Fotografie gór z Wikipediii Adama Opioły, portrety marka ze strony lojanci.pl i pośmiertne z mediów
Poniżej będzie o najgłupszej wyprawie mojego życia. A może tylko najbardziej szalonej? Górskiej wyprawie.
W wakacje 1975, w lipcu, po skończeniu studiów, a przed obroną dyplomu, pojechałem z Tomkiem w Tatry, by się powspinać, sprawdzając tym samym tę naszą wspinaczkową wiedzę skałkową, nabytą w przeciągu dwu minionych lat. Zrobiliśmy kilka niezbyt trudnych dróg, dzisiaj pamiętam Zachód Grońskiego, Filar Grońskiego w Żabiej Turni Mięguszowieckiej, jakąś drogę na Niżnim Żabim Szczycie i jeszcze jedną, która wyleciał mi z pamięci, przyglądnąłem się Zamarłej Turni i na szczęście nie próbowałem, no i chodziłem z oczami w Górę, gdzie na Kazalnicy wisieli na linach najlepsi z najlepszych.
Drogi, które zrobiliśmy, były w sam raz na nasze możliwości techniczne, nie przekraczające chyba 4+ stopnia trudności. I tak siedzieliśmy z Tomkiem we Włosienicy na taborisku, zawierając nowe znajomości, oglądając przygody Małolata ze strażą graniczną (WOP), która za brak dowodu (miał 15 lat) wciąż go zatrzymywała, wywoziła, a on wracał, czy zazdroszcząc mu dróg na Mnichu. Siedzieliśmy przed namiotem, trochę nie wiedząc co dalej począć, więc urządzaliśmy sobie wyścigi z plecakiem (10 kg), kto z Morskiego Oka wejdzie do Czarnego Stawu w czasie poniżej 10 minut (zawsze wygrywał Tomek, ale dzisiaj ja mam tylko rozwalone kolano, a on wymienione stawy biodrowe), a potem na przełęcz pod Chłopkiem.
I tak jednego dnia podszedł do nas Marek Zygmański zwany Belfegorem, który był członkiem Gliwickiego Klubu Grotołazów, jak i my obaj.
Był to facet rok starszy, ale już doświadczony o wiele bardziej niż my. Mniej może we wspinaczce górskiej, bardziej w jaskiniach, ale jednak. Do tego facet dysponował niesłychaną kondycją fizyczną.
Problem z Markiem był jednak taki, że w środowisku taterników i grotołazów ciągnęła się za nim opinia, że jest pechowy i wszyscy raczej wybierali do wypraw kogoś innego, jeśli tylko mogli, nie Marka.
A dlaczego ta opinia za nim się ciągnęła? W grudniu 1973 roku Marek prowadził wyprawę studentów Politechniki Gliwickiej w Tatry Zachodnie, celem eksploracji jaskini. Najpierw miała to być chyba Ptasia Studnia, ale była zajęta i zdecydowali się na Bandzioch Kominiarski w dolinie Kościeliskiej w masywie Kominiarskiego Wierchu. A pech polegał na tym, że w czasie bardzo długiego podejścia do tej jaskini, w warunkach tak ekstremalnych, że trudnych do wyobrażenia (śnieg od piersi, wiatr i wczesna noc grudniowa) zmarło w odstępie godziny dwóch z pięciu członków wyprawy. Zmarli z wyczerpania (link do filmu poniżej).
Było śledztwo prokuratorskie, dużo się o sprawie mówiło. A wspinacze są przesądni. Więc dmuchali na zimne.
My z Tomkiem nie byliśmy przesądni. I jak Marek przyszedł do nas i dowiedział się, że aktualnie brak nam pomysłów na taternicką przyszłość, a lenistwo niedługo nas zabije, powiedział: to chodźmy jutro razem, coś się wymyśli. Może pójdziemy na Niżne Rysy, może na jakiegoś Żabiego Konia, albo coś tam innego się wymyśli.
Już to powinno być czerwonym światełkiem w naszych głowach, ale nie było.
Rano, skoro świt, czyli tak około piątej nad ranem, zerwaliśmy si z wyrek, zjedliśmy coś marnego, bo tak się wtedy jadało, i popędziliśmy za Markiem w górę.
Tomek znowu był najszybszy w podejściu między Morskim Okiem i Czarnym Stawem, i nawet pomyślałem, że ten Belfegor nie taki chojrak, jak mówią.
Ściana Niżnych Rysów, jak na nią patrzeć z Czarnego Stawu albo i od Morskiego Oka, robi wrażenie. Można powiedzieć, że imponuje swoim ogromem. Fakt, nie jest to góra trudna dla wspinaczy, za wyjątkiem Tomkowych Turni skala trudności lokuje się gdzieś w okolicy 4, może 5.
Jak już doszliśmy do Czarnego Stawu i skierowaliśmy się ścieżka w stronę Rysów, te 600 metrów ściany kazało nam stanąć, wpatrzeć się w nią i puścić wodze fantazji.
To fantastyczna góra, pomyślałem sobie. Dobrze byłoby na ni ą wleźć. Robi wrażenie, pomyślał Tomek. Ale chyba nie jest za trudna? Dałbym radę.
Co, podoba się wam? – odezwał się Marek.
Podoba. No to chodźmy. Najkrótszą możliwą drogą od ścieżki, na wprost przez piargi, doszliśmy do podstawy ściany. Marek prowadził. Wiedział, którędy iść? Nie wiem. Myśleliśmy, że wiedział. I poszliśmy. Teraz już nie pamiętam, zresztą nigdy nie omawialiśmy przebiegu trasy, ale chyba szliśmy Żlebem Orlowskiego. I fajnie się szło. Bez asekuracji, każdy gonił jak kozica, bo sił mieliśmy każdy za dwóch, a Marek chyba za trzech.
Każdy oczywiście myślał, ze jak będzie trudniej, to się będziemy asekurować, ale w potrójnej ocenie ciągle nie było trudno, a trudniej to już wcale.
Tak gdzieś w połowie ściany nagle zaczęło być trudniej. Okazało się, że przez długą, płaską jak nachylony pod kątem 45 stopni stół kuchenny ścianę, prowadzi wąziutka półka, lekko pod górę, po której trzeba było skręcić w prawo i iść, iść, iśćććć coraz wolniej, coraz ostrożniej, bo zjazd z niej mógł być na 200 metrów przynajmniej w dół. A i sama półka też miała chyba z 200 metrów długości, chociaż może mniej, ale strach miał wielki oczy.
Asekuracja!!! Gdzie jest lina???
Była lina, ale nie była woli. My byliśmy odważni. I najpierw Tomek jak facet w cyrku idący po linie nad przepaścią, zaczął pokonywać to diabelstwo. I przeszedł. Potem przyszła kolej na mnie. Wszedłem ostrożnie, modląc się w duszy, by nie popatrzeć w dół i jakoś mi się to udawało przez większość długaśnej półki. Jak spojrzałem i zadrżałem, co to może mi się stać, a mama czeka w domu, byłem już prawie po drugiej stronie. Tej lepszej stronie.
Marek jakoś przeszedł bez emocji, ale jak dotarł do nas, to wyglądał na niepewnego i jakby zgaszonego. Potem jeszcze prosto, bezpiecznie do góry i po całej godzinie i dwudziestu minutach od wejścia w ścianę byliśmy na szczycie. To był chyba Południowy Szczyt Niżnych Rysów. Sam nie mogłem w to uwierzyć. Wszak na te normalne Rysy idzie się prawie trzy godziny. Chwila odpoczynku i pomaszerowaliśmy na Rysy. Dumnie patrzyliśmy na ceprów, oni zaś dziwili się, od jakiej my to strony idziemy. Ale liny na nas wisiały, wiec odpowiedź była oczywiste.
To co robimy? – zapytał Marek. Może Żabi Koń? Tam jest super! Ani Tomek, ani ja nie mieliśmy pojęcia, co to znaczy Żabi Koń. Ale mieliśmy niebawem się dowiedzieć.
Przytoczę opis za Wikipedią
O Żabim Koniu Władysław Cywiński pisze: nie imponuje ani wysokością ścian, ani też wysokością bezwzględną. Jest jednak wśród taterników bardzo popularny. Swoją zasłużoną popularność zawdzięcza kształtowi. Jego grań to typowy koń skalny (Koń skalny – bardzo wąski odcinek grani, który podczas przejścia często pokonywany jest okrakiem), w widoku z Rysów jest ostra jak żyletka. To właśnie ta ostra grań powodowała, że w początkowym okresie taternictwa wydawał się nie do zdobycia. Jego grań przez wielu taterników jest uważana za najpiękniejszą w całych Tatrach.
Szczyt długo uchodził za zbyt trudny do zdobycia. Wszystkie drogi taternickie prowadzące na niego należą do trudnych. Mimo mało imponującej wysokości Żabi Koń od dawna należy do najpopularniejszych turni tatrzańskich wśród taterników, a jego północna ściana była przez pewien czas uznawana za najtrudniejszą w Tatrach[5]. Od południowej strony ma wysokość 120 metrów, od północnej 150 m[7].
Oczywiście, jak jest super, to idziemy. Zresztą po sprincie na Niżne Rysy nie mieliśmy co zrobić z czasem. No i poszliśmy. Szło si z górki, aż się doszło. Trochę nam zrzedły z Tomkiem miny, jak trzeba było pokonać Żabią Przełęcz Wyżnią. Ale udało się i wylądowaliśmy na KONIU. Dla mnie to była żyleta, o ścianie z jednej strony pochylonej pod jakimiś 60 stopniami, a drugiej ściany nie widziałem dokładnie, bo mogłem tylko tam zerkać, trzymając się kurczowo ostrza żylety i przesuwając się po niej w kierunku Żabiej Przełęczy.
I by się nam pewnie udało, gdyby nie pech. Tak, pech. Wreszcie się zjawił. Późno, ale się zjawił. Nie wierzyliśmy w niego, ale się zjawił. A tak wszystko szło dobrze do tej pory.
Jakby otworzyło się nad nami niebo. Kapać zaczęło, gdy byliśmy na Żabiej Przełęczy Wyżnej. Ale to się zdarza. Ale jak kurczowo trzymałem się dłońmi ostrza żylety, zaczęło tak straszliwie lać, jakby się niebo nad nami rozwarło. Beczki wody. Jeden patrzył na drugiego, mimo lipca dłonie zaczęły nam grabieć, nogi więzły w mokrych spodniach, z butów lała się woda. To koniec, pomyślałem. Patrzyłem na Tomka i widziałem, że też ma nietęgą minę. Może też widział koniec. Jakoś doczołgaliśmy się do przełęczy, Markowi udało się do czegoś przyczepić linę i powoli, jak mumie sztywni, zaczęliśmy się ewakuować w dół.
Potem chyba na kolejnej linie zjechaliśmy do Kotła pod Rysami (chyba tak). Lin nie udało się odczepić, więc zostały (ktoś je potem zabrał, sprawdzaliśmy).
Zupełnie mokrzy, sztywni, głodni ruszyliśmy w drogę powrotną. Oczywiście przez Rysy.
Ja dziękowałem Bogu, ze się kolejny raz udało, Tomek chyba myślał podobnie.
Najgorzej było z Markiem.
Jakby uderzył w niego piorun. Szedł daleko za nami, powoli, zgarbiony, minę miał grobową.
Jak dowlekliśmy się do taboriska, niezbyt dobrze pamiętam. Ale to była jedna z gorszych dróg, jakie mi przyszło w życiu pokonywać.
Marka już nigdy więcej nie spotkałem. Wyjechałem ze Śląska. Wczoraj dowiedziałem się, że umarł 4 lata temu. Cześć jego pamięci. Niech spoczywa w pokoju. Był dzielnym facetem.
Nie wiem, czy pech w życiu go opuścił, ale chyba tak, bo potem był przewodnikiem tatrzańskim.
I tak mi się znowu zebrało na wspomnienia.
.jpg)





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz