środa, 24 lutego 2021

3 tys. zamordowanych czy 400 tys. zmarłych z głodu. Czyją pamięć powinniśmy czcić wraz ze starostą Lonczakiem i PSL?

 

O tym, jak bardzo zakłamano nam historię i jak bardzo to kłamstwo stało się częścią naszej narodowej świadomości, naszej narodowej spuścizny, którą przyjmujemy bez refleksji, świadczyć mogą obchody różnych rocznic, a na teraz udział pana starosty Lonczakaw uczczeniu pamięci ofiar rabacji czy też rzezi galicyjskiej, nad grobem jej ofiar w Tarnowie. Bo właśnie minęło 175 lat od tego zdarzenia.

Jak wyczytałem w Internecie pan starosta mielecki Stanisław Lonczak, na co dzień członek partii chłopskiej(?), czyli Polskiego Stronnictwa Ludowego, wybrał się do Tarnowa, aby tam uczcić pamięć dwustu pochowanych tam osób, a pewnie też  2 – 3 tysięcy galicyjskich ziemian, zamordowanych w rabacji galicyjskiej, czyli tak naprawdę w powstaniu/buncie chłopów galicyjskich. Prócz ziemian zginęło także trochę urzędników dworskich i pewna liczba księży. A żeby było ciekawiej, ani jeden Żyd czy Niemiec.

Być może obrazi się na mnie pan Starosta tym przywołaniem jego nazwiska w takim kontekście i wykorzystaniem jego wizyty w Tarnowie, do analizy pewnych naszych społecznych postaw, często mylnie zwanych patriotycznymi.  Bo powie ktoś, że nie ma przecież nic złego, gdy się uczci pamięć pomordowanych. Nawet wtedy, a może szczególnie wtedy, gdy czyni to potomek chłopów galicyjskich (bo zakładam, że pan Starosta podobnie jak i ja i 90% społeczeństwa, ma przodków chłopów, zwanych przez ofiary rabacji, przez polską szlachtę, chamami) .

Odpowiem wtedy: nie ma w tym nic złego, nawet należy to czynić. Pod warunkiem jednak, że równolegle będzie się pamiętało i czciło pamięć ofiar największej klęski głodu, jaka nawiedziła ziemie polskie, a Galicję w szczególności, i odda hołd pamięci 400 tysięcy chłopów galicyjskich zmarłych z głodu w latach 1846 – 1848.

Zmarłych w dużej mierze z powodu panujących w Galicji stosunków społecznych, które były i przyczyną rzezi galicyjskiej, i w jakimś stopniu pogłębiły tę gigantyczną klęskę głodu,. A istniejące wtedy stosunki społeczne, na wpół niewolnicze dla chłopów, to dziedzictwo Polski szlacheckiej.

 

Tyle tylko, że dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że za rok czy dwa żadnych obchodów tej gigantycznej katastrofy społecznej nie będzie. Bo nigdy do tej pory nie było, bo wyparliśmy ją skutecznie ze społecznej świadomości. Uczyniła to także chłopska partia, jaką jest PSL.

A była to klęska głodu na miarę tej irlandzkiej, zresztą spowodowanej jak i galicyjska także zarazą ziemniaczaną, czy tej na Ukrainie w latach 30 XX wieku, zachowując proporcje. Mimo tego panuje milczenie. Milczenie historyków polskich, dla których dzieje Polski to dzieje szlachty polskiej, milczenie polityków, jak wszyscy wychowanych na Trylogii i tym podobnych baśniach.

I jest tak, że my, w większości potomkowie chłopów ziem polskich (bo przecież nie chłopów polskich), czcimy pamięć ciemiężycieli naszych przodków, przez tych naszych przodków w desperacji pomordowanych, a nie pamiętamy, nie czcimy pamięci chłopów galicyjskich tak zdesperowanych głodem, że dopuszczających się kanibalizmu. Nie mówiąc o jedzeniu trawy, korzeni, perzu, pokrzyw, byle czego, co zapełniało żołądek.

A jeśli ktoś powie, że teraz chłopską partią jest PiS, to tym bardziej nie może liczyć na pamięć o tej części historii, która dotyczy polskich niewolników, chłopów z polskich ziem. Dla PiS u liczą się tylko bohaterskie dokonanie szlachty polskiej. Czyli Polaków. Bo chłopi z ziem polskich Polakami nie byli. Chłopi byli chamami, jak w Trylogii Sienkiewicza, której szlacheckich bohaterów dano potomkom chamów do czczenia i skutecznie udało się to przez lata uczynić. Dzisiaj prawie każdy potomek pańszczyźnianego chama identyfikuje się ze szlachcicem Wołodyjowskim, Kmicicem czy nawet, Boże wybacz, Zagłobą. A nie ze swoim przodkiem, niewolnikiem.

I trudno się dziwić, że chłopi w Galicji kochali cesarzową Marię Teresę czy cesarza Józefa II, którzy jako pierwsi zmniejszyli im ciężary pańszczyźniane, którzy dali im urzędników, ograniczających okrutną samowolę ziemian, czyli szlachciców, czyli Polaków, którym to obcym przecież władcom i ich urzędnikom wierzyli, a nie wierzyli w agitacje  szlacheckich organizatorów kolejnego, najgłupszego w dziejach, powstania krakowskiego.

Żeby na robić streszczeń, przytoczę za Wikipedią.

Zastąpienie prawa polskiego austriackim doprowadziło w Galicji do ograniczenia przywilejów szlachty i pewnej poprawy położenia chłopów. (…) Chłopi, którzy byli do tej pory (w I RP – dopisek mój) wykorzystywani i oszukiwani przez szlachtę, w cesarskich urzędnikach, zawsze chętnie wysłuchujących ich skarg, zaczęli upatrywać prawdziwych obrońców. Przychodzące na wieś za pośrednictwem urzędników cesarskie rozporządzenia przekonywały, że najjaśniejszy pan pamięta o swych chłopskich poddanych. Chłopi rozumieli także, że na świecie jest ktoś ważniejszy niż właściciel wsi.

I choć było lepiej, to było bardzo źle.

W XIX wieku stosunki pomiędzy szlachtą a poddanymi ulegały narastającemu napięciu (co szczególnie uwidoczniło się w Galicji) z powodu bezwzględnego egzekwowania powinności feudalnych, przede wszystkim pańszczyzny. Pomimo że obowiązujące prawo nie zezwalało już szlachcie na bicie chłopa, a jedynie na jego uwięzienie, szlachta nie zwracała na to uwagi i często chłosta kończyła się nawet śmiercią poddanego, a skutki kary zależały jedynie od siły i sadyzmu bijącego (np. ekonoma). Podobnego traktowania ze strony szlachty doznał także Jakub Szela. Po uwięzieniu w kajdanach w końcu grudnia został zaprowadzony na nabożeństwo do kościoła. Stanie na mrozie przed świątynią zakończyło się groźnymi odmrożeniami. Chłopi zmuszani byli do odrabiania pańszczyzny na gruntach dominikalnych, sięgającej 3 dni w tygodniu. Ponadto podlegali pod jurysdykcję pańską w większości spraw, a jedynie w najcięższych mogli odwoływać się do sądów państwowych. Ciążyło też na nich wiele powinności i ograniczeń, m.in. wciąż istniejące bariery uniemożliwiające opuszczenie wsi.

No i teraz czcimy - nie tylko PSL, my wszyscy -  pamięć tych, którzy naszym przodkom gotowali na ziemi piekło.

Tak jak co roku czcimy rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja, który to akt prawny nadal niewolników pozostawiał niewolnikami. I jeszcze mówimy, jak bardzo był ten akt prawny postępowy. I wierzymy w to wielkie oszustwo.

Czas najwyższy na nowo zrewidować nasz ogląd dziejów. Nasz, chłopski. Bo tak naprawdę historia Polski dla polskiego chłopa zaczyna się w momencie stania się człowiekiem wolnym, a może nawet później.

Pierwsza wojna chłopa polskiego to wojna z bolszewikami. Wszystkie wcześniejsze powstania, wojny, szarże husarskie, bitwy, cała historia, którą daje się nam za własną, jest historią 10 % narodu żyjącego na ziemiach polskich, zwanych wtedy Polakami, czyli szlachty polskiej.

Tę szlachecką historię Polski potomek polskiego chama może traktować tak, jak traktuje historię Europy, Egiptu czy Grecji, jako część historii powszechnej, nie identyfikując się z nią uczuciowo.

Niedługo nadejdzie czas, gdy to, co piszę, a co dzisiaj odbierane jest jak bluźnierstwo, jak plucie na polską tradycję, na polskie dzieje, uzyska zrozumienie i akceptację i inaczej zacznie się nasze dzieci uczyć naszych dziejów. Ich dziejów.

 


https://wielkahistoria.pl/wielki-glod-w-galicji-umarlo-10-ludnosci-matki-pozeraly-wlasne-dzieci/

sobota, 13 lutego 2021

Niech żyje bal! Co nam dał, a co zabrał covid?

 

Krzysztof Lozowski - Bal maskowy

Media i współczesna kultura zaszczepiły w ludziach zupełnie absurdalne przekonanie, że jedynie życie, w jego najlepszej wersji, może być przedmiotem debaty, masowej kultury, reklamy, natomiast śmierć należy wypchnąć z kadru naszej codzienności. Tak jakby nie istniała.

Jest to o tyle absurdalne, że jednocześnie w mediach, szczególnie filmach, krew płynie rzeką, ludzie giną masowo, a cierpienie typu obdzieranie ze skóry, oglądamy jedząc chipsy. Ale jakoś nam wmówiono, że to tylko wirtualna, rozrywkowa rzeczywistość, nic nie mająca wspólnego z codziennością. Czyli z tą naszą śmiercią, o której staramy się nie myśleć, którą upchnęliśmy wraz ze starą babcią w domu opieki, czyli umieralni, albo z kalekim dzieckiem, którego nie odbieramy ze szpitala. I jakoś na to nasze codzienne zaburzenie dysocjacji tożsamości, osobowość mnogą, dotychczas się godziliśmy.

No i wziął się i przyszedł covid19.

I zaczął na początek wybierać tych, którzy i tak za chwilę by umarli, czyli ludzi starych. I jaki lament się rozległ, że właśnie umarła na covid19 babcia, lat 92, czy 83 letni dziadek, a nawet 71 letni pan z chorobami współistniejącymi.

Bo przecież powinni żyć. I że to niesprawiedliwe. I że rząd za mało robi, a minister Niedzielski winien podać się do dymisji.

Wszyscy chcą żyć. Mam wrażenie, że im kto starszy, tym bardziej stara się zabezpieczyć przed śmiercią, która przecież ma znacznie bliżej do starego, niż do młodego człowieka. A może właśnie dlatego.

15 lutego  kończę 70 lat. Zastanawiam się czasem, jaki będę, gdy Bóg pozwoli dożyć np. do 85 lat. Czy będę dalej kurczowo trzymał się życia, w tej lub kolejnej pandemii, czy może jednak machnę ręką i powiem – wszystko jedno. Bo umrzeć i tak trzeba, a covid wcale nie musi być najgorszą alternatywą. Przez ostatni rok żyję z jego świadomością, ale jednocześnie z wewnętrznym przekonaniem, że mnie to nie dotyczy. Już prawie rok czasu, jak chodzę co dnia do pracy, firmę, którą kieruję,covidowe nieszczęścia raczej omijają, ot pojedyncze przypadki, mnie także, jak do tej pory,covid nie dotknął.

W drugiej fali pandemii zmarło pięciu moich znajomych, ale to zasadniczo nie zmieniło mojego podejścia do choroby. Równocześnie obserwuję, jak wielu innych znajomych w podobnym do mojego wieku, zaryglowało się w swoich domach i nie odwiedzają nikogo, nawet wnuki mają do nich wstęp wzbroniony. Czekają na cud szczepienia, który – wg słów premiera, któremu wierzą – ma odmienić ich bytowanie, to znaczy sprawić, że znowu będzie jak przez pandemią, a oni będą żyli jak dawniej i może nawet nadal nie będą myśleli o śmierci. O tej śmierci, która tak lubi starych ludzi.

A wielką zasługą tego wirusa jest brutalne przypomnienie ludziom, że śmierć nie jest jakimś wirtualnym bytem, po którym następuje kolejne wirtualne życie, ale że jest częścią życia tego prawdziwego, jedynego i niepowtarzalnego.

Śmierć jest częścią życia. To taki stary bon mot, ale warty przypominania wciąż na nowo.

Rządzący, pewnie we wszystkich krajach, może za wyjątkiem Chin, obiecują wyborcom, że już niedługo, już za małą chwilę, jak tylko wszystkich zaszczepimy, to powrócimy do „normalnego” życia, jak przed epidemią. Czyli znowu młodsi będą podróżowali po świecie, znowu korzystali z życia na maxa, a głupią śmierć zamkną ponownie z babcią w umieralni. By nie psuła nastroju zabawy. A jednocześnie ta babcia, która nie ma siły, by dojść na szczepienie, która nie ma siły by chodzić, i którą koś przywozi w przychodni, tak bardzo chce nadal żyć, że godzi się na to wszystko, wierząc bardziej panu premierowi niż Panu Bogu, z którym jakoś nadal nie chce mieć nic wspólnego.

Na tych obietnicach covidowych niedrlandów opiera się masowe zaklepywanie przez ludzi młodszych miejsc w hotelach i biurach podróży na zbliżające się lato. Na tym opiera się nadzieja starych, że jeszcze nie umrą. Choć często już od dawna nie żyją, tylko wegetują.

I wszyscy wierzą, że kiedyś, po szczepieniach, będzie jak było dawniej. 

Ale tak nie będzie. Jestem o tym przekonany. To wszystko, co nam mówią rządzący i w co sami bardzo chcemy wierzyć, to nieprawda. Jak pomyśleć i popatrzeć wokoło, to łatwo dojść do wniosku, że pandemia i wciąż nowe mutacje wirusów już będą z nami jak nie na zawsze, to na bardzo długo.

I jedynym, co będzie chroniło przed chorobą, to naturalna odporność człowieka. A że ta maleje w miarę używania życia i starzenia się, to dziadkowie, ja też, będą umierali częściej i więcej. Jeśli – w co mało wierzę – covid wymusi na ludziach zdrowy styl życia, zwiększający odporność, to będzie to druga jego wielka zasługa. Gdy ludzie wyszczupleją, będą uprawiać sporty, przestaną jeść cukier i inną gównianą żywność, to może jakoś wygramy z pandemią.

Jak na razie proponuje nam się wygodne, lekkostrawne lekarstwo: zaszczepisz się, będziesz odporny, będziesz żył jak dawniej. Jego odpowiednikiem jest cudowne lekarstwo na odchudzanie: możesz jeść ile chcesz a i tak schudniesz. I oba są nieprawdziwe.

Na początku pandemii pisałem, że trzeba będzie ją traktować jak grypę. Tyle że bardziej śmiertelną. I wszystko wskazuje, że przeczucie mnie nie myliło.

Myślę, że ze śmiercią, nawet częstszą niż do tej pory, ale nie naszą, łatwiej będzie się nam oswoić niż z ograniczeniami typu zakaz podróżowania do „ciepłych krajów”, huczne balangi, wielkie spotkania. Szczególnie młodym, mniej narażonym.

A czegóż nie zrobimy, by przywrócić swój dawny, piękny, rozrywkowy świat. Nawet jak przed każdym wyjazdem za granicę będą nam wbijali do paszportu potwierdzenia, że właśnie przeszliśmy szczepienie, że jesteśmy uprawnieni i bezpieczni dla otoczenia, też – po protestach – do tego przywykniemy.

A niektórzy, dla wygody i łatwego dostępu do rozrywki, dadzą się zaczipować, gdy pojawi się taka możliwość wsparta zachętami.

Bo będzie tylko gorzej.

Władze wykorzystają epidemię bezwzględnie i do końca, by bardziej jeszcze kontrolować społeczeństwo. A danie możliwości rozrywki jest tym, co daje punkty władzy i pozwolenie na niegodne działania. Chleba i igrzysk.

Głęboko w każdym chyba z nas tkwi przekonanie, że nie zostaliśmy stworzeni (w tym słowie zawiera się wersja i dla wierzących w Boga i dla tych, których ukształtowała ewolucja i pierwotny wodór), żeby wciąż żyć ze świadomością przemijania i końca.

Buzuje w nas pragnienie życia bez kresu, życia wiecznego. A im kto starszy, tym bardziej – tak obserwuję - chce żyć. Stąd wynalazki to życie przedłużające, dające – jak nie dzisiaj, to kiedyś – nadzieję na nieśmiertelność. Tu, na Ziemi. W tym życiu. Narodziliśmy się z pragnieniem nieśmiertelności. I z nim żyjemy. Jedni do śmierci, która jest tylko częścią ich drogi, inni, nie wierzący w drugą część, dopóki jeszcze są sprawni, a minister Niedzielski daje nadzieję, że jeszcze choć trochę.

A śmierć stanowi, oprócz narodzin, najważniejsze wydarzenie, do którego dojrzewamy każdego dnia. Ale tego staramy się nie zauważać. A często naprawdę nie widzimy. I wydaje mi się, że z wiekiem coraz bardziej ślepniemy na śmierć.

I covid zrobił społeczeństwu dobry uczynek, że przypomniał mu o śmierci. Ale na razie mało skutecznie.

Więc póki co szykujcie się do zabawy, panie i panowie. Niech żyje bal. Poszczepionkowy. Bawmy się, nawet jak już nie możemy zejść z łóżka.

 

Niech żyje bal! Co nam zabrał, a co dał covid19?

 

James Esnor - obraz

Media i współczesna kultura zaszczepiły w ludziach zupełnie absurdalne przekonanie, że jedynie życie, w jego najlepszej wersji, może być przedmiotem debaty, masowej kultury, reklamy, natomiast śmierć należy wypchnąć z kadru naszej codzienności. Tak jakby nie istniała.

Jest to o tyle absurdalne, że jednocześnie w mediach, szczególnie filmach, krew płynie rzeką, ludzie giną masowo, a cierpienie typu obdzieranie ze skóry, oglądamy jedząc chipsy. Ale jakoś nam wmówiono, że to tylko wirtualna, rozrywkowa rzeczywistość, nic nie mająca wspólnego z codziennością. Czyli z tą naszą śmiercią, o której staramy się nie myśleć, którą upchnęliśmy wraz ze starą babcią w domu opieki, czyli umieralni, albo z kalekim dzieckiem, którego nie odbieramy ze szpitala. I jakoś na to nasze codzienne zaburzenie dysocjacji tożsamości, osobowość mnogą, dotychczas się godziliśmy.

No i wziął się i przyszedł covid19.

I zaczął na początek wybierać tych, którzy i tak za chwilę by umarli, czyli ludzi starych. I jaki lament się rozległ, że właśnie umarła na covid19 babcia, lat 92, czy 83 letni dziadek, a nawet 71 letni pan z chorobami współistniejącymi.

Bo przecież powinni żyć. I że to niesprawiedliwe. I że rząd za mało robi, a minister Niedzielski winien podać się do dymisji.

Wszyscy chcą żyć. Mam wrażenie, że im kto starszy, tym bardziej stara się zabezpieczyć przed śmiercią, która przecież ma znacznie bliżej do starego, niż do młodego człowieka. A może właśnie dlatego.

15 lutego  kończę 70 lat. Zastanawiam się czasem, jaki będę, gdy Bóg pozwoli dożyć np. do 85 lat. Czy będę dalej kurczowo trzymał się życia, w tej lub kolejnej pandemii, czy może jednak machnę ręką i powiem – wszystko jedno. Bo umrzeć i tak trzeba, a covid wcale nie musi być najgorszą alternatywą. Przez ostatni rok żyję z jego świadomością, ale jednocześnie z wewnętrznym przekonaniem, że mnie to nie dotyczy. Już prawie rok czasu, jak chodzę co dnia do pracy, firmę, którą kieruję,covidowe nieszczęścia raczej omijają, ot pojedyncze przypadki, mnie także, jak do tej pory,covid nie dotknął.

W drugiej fali pandemii zmarło pięciu moich znajomych, ale to zasadniczo nie zmieniło mojego podejścia do choroby. Równocześnie obserwuję, jak wielu innych znajomych w podobnym do mojego wieku, zaryglowało się w swoich domach i nie odwiedzają nikogo, nawet wnuki mają do nich wstęp wzbroniony. Czekają na cud szczepienia, który – wg słów premiera, któremu wierzą – ma odmienić ich bytowanie, to znaczy sprawić, że znowu będzie jak przez pandemią, a oni będą żyli jak dawniej i może nawet nadal nie będą myśleli o śmierci. O tej śmierci, która tak lubi starych ludzi.

A wielką zasługą tego wirusa jest brutalne przypomnienie ludziom, że śmierć nie jest jakimś wirtualnym bytem, po którym następuje kolejne wirtualne życie, ale że jest częścią życia tego prawdziwego, jedynego i niepowtarzalnego.

Śmierć jest częścią życia. To taki stary bon mot, ale warty przypominania wciąż na nowo.

Rządzący, pewnie we wszystkich krajach, może za wyjątkiem Chin, obiecują wyborcom, że już niedługo, już za małą chwilę, jak tylko wszystkich zaszczepimy, to powrócimy do „normalnego” życia, jak przed epidemią. Czyli znowu młodsi będą podróżowali po świecie, znowu korzystali z życia na maxa, a głupią śmierć zamkną ponownie z babcią w umieralni. By nie psuła nastroju zabawy. A jednocześnie ta babcia, która nie ma siły, by dojść na szczepienie, która nie ma siły by chodzić, i którą koś przywozi w przychodni, tak bardzo chce nadal żyć, że godzi się na to wszystko, wierząc bardziej panu premierowi niż Panu Bogu, z którym jakoś nadal nie chce mieć nic wspólnego.

Na tych obietnicach covidowych niedrlandów opiera się masowe zaklepywanie przez ludzi młodszych miejsc w hotelach i biurach podróży na zbliżające się lato. Na tym opiera się nadzieja starych, że jeszcze nie umrą. Choć często już od dawna nie żyją, tylko wegetują.

I wszyscy wierzą, że kiedyś, po szczepieniach, będzie jak było dawniej. 


 Krzysztof Lozowski - Bal maskowy

Ale tak nie będzie. Jestem o tym przekonany. To wszystko, co nam mówią rządzący i w co sami bardzo chcemy wierzyć, to nieprawda. Jak pomyśleć i popatrzeć wokoło, to łatwo dojść do wniosku, że pandemia i wciąż nowe mutacje wirusów już będą z nami jak nie na zawsze, to na bardzo długo.

I jedynym, co będzie chroniło przed chorobą, to naturalna odporność człowieka. A że ta maleje w miarę używania życia i starzenia się, to dziadkowie, ja też, będą umierali częściej i więcej. Jeśli – w co mało wierzę – covid wymusi na ludziach zdrowy styl życia, zwiększający odporność, to będzie to druga jego wielka zasługa. Gdy ludzie wyszczupleją, będą uprawiać sporty, przestaną jeść cukier i inną gównianą żywność, to może jakoś wygramy z pandemią.

Jak na razie proponuje nam się wygodne, lekkostrawne lekarstwo: zaszczepisz się, będziesz odporny, będziesz żył jak dawniej. Jego odpowiednikiem jest cudowne lekarstwo na odchudzanie: możesz jeść ile chcesz a i tak schudniesz. I oba są nieprawdziwe.

Na początku pandemii pisałem, że trzeba będzie ją traktować jak grypę. Tyle że bardziej śmiertelną. I wszystko wskazuje, że przeczucie mnie nie myliło.

Myślę, że ze śmiercią, nawet częstszą niż do tej pory, ale nie naszą, łatwiej będzie się nam oswoić niż z ograniczeniami typu zakaz podróżowania do „ciepłych krajów”, huczne balangi, wielkie spotkania. Szczególnie młodym, mniej narażonym.

A czegóż nie zrobimy, by przywrócić swój dawny, piękny, rozrywkowy świat. Nawet jak przed każdym wyjazdem za granicę będą nam wbijali do paszportu potwierdzenia, że właśnie przeszliśmy szczepienie, że jesteśmy uprawnieni i bezpieczni dla otoczenia, też – po protestach – do tego przywykniemy.

A niektórzy, dla wygody i łatwego dostępu do rozrywki, dadzą się zaczipować, gdy pojawi się taka możliwość wsparta zachętami.

Bo będzie tylko gorzej.

Władze wykorzystają epidemię bezwzględnie i do końca, by bardziej jeszcze kontrolować społeczeństwo. A danie możliwości rozrywki jest tym, co daje punkty władzy i pozwolenie na niegodne działania. Chleba i igrzysk.

Głęboko w każdym chyba z nas tkwi przekonanie, że nie zostaliśmy stworzeni (w tym słowie zawiera się wersja i dla wierzących w Boga i dla tych, których ukształtowała ewolucja i pierwotny wodór), żeby wciąż żyć ze świadomością przemijania i końca.

Buzuje w nas pragnienie życia bez kresu, życia wiecznego. A im kto starszy, tym bardziej – tak obserwuję - chce żyć. Stąd wynalazki to życie przedłużające, dające – jak nie dzisiaj, to kiedyś – nadzieję na nieśmiertelność. Tu, na Ziemi. W tym życiu. Narodziliśmy się z pragnieniem nieśmiertelności. I z nim żyjemy. Jedni do śmierci, która jest tylko częścią ich drogi, inni, nie wierzący w drugą część, dopóki jeszcze są sprawni, a minister Niedzielski daje nadzieję, że jeszcze choć trochę.

A śmierć stanowi, oprócz narodzin, najważniejsze wydarzenie, do którego dojrzewamy każdego dnia. Ale tego staramy się nie zauważać. A często naprawdę nie widzimy. I wydaje mi się, że z wiekiem coraz bardziej ślepniemy na śmierć.

I covid zrobił społeczeństwu dobry uczynek, że przypomniał mu o śmierci. Ale na razie mało skutecznie.

Więc póki co szykujcie się do zabawy, panie i panowie. Niech żyje bal. Poszczepionkowy. Bawmy się, nawet jak już nie możemy zejść z łóżka.

 

poniedziałek, 28 grudnia 2020

Mielec, 5G, szczepionka na covid19 i deklaracja władz miasta.

  

Czy pan się zaszczepi przeciwko covid19, panie prezydencie?

To pytanie kierowane ze wszystkich stron do prezydenta Dudy, zdeklarowanego antyszczepionkowca można by dzisiaj zadać także władzom naszego miasta, tak prezydentowi Wiśniewskiemu jak i naszym mieleckim radnym.

Jak na razie nikt im publicznie tego pytania nie zadał, a ich niechęć do nowych technologii jak na razie objawiona jest poprzez walkę z falami elektromagnetycznymi 5G (ale i kuchenek mikrofalowych, bo to te same fale).

Technologia to technologia. Żyjemy w czasie zarówno jej rozkwitu jak i wielkiej niewiary w to, co nam przyniosła i przynosi. Wygląda to tak, jakbyśmy przestali chcieć się rozwijać, jakbyśmy stwierdzili, że to, co osiągnęliśmy jako społeczeństwo, państwo, a osiągnęliśmy  to przy pomocy rewolucji technologicznej, już nam wystarczy i teraz tylko „wieś spokojna, wieś wesoła”… Oczywiście polska, nie jakaś ciapata.

Każdy jako tako mądry wie, że to się nie uda. że jak nie przyjmiemy  przyszłości z jej technologią, to przyszłości mieć nie będziemy. Bo przyszłość to będą Chińczycy.

A jak jeszcze nie zdołamy pokonać pandemii, która nam ci Chińczycy zafundowali i na którą są odporni (podobno), to już będzie całkiem źle.

W czasie, kiedy szczepić się mają publicznie królowa Elżbieta i jej małżonek, trzej żyjący prezydenci USA, kiedy już zaszczepili się premier Czech i pani prezydent Słowacji, nasz pan prezydent powiedział, że jak się zaszczepi, to będzie to na samym końcu, bo on jest ozdrowieniec i nie chce odbierać szansy innym ludziom. W domyśle, bardziej potrzebującym

Na pytanie Onetu do najważniejszych osób w państwie o to, czy się zaszczepią, pozytywnie odpowiedział tylko marszałek senatu, Karczewski.

Widać, że w Polsce im kto bardziej prawicowy, tym bardziej zacofany i zabobonny. Ale to nie reguła. Bo i lewicowe elity Mielca raczej za postępem technologicznym nadążać nie chcą.

Pal sześć dzisiaj 5G. Będzie na to czas po epidemii.

Dzisiaj wzorem pytających w Polsce czas zapytać naszych mieleckich przywódców: czy zaszczepicie się Panowie?

·       Czy zaszczepi się Pan przeciwko covid19 panie prezydencie Wiśniewski?

·       Czy zaszczepi się Pan, Panie starosto Lonczak?

·       Czy zaszczepi się Pan, Panie Przewodniczący Bieniek?

·       Czy zaszczepicie się panowie i panie radni miejscy? 

 

Łatwo na dzisiaj jest być przeciwko 5G, bo rok w tą, rok w tamtą, niewiele jeszcze tu zmieni.

Ale deklaracja za lub przeciwko szczepieniom ma już swój wymiar egzystencjalny. Taka deklaracja przywódców może uratować życie wielu osobom. Bark takiej deklaracji może dla wielu skończyć się na cmentarzu.

Więc jak?

ps. Jakby się ktoś mnie pytał, to ja się zaszczepię.

 

Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?

  Mielec się bawi, Polska się bawi … na Titanicu?   Skończyły się Dni Mielca. Ponoć były fantastyczne. A już występ pani Chylińskiej –...