grupy antyszczepionkowców, która ponoć założył.

Może wtedy, jak wygramy z pandemią, jak będziemy wiedzieli, czy rację mieli zaszczepieni, czy ich adwersarze, jak śmierci będą rzadkie, wtedy przyjdzie czas na uczczenie tych co odeszli.

 

Czy już na kolejne Święto Zmarłych?

 

 

poniedziałek, 20 września 2021

Jeśli chcesz walczyć ze złem w Kościele (…) zadzwoń do TVN24

  

Ostatnie lata są dla mojego/naszego Kościoła latami trudnymi, że powiem eufemicznie. Pewnie inaczej o tych latach myśli część jego hierarchów, zadowolonych bardzo ze współpracy pisowskiego tronu i katolickiego ołtarza. Jednak tak kolejne kryzysy (o podłożu seksualnym czy przemocowym) jak i ogromny odpływ młodzieży z Kościoła (przy spadającej pobożności ludzi dorosłych) powinny być dla hierarchii alarmowym dzwonem Zygmunta albo czerwoną lampą o jasności Słońca. Czy są?

 W klasztorze dominikanów na Warszawskim Służewie miał miejsce wykład redaktora Tomasza Terlikowskiego w ramach konferencji „Wilki w owczej skórze. O nadużyciach władzy duchowej we wspólnotach kościelnych”.

Tak się stało, że wykład miał miejsce cztery dni po publikacji raportu o nadużyciach jednego z dominikanów, Pawła M., który to raport także bardzo krytycznie ocenia działania w tej sprawie władz zakonu w Polsce i postawy poszczególnych jego członków , ale i będące tego przyczyną wewnętrzne uwarunkowania strukturalne, organizacyjne, ludzkie i kanoniczne zakonu.

 Dominikanin Paweł M. tworzył wspólnoty modlitewne, które organizował na podobieństwo sekt, z absolutną dominacją przywódcy nad całym życiem członków tych wspólnot, z wykorzystaniem argumentów płynących z wiary i nauczania Kościoła katolickiego. Uzależniał od siebie ludzi w sposób totalny, decydując o każdym aspekcie ich życia. Jak piszą autorzy raportu, „stosował formy manipulacji duszpasterskiej, rodzącej następnie przemoc fizyczną i nadużycia seksualne”. Pomimo tego „przez następne lata przebywał w kolejnych wspólnotach klasztornych, okresowo sprawował sakramenty i nauczał, brał czynny udział w życiu zakonu, jak się później okazało, nie porzucając zachowań, które ostatecznie ponownie doprowadziły do wykorzystania seksualnego kolejnej osoby przy sposobności, jaką dało mu bycie kapłanem i dominikaninem”.

 

Czytam sobie ten raport i gdyby to był przypadek pojedynczy, niewarty byłby i czytania, i przejmowania się nim. W sukurs jednak przyszedł mi redaktor Terlikowski ze swoim wykładem.

Mówił o różnych technikach manipulacji, jakie stosują kapłani, najczęściej tzw. charyzmatyczni, w polskim Kościele. Podawał przykłady manipulacji, podobnych jak stosował Paweł M., ale i innych i jakoś niczym mnie nie zaskoczył.

Mówił – z wyczuwalną ironią w głosie – o wspólnotach w kościele francuskim, choć do wspólnoty wywiedzionej z jednej z nich należy, wymieniając seksualne nadużycia twórców wspólnot, Jeana Vaniera, współtwórcy Arki, Thomasa Philippe, jego mentora, twórcy „teorii”, że poprzez czyny natury seksualnej wobec dorosłych kobiet poszukiwał i przekazywał im doświadczenia mistyczne, czy ojciec Marie Dominique Philippe, założyciel wspólnoty św. Jana, który sam wykorzystał seksualnie 15 kobiet, a 20% braci w jego wspólnocie robiło to samo.

 Nawiązując do doświadczeń polskich, mówił o wspólnocie, a de facto sekcie, mającej na dodatek pozwolenie właściwego biskupa na działalność, w której kapłan decyduje kto z kim bierze ślub, jak ubierają się kobiety, gdzie kto pracuje, której członkowie mieszkają razem, i razem wychowują dzieci.

 Podkreślał nadrzędność własnej wolnej woli każdego człowieka, własnego prawa do podejmowania decyzji, nad decyzje narzucane przez kapłana, nawet w imię działania Ducha Świętego. Mówił o tym, każdy ma swoje zadania do spełnienia, i jeśli np. zabiera się - pod pozorem większego zaangażowania w działalność wspólnoty – czas, który ojciec czy matka mają poświęcić rodzinie, to jest to manipulacja i stawianie się kapłana w roli, której nie dostał od Boga.

 Bardzo krytycznie red. Terlikowski wypowiadał się o działalności Ruchu Odnowy w Duchu Świętym, oskarżając jego charyzmatycznych kapłanów o manipulowanie ludźmi.

 Tak Duch święty nie działa, mówił, by nagle np. 300 ludzi obecnych na spotkaniu wspólnoty, powalić na podłogę.

A bywa, że ludzie się miotają, tracą przytomność, wpadają w euforyczne stany, śmiech, płacz drżenie ciała, wydają z siebie dziwne dźwięki.

Czy to mówienie językami aniołów, jak chcą niektórzy, mówiąc o glosolalii, czy bełkot? Zdania są różne.

 Czy nie jest manipulacją mówienie rodzicom chorego dziecka: będziemy się razem za nie modlić, lekarz jest niepotrzebny, a gdy umiera, to oskarża się rodziców, że mieli za słabą wiarę?

 Redaktor Terlikowski, odpowiadając na pytania, powiedział, ze nie wierzył, ze taka komisja powstanie, a tym bardziej kosmosem dla niego było, że ktoś mógłby mu zaproponować bycie  jej przewodniczącym. Tym niemniej nie wyrażał nadziei na powstanie kolejnych komisji.

 Więcej, powiedział, że jak widzimy w Kościele dziejące się zło, powinniśmy starać się z nim walczyć. Jak? Raczej nie licząc na to, że wewnętrzne instytucje Kościoła nam w tym pomogą. Jak stwierdził, najlepiej będzie zadzwonić do TVN 24, bo na ogłoszenie w New York Times albo La Republika raczej nas stać nie będzie.  

 Nie zdążyłem, a może nie śmiałem, zadać Redaktorowi pytania o nadzieję. O to, czy jest nadzieja, że wyjdziemy, jako Kościół, z tej potęgującej się zapaści? I jak wyjdziemy? Skoro ruchy mające być motorem odnowy Kościoła, okazują się kamieniem u jego szyi.

 Lubiłem, i nadal lubię, msze święte u Dominikanów. Jest na nich tak inaczej niż w parafialnym kościele. Pytanie, czy warto za tę inność, za ciekawsze kazania, za taką rozmodloną atmosferę, za inne, piękne i dostojne pieśni, płacić taką wielką cenę, jak sekciarskie ekscesy niekontrolowanego przez nikogo ojca z zaburzeniami osobowości.

Bo mam wrażenie, ze stoimy, my, katolicy, pomiędzy dwiema skrajnościami: intelektualiści Dominikanie, ciągnący za sobą bagaż wielkiego indywidualizmu, ale potrafiący być super interesującymi, tak w naukach mszalnych jak i innych akcjach, a parafialny, szary ksiądz, dukający internetowe, nudne jak flaki z olejem, kazania, ale za to raczej przewidywalny aż do bólu.

I chyba trzeba wybrać środek. Bo jednak jakiś jest.  

 


 

Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?

  Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?   Skończyły się Dni Mielca. Ponoć były fantastyczne. A już występ pani Chylińskiej –...