piątek, 12 listopada 2021

Czy wciąż rozwijają się (nam) skrzydła?

 

Przeżyłem całkiem ciekawie ostatnie 25 lat pracy zawodowej. Całe 14 lat w Agencji Rozwoju Przemysłu, twórczyni o zarządzającej dwiema ważnymi specjalnymi strefami ekonomicznymi, i ponad 10 w InterPhone Service Sp. z o.o., w tym przez 9 lat jako jej prezes.

To były lata nieustannego wzrostu gospodarczego i społecznego naszego kraju, naszego miasta, w czym miałem maleńki, ale jednak, udział.

Miał pełne prawo Pan Prezydent Chodorowski, którego roli w rozwoju Mielca nie da się przecenić, w haśle opisującym najkrócej nasze miasto, powiedzieć: „Tu rozwijają się skrzydła”.

Bo rzeczywiście się rozwijały. U wielu i w wielu miejscach.

Z pozytywnych skutków tych wzlotów miasta i poszczególnych jego organizmów, gospodarczych czy społeczno kulturalnych, korzystamy do dzisiaj. Nawet jak wielu malkontentów próbuje te osiągnięcia dezawuować czy wręcz podważać.

Oczywiście nasze miasto rozwijało się w towarzystwie całego kraju, który także „wzlatywał”, rozwijał skrzydła.

Do niedawna nie śmiałbym tego pisać w felietonie, bo zaraz różne sępy, nie mając merytorycznych argumentów, wywlokłyby mi moją przeszłość, ale zawsze uważałem, że najbardziej prokapitalistycznym, prorozwojowym i  proinwestorskim rządem w Polsce był rząd Leszka Millera i SLD, który stworzył podstawy nowoczesnej gospodarki kapitalistycznej.

Powód, że teraz o tym odważam się mówić, jest prosty – to samo powiedział pan prezes Roman Kluska w czasie wykładu w Toruniu w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej.

Lata 2001 do 2005 wspominam jako czas eksplozji przedsiębiorczości, w tym rozwoju specjalnych stref ekonomicznych, które rząd AWS omalże chciał likwidować.

Mielec miał szczęście i miał ludzi. To była „ludzka pozostałość” po upadłej WSK, tak dzisiaj lekceważonej, ale także wsparcie w Warszawie poprzez ARP S.A. ale i naszych ludzi w ministerstwach.

Jeśli ktoś miał nadzieję, że Mielec dorówna Rzeszowowi, to oczywiście był fantastą, ale nasze miasto zdobyło o wiele więcej niż inne, podobnej wielkości i potencjału, ośrodki miejskie. Nasze miasto wykorzystało sprzyjające prądy powietrzne w polityce i gospodarce do wznoszenia się „ponad poziomy” i rozwinęło, wraz ze swoimi mieszkańcami, skrzydła.

Piszę te wzniosłe słowa celowo, by postawić tym bardziej ostro pytanie o stan obecny.

Bo po panu Chodorowskim przyszedł młody prezydent z wizją – i przez jakiś czas mu pozytywnie towarzyszyłem w jego drodze – pan Daniel Kozdęba. Nie bał się wyzwań i chciał zrobić wiele. Niestety, nie wyszło. Choroba i śmierć były silniejsze.

Ale trzeba docenić to, że chciał utrzymać Mielec w wysokim locie. Oczywiscie, można dziś pytać, czy nawet gdyby nie umarł, udałoby mu się? Bo jednak otoczenie radykalnie się zmieniło. Zaczął rządzić PIS. O ile pierwszy rząd PiS u z Zytą Gilowską nie za bardzo odbiegał w gospodarce od swego poprzednika, to po doświadczeniach lat opozycji i wyczuciu zmieniających się oczekiwań społecznych, kolejne rządy Kaczyńskiego poszły w populizm czy też polski socjalizm, zależy jak czytać.

I teraz mamy w Mielcu prezydenta, który – w moim odczuciu – nie ma żadnej wizji dalszego rozwoju miasta i tylko administruje masą otrzymaną w spadku po poprzedniku, a jedyne zauważone przeze mnie jego aktywności to walka z promieniowaniem elektromagnetycznym, zaskarżenie uchwały Rady Miasta o nieudzieleniu mu wotum zaufania, tudzież wycofanie się z propagowania szczepień na covid, w czym upodobnił się do PiSu. No i utrata większości w Radzie, poprzez utratę swoich własnych radnych.

To oczywiście nie przesądza, że Mielec nagle zacznie pikować w rozwoju w dół. Procesy gospodarcze są na lata, nic się nie dzieje z dnia na dzień. Wiemy jednak, że potencjał, jaki dawała miastu specjalna strefa, już nie wzrasta, choć jeszcze stabilnie trwa, ale co będzie dalej?

To dalej to także polityka rządu. Potrzeba pieniędzy dla swojego, głównie wiejskiego i emeryckiego elektoratu, spowoduje,, że skądś je trzeba będzie wziąć. Samorządy będą ofiarą tej polityki. Akurat mielecki samorząd nie jest pisowski, więc z pieniędzmi może być gorzej niż gdzie indziej. Choćby w Stalowej Woli, która wydaje kasę na prawo i lewo.

Bo do tego dochodzi jeszcze problem – pozostając przy terminologii mielecko lotniczej – czy obecny rząd także nadal będzie „rozwijał skrzydła” Czy niebawem przejdzie w lot nurkowy do ziemi. I to nie po nową zdobycz, wbrew pozorom.

Bo rozkręcona spirala inflacyjna ma szansę na dalszą ekspansję, której nie będzie już można zatrzymać, co przyznają nawet tacy ekonomiści neutralnie nastawieni do rządu jak prof. Bugaj. Do tego skonfliktowanie już z całą prawie Unią i USA, w czasie gdy Białoruś nam wydała wojnę. Wstyd poprosić o pomoc, bo Unia też czegoś od nas chce. Można by wpuścić imigrantów, bo i tak chcą do Niemiec, ale co powie pisowski elektorat, tak bardzo przerażony pisowską wersją „dzikich hord”, a poza tym Niemcy mogą nam tych ludzi odesłać i to dopiero będzie problem.

Wbrew wielu analitykom twierdzącym, że PiS jest odporny wyborczo na wszelkie wpadki, ja wcale tak nie myślę i zakładam, że może nastąpić zbieg okoliczności, który zabierze PiS władze. Czy to będzie lepiej, nie wiem, patrząc na jakość opozycji. Ale pewnie inaczej. Zrobią znowu swój Sąd Najwyższy i swój Trybunał, co Unia oczywiście klepnie, i wszystko zacznie się od nowa. Cały młyn.

I gdzie my będziemy ze swoim Mielcem, nie posiadającym wizji co dalej, ze swoją walką z 5G, i swoją zapełnioną strefą, z której i kolejny rząd będzie chciał wyciągnąć jak najwięcej.

Bo dla zapewnienia spokoju elektoratu trzeba będzie wziąć skądś pieniądze.

Bo – niezależnie od powyższych narzekań -  czy nie macie jednak Państwo wrażenia, że w ostatnich kilkunastu miesiącach Mielec zamarł w jakimś polityczno – kulturalno -  społecznym bezruchu? I od razu powiem, bo trzeba, że nie łączę tego z pandemią, która może być usprawiedliwieniem wszystkiego i która rzeczywiście spowolniła pewne procesy społeczne.

Oczywiście odbywają się jakieś spotkania polityczno towarzyskie, jakieś promocje, na których promują się głównie wciąż ci sami działacze społeczni, jakieś posiedzenia rad, takich czy innych, z których niewiele wynika, jakieś zmiany przynależności partyjnej, próby kaperowania do nowych tworów politycznych, itd., itp.

Ale czy widzieliście Państwo kogoś z wizją? Kogoś, kto nie tylko pyskuje na konkurenta politycznego, ale mówi coś konstruktywnego? Kogoś, komu by można zaufać i wybrać, czy do Sejmu, czy do rządzenia miastem?

Przyznam, że ja nie widzę nikogo takiego.

Czy jeszcze szybujemy wysoko, czy już powoli kończą się prądy wstępujące i zaczniemy zniżanie, by wreszcie zacząć pikować?

PS. Nie znam się na piłce nożnej, ale zadziwia mnie – z tego co czasem słyszę - fenomen Stali Mielec. Ona dostała skrzydeł/ Oby utrzymała wznoszenie i oby to był dobry prognostyk dla miasta

 

środa, 10 listopada 2021

….. rozwijają się skrzydła?

Los i Bóg dali mi szansę przeżyć całkiem ciekawie ostatnie 25 lat. Całe 14 lat w Agencji Rozwoju Przemysłu, twórczyni o zarządzającej dwiema ważnymi specjalnymi strefami ekonomicznymi, i ponad 10 w InterPhone Service Sp. z o.o., w tym przez 9 lat jako jej prezes.

To były lata nieustannego wzrostu gospodarczego i społecznego naszego kraju, naszego miasta, w czym miałem maleńki, ale jednak, udział.

Miał pełne prawo Pan Prezydent Chodorowski, którego roli w rozwoju Mielca nie da się przecenić, w haśle opisującym najkrócej nasze miasto, powiedzieć: „Tu rozwijają się skrzydła”.

Bo rzeczywiście się rozwijały. U wielu i w wielu miejscach.

Z pozytywnych skutków tych wzlotów miasta i poszczególnych jego organizmów, gospodarczych czy społeczno kulturalnych, korzystamy do dzisiaj. Nawet jak wielu malkontentów próbuje te osiągnięcia dezawuować czy wręcz podważać.

Oczywiście nasze miasto rozwijało się w towarzystwie całego kraju, który także „wzlatywał”, rozwijał skrzydła.

Do niedawna nie śmiałbym tego pisać w felietonie, bo zaraz różne sępy, nie mając merytorycznych argumentów, wywlokłyby mi moją przeszłość, ale zawsze uważałem, że najbardziej prokapitalistycznym, prorozwojowym i  proinwestorskim rządem w Polsce był rząd Leszka Millera i SLD, który stworzył podstawy nowoczesnej gospodarki kapitalistycznej.

Powód, że teraz o tym odważam się mówić, jest prosty – to samo powiedział pan prezes Roman Kluska w czasie wykładu w Toruniu w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej.

Lata 2001 do 2005 wspominam jako czas eksplozji przedsiębiorczości, w tym rozwoju specjalnych stref ekonomicznych, które rząd AWS omalże chciał likwidować.

Mielec miał szczęście i miał ludzi. To była „ludzka pozostałość” po upadłej WSK, tak dzisiaj lekceważonej, ale także wsparcie w Warszawie poprzez ARP S.A. ale i naszych ludzi w ministerstwach.

Jeśli ktoś miał nadzieję, że Mielec dorówna Rzeszowowi, to oczywiście był fantastą, ale nasze miasto zdobyło o wiele więcej niż inne, podobnej wielkości i potencjału, ośrodki miejskie. Nasze miasto wykorzystało sprzyjające prądy powietrzne w polityce i gospodarce do wznoszenia się „ponad poziomy” i rozwinęło, wraz ze swoimi mieszkańcami, skrzydła.

Piszę te wzniosłe słowa celowo, by postawić tym bardziej ostro pytanie o stan obecny.

Bo po panu Chodorowskim przyszedł młody prezydent z wizją – i przez jakiś czas mu pozytywnie towarzyszyłem w jego drodze – pan Daniel Kozdęba. Nie bał się wyzwań i chciał zrobić wiele. Niestety, nie wyszło. Choroba i śmierć były silniejsze.

Ale trzeba docenić to, że chciał utrzymać Mielec w wysokim locie. Oczywiscie, można dziś pytać, czy nawet gdyby nie umarł, udałoby mu się? Bo jednak otoczenie radykalnie się zmieniło. Zaczął rządzić PIS. O ile pierwszy rząd PiS u z Zytą Gilowską nie za bardzo odbiegał w gospodarce od swego poprzednika, to po doświadczeniach lat opozycji i wyczuciu zmieniających się oczekiwań społecznych, kolejne rządy Kaczyńskiego poszły w populizm czy też polski socjalizm, zależy jak czytać.

I teraz mamy w Mielcu prezydenta, który – w moim odczuciu – nie ma żadnej wizji dalszego rozwoju miasta i tylko administruje masą otrzymaną w spadku po poprzedniku, a jedyne zauważone przeze mnie jego aktywności to walka z promieniowaniem elektromagnetycznym, zaskarżenie uchwały Rady Miasta o nieudzieleniu mu wotum zaufania, tudzież wycofanie się z propagowania szczepień na covid, w czym upodobnił się do PiSu. No i utrata większości w Radzie, poprzez utratę swoich własnych radnych.

To oczywiście nie przesądza, że Mielec nagle zacznie pikować w rozwoju w dół. Procesy gospodarcze są na lata, nic się nie dzieje z dnia na dzień. Wiemy jednak, że potencjał, jaki dawała miastu specjalna strefa, już nie wzrasta, choć jeszcze stabilnie trwa, ale co będzie dalej?

To dalej to także polityka rządu. Potrzeba pieniędzy dla swojego, głównie wiejskiego i emeryckiego elektoratu, spowoduje,, że skądś je trzeba będzie wziąć. Samorządy będą ofiarą tej polityki. Akurat mielecki samorząd nie jest pisowski, więc z pieniędzmi może być gorzej niż gdzie indziej. Choćby w Stalowej Woli, która wydaje kasę na prawo i lewo.

Bo do tego dochodzi jeszcze problem – pozostając przy terminologii mielecko lotniczej – czy obecny rząd także nadal będzie „rozwijał skrzydła” Czy niebawem przejdzie w lot nurkowy do ziemi. I to nie po nową zdobycz, wbrew pozorom.

Bo rozkręcona spirala inflacyjna ma szansę na dalszą ekspansję, której nie będzie już można zatrzymać, co przyznają nawet tacy ekonomiści neutralnie nastawieni do rządu jak prof. Bugaj. Do tego skonfliktowanie już z całą prawie Unią i USA, w czasie gdy Białoruś nam wydała wojnę. Wstyd poprosić o pomoc, bo Unia też czegoś od nas chce. Można by wpuścić imigrantów, bo i tak chcą do Niemiec, ale co powie pisowski elektorat, tak bardzo przerażony pisowską wersją „dzikich hord”, a poza tym Niemcy mogą nam tych ludzi odesłać i to dopiero będzie problem.

Wbrew wielu analitykom twierdzącym, że PiS jest odporny wyborczo na wszelkie wpadki, ja wcale tak nie myślę i zakładam, że może nastąpić zbieg okoliczności, który zabierze PiS władze. Czy to będzie lepiej, nie wiem, patrząc na jakość opozycji. Ale pewnie inaczej. Zrobią znowu swój Sąd Najwyższy i swój Trybunał, co Unia oczywiście klepnie, i wszystko zacznie się od nowa. Cały młyn.

I gdzie my będziemy ze swoim Mielcem, nie posiadającym wizji co dalej, ze swoją walką z 5G, i swoją zapełnioną strefą, z której i kolejny rząd będzie chciał wyciągnąć jak najwięcej.

Bo dla zapewnienia spokoju elektoratu trzeba będzie wziąć skądś pieniądze.

Bo – niezależnie od powyższych narzekań -  czy nie macie jednak Państwo wrażenia, że w ostatnich kilkunastu miesiącach Mielec zamarł w jakimś polityczno – kulturalno -  społecznym bezruchu? I od razu powiem, bo trzeba, że nie łączę tego z pandemią, która może być usprawiedliwieniem wszystkiego i która rzeczywiście spowolniła pewne procesy społeczne.

Oczywiście odbywają się jakieś spotkania polityczno towarzyskie, jakieś promocje, na których promują się głównie wciąż ci sami działacze społeczni, jakieś posiedzenia rad, takich czy innych, z których niewiele wynika, jakieś zmiany przynależności partyjnej, próby kaperowania do nowych tworów politycznych, itd., itp.

Ale czy widzieliście Państwo kogoś z wizją? Kogoś, kto nie tylko pyskuje na konkurenta politycznego, ale mówi coś konstruktywnego? Kogoś, komu by można zaufać i wybrać, czy do Sejmu, czy do rządzenia miastem?

Przyznam, że ja nie widzę nikogo takiego.

Czy jeszcze szybujemy wysoko, czy już powoli kończą się prądy wstępujące i zaczniemy zniżanie, by wreszcie zacząć pikować?

PS. Nie znam się na piłce nożnej, ale zadziwia mnie – z tego co czasem słyszę - fenomen Stali Mielec. Ona dostała skrzydeł/ Oby utrzymała wznoszenie i oby to był dobry prognostyk dla miasta

 

 

 

niedziela, 7 listopada 2021

Covidowi Wszyscy Święci

 

Zdjęcie moje z mieleckiego cmentarza komunalnego

1 listopada, jak kraj długi i szeroki, wypełniają się cmentarze, a na nich tłumy ludzi, którzy przyszli lub przyjechali z dalekich stron, by uczcić pamięć swoich zmarłych bliskich.

W polskiej tradycji to święto równie ważne lub nawet ważniejsze jak Boże Ciało, przynajmniej jeśli chodzi o frekwencję i pamięć o nim, bo jednoczy zarówno wierzących jak i ludzi niewierzących.

Pamięć to pamięć. A każdy jest człowiekiem i w pamiętaniu bliskich wiara go nie wyróżnia.

 Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że to święto dla Polaków jest trzecie w hierarchii ważności po Wielkiej Nocy i Bożym Narodzeniu.

 Polacy mają także inną ważna cechę: intensywną i wciąż podgrzewaną pamięć o przodkach, którzy oddali życie w sprawie ważniejszej niż samo umieranie. Czcimy ich, budujemy pomniki, piszemy, świętujemy wreszcie rocznice z nimi związane.

 W ubiegłym roku zmarło z powodu epidemii covid sto kilkadziesiąt tysięcy osób. Rząd robił wszystko by tych ludzi uratować, a przynajmniej zmniejszyć ilość ofiar pandemii.

 Gdy porównamy liczbę zmarłych z powodu covida – a ten rok dołoży jeszcze kolejne dziesiątki tysięcy ofiar – choćby z liczbą 20 tysięcy pomordowanych lub zabitych żołnierzy wyklętych, i gdy skonstatujemy, że w tym dniu świątecznym nawet o nich przez moment nie wspomniano w żadnym medium ani w żadnej politycznej dyskusji, to  jasnym się staje, że nie cenimy ich śmierci, która niczemu nie służyła.

I niczemu i nikomu nie służąc do czegokolwiek, na dodatek nikogo niczego nie nauczyła, o czy, świadczy ilość szczepionych, głupie wypowiedzi premiera, ze żadnych ograniczeń się nie wprowadzi bo nie życzy sobie tego część społeczeństwa (głównie popierająca PiS).

 Te 130 tysięcy nadmiarowych śmierci okazało się zupełnie bezsensowne. No chyba żeby brać pod uwagę obniżenie wieku dożycia i wyższe emerytury dla przechodzących na nie w obecnym roku.

Ja wiem, że indywidualnie ludzi te śmierci swoich bliskich w dniu 1 listopada bardzo rozpamiętywali. Ja także pamiętałem o moich 6 znajomych leżących na mieleckim cmentarzu. Jednak nie było nawet krzyny zbiorowej refleksji o tak masowej daninie życia.

Ani w kościele (nie byłem na cmentarnym nabożeństwie), ani w TV, ani w Internecie czy jakiś formach organów prasowych.

Po prosu nie było tematu. Ja wiem, że dla rządzących to temat niewygodny, bo w jakiejś mierze odpowiadają za te śmierci, a na pewno będą bardziej odpowiadać za śmierci obecne, ale także dla opozycji ci covidowi zmarli są albo zupełnie obojętni, albo wręcz jej ciążą.

Dlaczego tak jest? Kult umarłego bohaterstwa wszystkiego nie tłumaczy.  Czy zaczailiśmy się ze swoim strachem, bo nie wiemy, jak będzie w czwartej fali i kolejnych i jak wielu z nas jeszcze odejdzie i nie śmiemy nawet zaproponować zbiorowego upamiętnienia ofiar?

 Sejm ustanowił niedawno kolejny dzień wolny od pracy w rocznicę wybuchu Powstania Wielkopolskiego, w którym zginęło 2261 osób, doceniając ważność tego powstania, jedynego wygranego (w bitwie o lotnisko w Ławicy  (1919) zdobyto największy łup wojenny w tysiącletniej historii polskiego oręża, sprzęt lotniczy o wartości 160–200 milionów marek, w tym ponad 300 samolotów), a o zbiorowej hekatombie covidowej nawet nie wspominamy.

Pewnie czekamy na finał. Niepewni zaszczepieni, na ile szczepionka ich ochroni, coraz bardziej zaniepokojeni antyszczepionkowcy, czy rzeczywiście ich wybór był właściwy. Wszak może wiedzą, że znany mielczanin, Jacek Polak zmarł na covid w tydzień po spotkaniu grupy antyszczepionkowców, która ponoć założył.

Może wtedy, jak wygramy z pandemią, jak będziemy wiedzieli, czy rację mieli zaszczepieni, czy ich adwersarze, jak śmierci będą rzadkie, wtedy przyjdzie czas na uczczenie tych co odeszli.

 

Czy już na kolejne Święto Zmarłych?

 

 

poniedziałek, 20 września 2021

Jeśli chcesz walczyć ze złem w Kościele (…) zadzwoń do TVN24

  

Ostatnie lata są dla mojego/naszego Kościoła latami trudnymi, że powiem eufemicznie. Pewnie inaczej o tych latach myśli część jego hierarchów, zadowolonych bardzo ze współpracy pisowskiego tronu i katolickiego ołtarza. Jednak tak kolejne kryzysy (o podłożu seksualnym czy przemocowym) jak i ogromny odpływ młodzieży z Kościoła (przy spadającej pobożności ludzi dorosłych) powinny być dla hierarchii alarmowym dzwonem Zygmunta albo czerwoną lampą o jasności Słońca. Czy są?

 W klasztorze dominikanów na Warszawskim Służewie miał miejsce wykład redaktora Tomasza Terlikowskiego w ramach konferencji „Wilki w owczej skórze. O nadużyciach władzy duchowej we wspólnotach kościelnych”.

Tak się stało, że wykład miał miejsce cztery dni po publikacji raportu o nadużyciach jednego z dominikanów, Pawła M., który to raport także bardzo krytycznie ocenia działania w tej sprawie władz zakonu w Polsce i postawy poszczególnych jego członków , ale i będące tego przyczyną wewnętrzne uwarunkowania strukturalne, organizacyjne, ludzkie i kanoniczne zakonu.

 Dominikanin Paweł M. tworzył wspólnoty modlitewne, które organizował na podobieństwo sekt, z absolutną dominacją przywódcy nad całym życiem członków tych wspólnot, z wykorzystaniem argumentów płynących z wiary i nauczania Kościoła katolickiego. Uzależniał od siebie ludzi w sposób totalny, decydując o każdym aspekcie ich życia. Jak piszą autorzy raportu, „stosował formy manipulacji duszpasterskiej, rodzącej następnie przemoc fizyczną i nadużycia seksualne”. Pomimo tego „przez następne lata przebywał w kolejnych wspólnotach klasztornych, okresowo sprawował sakramenty i nauczał, brał czynny udział w życiu zakonu, jak się później okazało, nie porzucając zachowań, które ostatecznie ponownie doprowadziły do wykorzystania seksualnego kolejnej osoby przy sposobności, jaką dało mu bycie kapłanem i dominikaninem”.

 

Czytam sobie ten raport i gdyby to był przypadek pojedynczy, niewarty byłby i czytania, i przejmowania się nim. W sukurs jednak przyszedł mi redaktor Terlikowski ze swoim wykładem.

Mówił o różnych technikach manipulacji, jakie stosują kapłani, najczęściej tzw. charyzmatyczni, w polskim Kościele. Podawał przykłady manipulacji, podobnych jak stosował Paweł M., ale i innych i jakoś niczym mnie nie zaskoczył.

Mówił – z wyczuwalną ironią w głosie – o wspólnotach w kościele francuskim, choć do wspólnoty wywiedzionej z jednej z nich należy, wymieniając seksualne nadużycia twórców wspólnot, Jeana Vaniera, współtwórcy Arki, Thomasa Philippe, jego mentora, twórcy „teorii”, że poprzez czyny natury seksualnej wobec dorosłych kobiet poszukiwał i przekazywał im doświadczenia mistyczne, czy ojciec Marie Dominique Philippe, założyciel wspólnoty św. Jana, który sam wykorzystał seksualnie 15 kobiet, a 20% braci w jego wspólnocie robiło to samo.

 Nawiązując do doświadczeń polskich, mówił o wspólnocie, a de facto sekcie, mającej na dodatek pozwolenie właściwego biskupa na działalność, w której kapłan decyduje kto z kim bierze ślub, jak ubierają się kobiety, gdzie kto pracuje, której członkowie mieszkają razem, i razem wychowują dzieci.

 Podkreślał nadrzędność własnej wolnej woli każdego człowieka, własnego prawa do podejmowania decyzji, nad decyzje narzucane przez kapłana, nawet w imię działania Ducha Świętego. Mówił o tym, każdy ma swoje zadania do spełnienia, i jeśli np. zabiera się - pod pozorem większego zaangażowania w działalność wspólnoty – czas, który ojciec czy matka mają poświęcić rodzinie, to jest to manipulacja i stawianie się kapłana w roli, której nie dostał od Boga.

 Bardzo krytycznie red. Terlikowski wypowiadał się o działalności Ruchu Odnowy w Duchu Świętym, oskarżając jego charyzmatycznych kapłanów o manipulowanie ludźmi.

 Tak Duch święty nie działa, mówił, by nagle np. 300 ludzi obecnych na spotkaniu wspólnoty, powalić na podłogę.

A bywa, że ludzie się miotają, tracą przytomność, wpadają w euforyczne stany, śmiech, płacz drżenie ciała, wydają z siebie dziwne dźwięki.

Czy to mówienie językami aniołów, jak chcą niektórzy, mówiąc o glosolalii, czy bełkot? Zdania są różne.

 Czy nie jest manipulacją mówienie rodzicom chorego dziecka: będziemy się razem za nie modlić, lekarz jest niepotrzebny, a gdy umiera, to oskarża się rodziców, że mieli za słabą wiarę?

 Redaktor Terlikowski, odpowiadając na pytania, powiedział, ze nie wierzył, ze taka komisja powstanie, a tym bardziej kosmosem dla niego było, że ktoś mógłby mu zaproponować bycie  jej przewodniczącym. Tym niemniej nie wyrażał nadziei na powstanie kolejnych komisji.

 Więcej, powiedział, że jak widzimy w Kościele dziejące się zło, powinniśmy starać się z nim walczyć. Jak? Raczej nie licząc na to, że wewnętrzne instytucje Kościoła nam w tym pomogą. Jak stwierdził, najlepiej będzie zadzwonić do TVN 24, bo na ogłoszenie w New York Times albo La Republika raczej nas stać nie będzie.  

 Nie zdążyłem, a może nie śmiałem, zadać Redaktorowi pytania o nadzieję. O to, czy jest nadzieja, że wyjdziemy, jako Kościół, z tej potęgującej się zapaści? I jak wyjdziemy? Skoro ruchy mające być motorem odnowy Kościoła, okazują się kamieniem u jego szyi.

 Lubiłem, i nadal lubię, msze święte u Dominikanów. Jest na nich tak inaczej niż w parafialnym kościele. Pytanie, czy warto za tę inność, za ciekawsze kazania, za taką rozmodloną atmosferę, za inne, piękne i dostojne pieśni, płacić taką wielką cenę, jak sekciarskie ekscesy niekontrolowanego przez nikogo ojca z zaburzeniami osobowości.

Bo mam wrażenie, ze stoimy, my, katolicy, pomiędzy dwiema skrajnościami: intelektualiści Dominikanie, ciągnący za sobą bagaż wielkiego indywidualizmu, ale potrafiący być super interesującymi, tak w naukach mszalnych jak i innych akcjach, a parafialny, szary ksiądz, dukający internetowe, nudne jak flaki z olejem, kazania, ale za to raczej przewidywalny aż do bólu.

I chyba trzeba wybrać środek. Bo jednak jakiś jest.  

 


 

niedziela, 19 września 2021

Odbudujmy budynek mieleckiej synagogi

 


Felieton prowokacyjny, napisany 17 kwietnia 2007 roku, który przeszedł niezauważony.

 

Poszukując miejsca dla naszego miasta na mapie gospodarczej – a może i kulturalnej – kraju, od czasu do czasu powraca pomysł na wypromowanie miasta - a szerzej, także powiatu i regionu - jako miejsca, do którego warto przyjechać w celach turystycznych. Jakiś czas temu do sprawy powróciły władze powiatu. Pomysł jest ze wszech miar słuszny, jako że na turystyce można nieźle zarobić i znaleźć dla regionu i ludzi w nim żyjących dodatkowe zajęcia, które nie tylko dają pieniądze ale, na zasadzie sprzężenia zwrotnego, mogą stać się samonapędzającą maszynerią. Zadowoleni turyści za darmo reklamują region, co stanowi zachętę dla innych turystów, ci kolejni powodują wzrost liczby miejsc w hotelach, restauracjach co znowu powoduje zadowolenie, tanią reklamę itd.

 

Nieźle to brzmi, ale to tylko piękna teoria. Ażeby się zmaterializowała i zaczęła rzeczywiście działać, potrzebne jest spełnienie wielu warunków, w tym najważniejszego: po pierwsze, musimy mieć armaty. Czy mamy? Zadajmy sobie pytanie, co możemy zrobić i czy w ogóle coś możemy zrobić, żeby nasze gadanie nie było jedynie niepotrzebnym pustosłowiem. Po co ludzie gdzieś przyjeżdżają? Pewnie z kilku powodów. Po pierwsze, z ciekawości, po drugie, aby odpocząć, po trzecie, aby się zabawić. Bardziej wyrafinowani turyści przyjeżdżają też na znane imprezy. Czy - jako miasto i powiat - posiadamy coś z atutów, pozwalających realizować powyższe potrzeby? Zreasumujmy: mamy dwa w miarę dobre hotele, nie mamy żadnych zabytków, nie mamy miejsc z ofertą rozrywkową i wypoczynkowo – leczniczą (np. spa, zabiegi leczniczo – korygujące dla pań), nie organizujemy żadnych znaczących w skali kraju imprez kulturalnych (na nasz Festiwal Organowy, skądinąd bardzo potrzebny i ciekawy, przyjeżdżają z zewnątrz jedynie wykonawcy). Moim zdaniem, najciekawszym miejscem do zwiedzania jest specjalna strefa ekonomiczna, będąca rzeczywiście unikalnym w skali kraju tworem, kto jednak przyjeżdża dla rozrywki oglądać przemysł. Mamy, co prawda, w pobliżu Mielca zamki w Baranowie i Przecławiu, oba jednak są jeszcze przed procesami inwestycyjnymi, które, być może, pozwolą spełnić niektóre z powyższych wymagań. Czyli co? – jest źle? Nie ma co się sprawą zajmować? Jeślibym nie miał propozycji , to zapewne nie zajmowałbym Państwu czasu, potrzebnego na czytanie tego felietonu. Faktycznie jednak, łatwo nie będzie i tylko wielka determinacja może zmienić Mielec w znane miasto, do którego warto będzie przyjechać.

 

Jak już napisałem powyżej, turystyka jest biznesem opłacalnym i należy wszystko uczynić, by umożliwić jej rozwój. Moim zdaniem jest kilka możliwości, by dokonać przełomu. Należy wymyślić i zrealizować coś, co stanie się sławne w Polsce i Europie i przyciągnie do Mielca rzesze turystów . Zanim powiem więcej, rzucę hasło wiodące, podpowiedziane mi przez mojego syna, które pewnie wielu zrzuci z krzeseł, ale którego realizacja może być wydarzeniem spektakularnym i obfitującym w późniejsze skutki.

 

To hasło brzmi – Odbudujmy budynek mieleckiej Synagogi. Oczywiście, nie będzie to już miejsce kultu, ale miejsce kultury. Na to pewnie dostaniemy pieniądze z różnych źródeł, to rozsławi Mielec, to przyciągnie do Mielca wielu ludzi. Oczywiście, przyciągnie, jak będzie jakaś wartość dodana. Tą wartością, prócz wpisania się w większy projekt renowacji Starego Mielca, musi być wydarzenie kulturalne dużej rangi. Kiedyś proponowałem władzom i Mielca, i nie tylko, stworzenie festiwalu kulturalnego Galicji, opartego głównie o tradycję czterech kultur, które Galicja wykarmiła. Może nie jest to najbardziej oryginalne i dlatego nie zyskało uznania władz, zawsze można wymyślać coś innego.

 

Mielec nie umie wykorzystać historii. Pierwszy strajk w 1980 roku był w Mielcu a wszyscy wiedzą, że w Świdniku. Mord na mieleckich Żydach, spalenie synagogi wraz z blisko stu modlącymi się w niej wiernymi w dniu 13 września 1939 roku, było pierwszym (lub jednym z pierwszych) ludobójstwem a ziemiach polskich, a mało kto o tym wie. Synagogę rozebrano po wojnie, po wojnie też na kirkucie wybudowano budynek poczty. Ta symboliczna odbudowa synagogi, która w przyszłości miałaby przełożyć się na pieniądze dla Mielca, byłaby też jakimś zadośćuczynieniem pamięci mieleckich Żydów, o których tak mało pamięci zostało wśród nas.

 

Do tego ogólnego zamierzenia, jak należy przypuszczać, dołożą się wkrótce nowe inwestycje hotelowo - wypoczynkowe w Baranowie Sandomierskim.

Jeśli poważnie traktujemy turystykę w Mielcu, musimy wymyślić coś „extra”. Jeśli nie wymyślimy, dajmy sobie spokój z wielką turystyką w Mielcu i nadal rozwijajmy przemysł. To robimy rzeczywiście dobrze.

 

PS. Dopisane  po latach, w 2021 roku.

Nie mamy dzisiaj ani zamku w Przecławiu, który niedługo zakupi nowy właściciel, ani dworu we Wojsławiu, który został rozebrany do fundamentów, a w jego miejscy powstała nowoczesna willa, ani kościoła drewnianego w Rzochowie, który przeniesiono do Kolbuszowej, ani wieży mieszkalnej w Rzemieniu, ani niczego innego także.

Może zamiast tego mamy jakieś inne pomysły na promocję Mielca? Zapewne Stal Mielec nie jest takim pomysłem.

 

Swoją drogą w Skansenie w Sanoku właśnie kończona jest rekonstrukcja drewnianej  synagogi z Połańca



poniedziałek, 6 września 2021

Niepełnosprawna olimpiada błogosławionej Róży Czackiej


zdjęcie : FitHero Blog

Trwała transmisja z przedostatniego dnia tzw. paraolimpiady w Tokio, gdy akurat rozpoczynałem bieg na orbitreku w mojej siłowni Extreme. Nie mając pojęcia o fakcie transmisji, jako że nie oglądam ich nie tylko w przypadku paraolimpiady, ale żadnych innych, tak od niechcenia  spojrzałem w ekran telewizora, wiszącego na ścianie siłowni i zobaczyłem pary młodych ludzi, przygotowujące się na bieżni do startu. Zdziwiły mnie kabelki, podobne do tych łączących kiedyś słuchawkę telefonu z aparatem, jakimi były połączone dłonie każdej z par. Głos odbiornika był wyłączony, więc musiałem się domyślać, że pewnie zaczyna się bieg na 200 metrów, w którym starują osoby niewidome, biegnące z widzącym „przewodnikiem”.

Ktoś, kto jak ja nie ogląda żadnych transmisji sportowych, ma prawo nie wiedzieć, że na  paraolimpiadach biegają także ludzie niewidomi. Prawo ma, ale mam też od tego momentu poczucie wstydu.

Gdy już jednak uświadomiłem sobie ten dość nieoczywisty dla mnie fakt, że osoby niewidome będą walczyły na bieżni, zrobiło mi się jakoś głupio, że ja, stary, ale pełnosprawny dziad, mogę tu sobie sam przychodzić na treningi i nawet przez myśl mi do dzisiaj nie przeleciało, że są ludzie doświadczeni przez los, których pamiętam z dawna jako ludzi wyizolowanych, zamkniętych, ludzi, których tak naprawdę się bałem, a którzy pragną być tacy sami jak ja także w korzystaniu z przyjemności uprawiania sportu.

I jak już to wszystko przeleciało mi przez głowę, to jeszcze dodatkowo wkurzyłem się, bo na bieżnię lał rzęsisty deszcz, niepełnosprawni sportowcy mokli, a tylko sędziowie siedzieli poprzykrywani płaszczami deszczowymi. Pomyślałem, że dla lekkoatletycznej części paraolimpiady nawet hali z dachem zabrakło, kiedy pełnosprawni, dobrze opłacani sportowcy, mają zapewnione wszystkie wygody i najlepsze warunki do startów.

 Rozpoczął się bieg. Prowadziła reprezentantka Kuby. Biegła tak lekko, tak płynnie, tak szybko, że zamarłem w bezruchu na swoim orbitreku. 20 sekund z jakimś dodatkiem. I za chwilę wulkan radości. Cieszyłem się wraz z nią. To wspaniałe, że się nie poddała w swoim życiu, że zwyciężyła wlcząc ze swoim kalectwem, niepełnosprawnością.

Zacząłem patrzeć na kolejne dyscypliny.

Mężczyźni zwani kiedyś karłami, teraz określani jako niskorośli, rzucali oszczepami,  inni, nie potrafiłem określić ich niepełnosprawności, skakali w dal, potem panie z niepełnosprawnością rąk biegły na  200 metrów (trzecie miejsce Polki), panowie bez jednej nogi  biegli na 1500 metrów.

Ja po chwili odszedłem od ekranu by ćwiczyć na przyrządach, ale to co zobaczyłem, zostało we mnie chyba na zawsze. Po pierwsze, już będę – jak dożyję – na pewno oglądał następną paraolimpiadę.

Po drugie, wyszedłem z siłowni z głową pełną kłębiących się myśli, które nie tylko we mnie zostały, ale zaczęły mi stwarzać jakieś nowe spojrzenie na ten świat, który był i jest, a który był tak bardzo obok mnie. I zrobiło mi się wielki wstyd, że te wiadomości, te obrazy, te apele o ludziach i od ludzi niepełnosprawnych, nie chorych, niepełnosprawnych, tak mało we mnie zostawiały śladów. Jak wyżej wspomniałem, bałem się niepełnosprawności, kalectwa, inności, bałem się ludzi noszących w sobie i na sobie to odium inności. 

I przy tej okazji przypomniał mi się mój przyjaciel ze studiów na Wydziale Automatyki i Informatyki, z którym przemieszkałem 4 lata w jednym pokoju, z którym potem długo korespondowałem, a którego tak naprawdę nie poznałem.

Janek Świerczek, bo o nim myślę, postanowił po studiach pomagać ludziom niewidomym. On, świetny student, mogący pracować w każdej firmie, poszedł pracować wraz ze swoją żoną do Zakładu dla Niewidomych w Laskach – Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych im. Róży Czackiej. Nie było im tam łatwo. Trudne warunki mieszkaniowe, niewysokie płace, kolejne dzieci, nie zniechęciły ich jednak do tej pracy. Gdy na początku lat 90 tych trzeba było pomagać rodzicom Helenki, mieszkającym koło Myślenic, przeniósł się do pracy w Zespole Szkół i Placówek pn. „Centrum dla Niewidomych i Słabowidzących” w Krakowie.

 

Tam opracował  matematyczną, fizyczną i chemiczną  notację brajlowską przyjętą we wszystkich ośrodkach dla niewidomych i w efekcie dzięki jego mrówczej pracy Centralna Komisja Egzaminacyjna mogła tworzyć dla uczniów wspólne arkusze maturalne. Gdy nie była jeszcze oczywistością komputerowa synteza głosu, on był pionierem wprowadzania komputerów do nauki i funkcjonowania osób niewidomych. Miałem przyjemność odwiedzić go w jego szkole w Krakowie. Ja, już dobrze zarabiający wiceprezes spółki i on, oddany bez granic niewidomym, prosty nauczyciel. Z jego szkoły wywodzi sie polska niewidoma biegaczka, uczestniczka olimpiady w Rio de Janeiro.

 

Najpierw odeszła na początku lat dwutysięcznych jego ukochana żona, potem jeden z synów spadł w Tarach z Kościelca i jego  ciało znaleziono go dopiero po kilku miesiącach, wreszcie on sam odszedł 11 lat temu, 29 września 2010 roku.

I teraz znowu powrócił, gdy ćwicząc swoje stare ciało na siłowni obejrzałem bieg niewidomej Kubanki.

W niedzielę odbędą się uroczystości beatyfikacyjne założycielki Lasek, hrabianki Róży Czackiej, matki Elżbiety od Ukrzyżowania Pana Jezusa.

Nigdy się nie interesowałem jej życiem, tak jak nie interesowali mnie ludzie niewidomi. Jej życie naznaczone nieustannym, wielkim cierpieniem, wyrosło w wielkie dzieło pomocy ludziom skrzywdzonym przez los. W wielkie dzieło, które w naszych nowoczesnych czasach, czasach coraz mniej chrześcijańskich, na które jakże często psioczymy, kontynuują inni, wierzący i ateiści, inaczej już patrzący na ludzkie ułomności, na ludzkie tragedie, niż patrzyli ludzie moich czasów, widzący w niepełnosprawnych gorszą kategorię ludzi.

Gdzieś z boku tej ważnej beatyfikacji będzie stał mój zmarły kolega, Janek Świerczek, który swoje życie - po cichu, bez reflektorów, fleszy i artykułów prasowych - poświęcił dla nieszczęśliwych ludzi, by uczynić ich takimi jak my, cieszącymi się nie tylko z codzienności, ale także takich sukcesów, jak wygrana w biegu na olimpiadzie.

 


 

 

Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?

  Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?   Skończyły się Dni Mielca. Ponoć były fantastyczne. A już występ pani Chylińskiej –...